Dlaczego?

15.08.2013

 

_DSC2245_thumb[4]

Według rozmaitych badań wykorzystujemy w naszym życiu niewielki odsetek naszego potencjału. Choć brak jest wśród znawców tego tematu jednomyślności ogólnie uważa się, że jest to tylko niecałe 10-15% naszych możliwości. Kiedy usłyszałem o tym po raz pierwszy nie bardzo chciałem w to uwierzyć. Jak to możliwe, aby 90% naszego potencjału było „zamrożone” gdzieś w naszych mięśniach i mózgu? Po latach obserwacji własnego rozwoju oraz innych ludzi doświadczyłem słuszności tej prawdy w praktyce. Gdyby mi ktoś powiedział 6 lat temu, że będę na przykład w stanie pokonać dystans Ironman’a (3,86 km pływanie, 180,2 km rower, 42,2 km bieg), a następnie w ciągu kilku lat poprawię swój łączny czas o 2 godziny, trudno byłoby mi w to uwierzyć.

IMG_2392_thumb[3]

Za mną kolejny start w zawodach Ironman, tym razem w Zurychu i jego malowniczych okolicach. Mimo, że pogoda nie dopisała (było chwilami 37 C w cieniu), i ze względu na zbyt wysoką temperaturę wody był zakaz używania pianek neoprenowych w pływaniu (bez pianki jestem około 20 min wolniejszy) start mogę zaliczyć do udanych. Nota bene było to też mój pierwszy skończony Ironman, w którym nie potrzebowałem pomocy medycznej po przekroczeniu mety. Widać, że doświadczenie i nauka nie idą w las.

IMG_2480_thumb[1]IMG_2502_thumb[1]IMG_8246_thumb[2] 

Więcej zdjęć z zawodów_klinkij link

Półmetek pływania_video

Początek roweru_video

Gdy zaczynałem swoją przygodę z triatlonem 5 lat temu, w Polsce mało kto się tym sportem interesował. Teraz, na samych zawodach w Zurychu, Ania doliczyła się około 30 Polaków. Choć to tylko marny niecały jeden procent wszystkich startujących, jest znaczący postęp. W moim pierwszym Ironmanie w Lake Placid byłem jedynym reprezentantem swojego kraju.

Zamiast opisywać swoje kolejne doświadczenia i odczucia startowe dziś chciałem napisać kilka słów o samej motywacji i refleksjach około startowych.

Ostatnio wpadł mi w ręce śmieszny artykuł, który był jednocześnie świetnym odzwierciedleniem moich własnych uczuć w tej dziedzinie. We wspomnianym tekście zebrane było 20 rozmaitych humorystycznych potwierdzeń na to, kiedy tak naprawdę jest się Ironmanem … Tak, nie wystarczy ukończyć tylko samych zawodów Uśmiech. Oto kilka moich ulubionych.

Kiedy żaden z Twoich przyjaciół nie chce już z Tobą trenować

Kiedy wydajesz więcej na rower niż na swój samochód

Kiedy masz w szafie więcej ubrań sportowych, niż do pracy

Kiedy Twoją wodą kolońską jest chlor basenowy

Kiedy na widok ładnego jeziora (wg mnie jakiegokolwiek) pojawia się myśl, że chętnie by się w nim popływało

 

Wielu ludzi pyta mnie dlaczego zajmuję się tak wyczerpującym sportem. Nie mam na to jednej odpowiedzi. Poza tym moja motywacja do tego sportu ewoluuje przez ostatnie lata. Kiedyś chodziło bardziej o ukończenie zawodów i usłyszenie tego magicznego zawołania „You are an Ironman”. Potem pojawiły się myśli, tak jak w wielu innych dziedzinach życia, aby zrobić to jeszcze lepiej, szybciej itd. Wiadomo! Ambicja ludzka nie zna granic. Dziś jestem na takim etapie, że mam tak naprawdę większą radość z samego przygotowywania się i całorocznej dyscypliny treningowej, niż z samego startu. Poprawianie rekordów życiowych jest gdzieś w tle, ale w żadnym razie staram nie utożsamiać się z tym zbytnio. Robiąc takie rzeczy, łatwo stracić poczucie równowagi, której kwintesencją w pewnym sensie jest ten sport. Chodzi w końcu o to, aby uzyskać pewną równowagę sportową pomiędzy trzema różnymi dyscyplinami sportu. Przy tym wszystkim trzeba też pamiętać o tym aby się mądrze odżywiać, nawadniać i jednocześnie myśleć o swoim i innych bezpieczeństwie. Jazda rowerem z górki ponad 80 km/h może się różnie skończyć. Dla mnie Ironman i triatlon jest ciekawym i inspirującym hobby ale nie byłbym w stanie poświecić dla niego innych rzeczy w moim życiu jak rodzina, praca oraz pozostałe pasje.

Jednym z najlepszych testów równowagi dla mnie jest to, czy cały czas czerpię z tego autentyczną radość z tego i czy przypadkiem nie wpadam w pychę. To ostatnie, to niestety dość łatwa pułapka. Niestety, często idzie ona w parze z rozmaitymi osiągnieciami życiowymi, czy to w sporcie, biznesie, ba … nawet w sferze duchowości. Często, kiedy osiągam jakieś kolejne sukcesy, włącza mi się na szczęście „pychomierz”. Tak łatwo jest wpaść w samo zachwyt, zwłaszcza wśród wielu innych ludzi oddających mi podziw lub zapatrzonych w samych siebie i swoje osiągnięcia.

Sport, tak jak życie, uczy pokory i sprowadza nas na ziemię. Można opowiadać różne dyrdymały, chwalić się tym czy tamtym. Jeśli jednak nie podejdzie się solidnie do treningu i nie dostanie pomocy „z Góry” czy też szczęścia, to nie wykorzystamy w dużej mierze naszego potencjału.

W aktywności ludzkiej jest coś, co tylko z pozoru wydaje się nie mieć do końca sensu. Im bardziej jesteśmy aktywni i to z podkreśleniem na rozmaite dziedziny życia (Broń Boże nie mówię tutaj o ciągłej pogoni i pracoholizmie), tym mamy więcej sił na większe wykorzystywanie swojego potencjału. Ta zależność działa też mocno w drugą stronę. Wystarczy się rozleniwić, a wtedy nagle opadamy z sił i nic nam się nie chce robić itd.

Zachęcam Was zatem do tego aby zadać sobie uczciwie pytanie ile ze swojego potencjału i talentów wykorzystuję na co dzień. Aby dodać sobie zachęty i odwagi w śmiałym wykorzystywaniu swoich możliwości, wzorem tradycji skoczków spadochronowych i wszystkich skaczących z dużej wysokości, krzyknijcie „Geronimo!” i do dzieła.

IMG_8247_thumb[3]

Opublikowano Polish, Pura Vida | Otagowano , | 1 komentarz

Why?

15.08.2013

 

_DSC2245

According to various research we use only a fraction of our full potential in our lifetime. Though there is no consensus among experts, generally it is believed we only tap into 10-15% of our capacity. When I first heard about this I was very skeptical. How could 90% of our abilities lie “frozen” somewhere in our brain and muscles?! However, after years of observations of my own and other people’s development I experienced the truthfulness of this claim.

For example if you told me a couple of years ago that I would be able some day to cover the full distance of Ironman (3,86 km swim, 180,2 km bike, 42,2, km run) and then improve my personal best by almost 2 hours I would find it hard to believe it.

IMG_2392

I have just completed my 4th Ironman, this time in Zurich and its picturesque surroundings. Though the weather was again extremely challenging (37 C, or close to 100 F), and because of too high temperature of Lake Zurich we could not use wetsuits (I am about 20 min faster in it) I consider it a success. BTW, it was my first completed Ironman after which I did not require any medical help, like IVs etc. I guess the past experience and a few learnings really paid off.

IMG_2480IMG_2502IMG_8246 

Link to some more pictures

Swim mid point_video

Back in the saddle again_video

When I was starting my triathlon adventure 5 years ago, there was hardly anybody in Poland interested in this sport. Things have changed a bit now. Ania counted as many as 30 Polish athletes on the starting list in Zurich. Though it is a mere 1% of all participants the progress is noticeable. In my first Ironman in Lake Placid I was the only Pole.

Instead of describing my race this time I would like to share with you a few words about my motivations and general reflections on this subject.

I have recently come across a funny list of 20 things, which can truly confirm if you are an Ironman or not. Yes, completing an Ironman race is not enough Uśmiech. Let me share a few of my favorite ones:

„None of your friends will train with you anymore.”

„You spend more money on your bike than your car.”

„You have more workout clothes than work clothes.”

„When you stand looking out over a beautiful lake, and your only thought is … I’d like to swim that!”

„When your cologne is chlorine.”

Many people ask me why I do such an endurance sport. I have no simple answer. Besides my motivation has evolved over the years. In the early days it was all about finishing a race and hearing the magic words “You’re an Ironman!”. Then came the typical thoughts of trying to become better at it. Obviously human ambition knows no boundaries! Today I actually enjoy more the preparation process and daily exercise discipline than the racing itself. I try to park the thoughts of continuous improvement somewhere in the background of all this and not to identify with them too strongly. Doing such things it is so easy to lose a sense of right proportions. After all triathlon itself is about maintaining a good balance among three different sports, nutrition, hydration and keeping yourself and others safe. When you are going downhill on a bike and making 80 km/h anything can happen.

For me triathlon and Ironman is an interesting and challenging hobby but I would not like to sacrifice other things in my life such as family, work or other passions for it.

One of the best tests of balance for me is whether I continue having genuine fun in it and whether I do not fall into a pride trap. The latter is unfortunately a common syndrome among all of us achieving great things in life, be it sports, business …. or even in spiritual matters.

Luckily for me, often times when I am successful at something my internal “pridemeter” gets activated showing me if I get too close to an unhealthy territory. It is so easy to fall into self-admiration and megalomania. It is particularly tempting while others are in awe of our achievements or when we are around people who are extremely proud of themselves and their achievements as well.  

Sports, like life, is a great lesson in humility and modesty. You can be proud and boastful of this or that. But if you cut a corner here and there in training or do not get support „from above” or get lucky, you might fall short of your potential.

There is something counterintuitive in human activity. The more active we become in different walks of life (BTW I am not praising here daily rush and workaholism), the more strength we gain to free up untapped potential in ourselves. This relationship works the other way round too. Try to goof off for an extended period and suddenly we all become weak and do not feel like doing anything.

Therefore I encourage you all to ask yourselves how much of your full potential and talents do you actually use? To move you forward in a more courageous usage of your full capacity I urge you also to cry out loud, as some paratroopers do, Geronimo!!. So go for it.

IMG_8247

Opublikowano English, Pura Vida | Otagowano | Dodaj komentarz

Orzech

21.07.2013

 

Już dokładnie za tydzień kolejny mój, już czwarty, start w zawodach triathlonowych Ironman. Tym razem wybieram się do Zurychu w Szwajcarii, gdzie trasa jest dość malownicza. Mam nadzieję, że nie powtórzy się pogoda z ubiegłego roku w Klagenfurcie, gdzie przez większą cześć dnia zawodów było 38 stopni Celsjusza!

Dobre przygotowanie do takiego startu wymaga sporo treningu fizycznego, który od lat wszedł mi już w nawyk. Do tego wszystkiego ważne też jest przygotowanie mentalne, tak aby się w tym wszystkim nie spalić i nie wypalić. Czasem się sam zastanawiam na tym, skąd na to wszystko biorę energię? Dobre odżywianie i sen to podstawa. W moim przypadku jeszcze większym źródłem energii jest ta mocniejsza jej cześć, tj. energia duchowa.

Właśnie wróciłem z wieczornej Mszy Św. w parafii Św. Wawrzyńca na ulicy Bujwida we Wrocławiu. Mimo, że nie jest to moja parafia, bardzo lubię tam chodzić na niedzielne msze wieczorne, które zazwyczaj odprawia niezwykle charyzmatyczny duchowny, ks. Stanisław Orzechowski, zwany przez wszystkich Orzechem.

Przez blisko 8 lat mieszkania we Wrocławiu nieraz słyszałem o Orzechu i Jego wyjątkowym darze mówienia do ludzi bez ogródek o sprawach fundamentalnych nie tylko dla ludzi wierzących, ale poruszających też tych, którzy daru wiary jeszcze nie znaleźli. Niestety dopiero jakiś ponad miesiąc temu wybrałem się po raz pierwszy do Wawrzynów z całą rodziną na wieczorną Mszę. To co usłyszałem i tam przeżyłem było niezmiernie poruszające. Po wyjściu z kościoła przyszła mi taka refleksja. Dzień wcześniej wróciłem z tygodniowego szkolenia na jednym z najbardziej znamienitych uniwersytetów w USA, Wharton. Mądrość Orzecha jaką wchłaniałem przez 1,5 godzinne nabożeństwo była o wiele cenniejsza niż tydzień czasu spędzony z najbardziej tęgimi głowami akademii i biznesu na Whartonie. Do tego wszystkiego Orzecha mam pod ręką i za darmo. Kolejny raz sprawdza się jedna z moich ulubionych prawda: Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo …

Po pierwszej mojej Mszy z Orzechem byłem trochę zły, że nie nagrałem Jego kazania i innych Jego ciekawych dygresji, które pojawiają się w zasadzie w czasie całego nabożeństwa. Kolejne kazania skrzętnie już nagrywam, tak żeby do nich wracać i dzielić się dzięki nowym technologią z innymi, również z Wami. Poniżej tego wpisu znajdziecie próbkę trzech najświeższych kazań Orzecha. Mam nadzieję, że On nie będzie miał nic temu przeciw. Jego słowo i życie to niezwykłe dziedzictwo, które trzeba chronić dla potomnych.

Nie będę się rozwodził na temat myśli, którymi tak dobitnie i skutecznie dociera do mnie Orzech. On sam to robi najlepiej, jak się sami przekonacie. Powiem tylko, że moim orzechowym olśnieniem podzieliłem się już z kilkoma osobami ze środowisk tak różnych jak koledzy z pracy czy przygodni ludzie, których spotkałem na przykład w czasie swoich wielogodzinnych treningów triathlonowych. Kiedy opowiadam o Nim, i o tym jak mnie porusza, zauważam, że to samo świadectwo zaczyna ruszać też innych, mimo pojawiającego się u nich czasem sceptycyzmu do księży i do Kościoła. Tak w ogóle to u Wawrzynów na Bujwida dzieją się rzeczy cudowne dosłownie. Ludzie odzyskują lub znajdują tam dar wiary, zdrowie i dzieją się takie rzeczy, że trudno je nazwać zbiegiem okoliczności. Emocje jakie pojawiają się na Mszy Św. są tak bogate, że można by było nimi wypełnić pewnie miesiąc, rok a może i dłużej niejednego nudnego ludzkiego żywota.

Jeszcze nigdy w kościele nie widziałem na raz tyle śmiechu, wzruszeń, pozytywnej energii i autentyczności. Orzech ma już niestety swoje lata i jest dość schorowany. Tym niemniej cały czas Jego głos jest silny, a umysł rzutki. Poza tym co roku chodzi na pieszą pielgrzymkę, … znaczy ma też swojego własnego Ironman’a.

Te 1,5 godziny z Orzechem ładuje mnie energią na cały tydzień. Tym razem musi mi wystarczyć nie tylko na zwykły tydzień, ale tez na same mordercze zawody w Zurychu. Gdy za tydzień o tej porze ja będę dochodził do siebie po zawodach (mam nadzieję, że tym razem nie w namiocie medycznym) będę tęsknił za orzechową kroplówką duchową.

 

Orzechowe kazania:

O gościnności

O smutku

Zostaw woły

Opublikowano Polish, Polska, Pura Vida | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Bilet w jedną stronę

15.03.2013

Można podróżować w sensie dosłownym, fizycznym, spakować plecak i wyruszyć w świat, poznawać nowe miejsca, ludzi, zwyczaje i kuchnię. A można zupełnie inaczej. Wyruszyć w podróż w głąb siebie, odkrywać miejsca zupełnie nowe, czasami zaskakujące, czasami smutne. To podróż możliwa dla każdego, bez grosza w kieszeni. Wymaga jednak odwagi i nigdy się nie kończy. Kiedy wyruszasz kupujesz bilet. Zazwyczaj w jedną stronę.

Coach zabierze Cię w podróż życia stawiając kluczowe pytania: Co jest dla ciebie ważne? Dokąd zmierzasz? Jak chcesz żyć?

Wykonując ten zawód towarzyszę innym w ich osobistych wędrówkach. Czasami są to menedżerowie w firmach, czasami zatroskani rodzice, albo po prostu Ci, którzy chcą zrobić coś ważnego dla siebie, chcą żyć w równowadze, w zgodzie z sobą.

Czas, by o coachingu opowiedzieć nieco więcej.

O rozwoju osobistym człowieka mówimy w naszym kraju od kilku lat. Ten znany już w latach 50tych trend na zachodzie Europy i w USA przyszedł do Polski wraz ze zmianą systemu politycznego, otwarciem się na nowe idee, na rozwój zarówno gospodarczy jak i osobisty człowieka. Coaching uznany jest za jedną z  najbardziej efektywnych metod wspierających rozwój (ang. coach oznacza trener).

W języku polskim nie ma odpowiednika słowa coach. Czasami używamy określenia trener rozwoju osobistego. Jest to niefortunne tłumaczenie, bo coach w niczym nie trenuje osoby, z którą pracuje, jedynie pomaga jej osiągnąć ponadprzeciętne efekty i postawione cele w krótkim czasie. Trener kojarzy nam się z osobą, która wie lepiej, bo ma za sobą podobne doświadczenia zawodowe. Coach jest partnerem. Nigdy nie zakłada, co jest lepsze dla kogoś. Potrafi natomiast wydobywać potrzebne do osiągnięcia celu talenty, wiedzę i doświadczenie.

Coaching patrzy w przyszłość. Nie zajmuje się przeszłością, jak większość terapii, ani doradztwem. Coach nigdy nie powie – ja wiem lepiej, co jest dla Ciebie dobre, spróbuj i sprawdź jak to działa. Coach pozostaje neutralny. Tworzy szczególny rodzaj partnerskiej relacji opartej na zaufaniu i otwartości. Wierzy w to, że coachee ma w sobie wszystko, czego potrzebuje, że potrafi być kreatywny i znaleźć najlepsze dla siebie, czy dla firmy rozwiązania. Coach nigdy nie ocenia. Tworzy bezpieczną przestrzeń do eksperymentowania i uczenia się okazując w ten sposób zaufanie do osoby, z którą jest i jej wewnętrznej mądrości. Coach towarzyszy w odkrywaniu siebie, inspiruje do zmian, daje wsparcie.

Efektem coachingu jest wyraźna zmiana jakości życia i zdrowia. Po wyruszeniu w tę podróż zdecydowanie lepiej rozumiemy siebie i innych. Inaczej postrzegamy ludzi żyjących wokół, swoich parterów, dzieci, współpracowników. Wychodzimy z pudełka własnych ograniczeń. Otwieramy się na różnorodność, przełamujemy stereotypy myślenia. Pozwalamy sobie i innym oddychać zdrowym powietrzem. Zauważamy jak bardzo zmienia się nasza samoświadomość. Bierzemy odpowiedzialność za własne życie i czerpiemy z niego więcej radości. Przestajemy narzekać na szefa, partnera, znajomych. Zaczynamy działać i żyć według własnych wartości. Jesteśmy bardziej gotowi, by usłyszeć głos swojego serca i pójść za nim. Nabieramy odwagi, by żyć własnym życiem.

Warto wyruszyć!

Opublikowano Pura Vida | Otagowano | Dodaj komentarz

Co nas nie zabije …

09.03.2013

Wielu z nas dobrze zna dalszą cześć powiedzenia z tytułu tego wpisu. Słyszałem niedawno trochę inną, trochę przekorną lecz i refleksyjną wersję tej maksymy, tj. Co nas nie zabije, to zabije innych.
Dzisiaj chciałem się z Wami podzielić czymś, co zawsze głęboko tkwiło we mnie, lecz nie końca potrafiłem to zebrać w jedną całość. Chodzi mianowicie o zjawisko polegające na tym, że ktoś lub cos, pod wpływem rozmaitego rodzaju stresów i dyskomfortu, staje się lepsze czy silniejsze, a nie słabsze. Jest to fenomen powszechny w naturze. Niby wydaje się on oczywisty, ale poprzez naszą często zbyt konformistyczną postawę życiową, pozbawiamy się jego niewątpliwych korzyści. Co więcej, samo to zjawisko nie wydaje mieć się odpowiedniego określenia w naszym języku. Podobnie zresztą miała się rzecz w języku angielskim do czasu kiedy ukazała się niedawno książka Nassim Taliba pod tytułem Antifragile, czyli w wolnym i wymyślonym przeze mnie tłumaczeniu, antykruchość.

Wydaje mi się, że generalnie o non-konformizmie wiem dużo więcej niż przeciętny człowiek. Osobiście nie poznałem dotąd nikogo, kto na przykład po długiej podróży międzykontynentalnej zamiast iść tak jak normalny człowiek do łóżka, aby sobie odpocząć, pierwsze kroki kieruje do hotelowej siłowni, aby sobie tam solidnie poćwiczyć. OK. Może ktoś mi zarzuci, że, jako Ironman jestem uzależniony od ćwiczeń fizycznych. To może coś z innej dziedziny. Przez ostatni miesiąc, dzień w dzień poświęcałem około godzinę na naukę chińskiego. Samodzielna nauka obcego języka zdarzała mi się już wielokrotnie wcześniej. Generalnie jest to dość żmudny i pracochłonny proces wymagający wiele samozaparcia, dyscypliny … jednym słowem sporej dozy non-konformizmu. Nota bene podobno jednym z najlepszych sposobów nauki języka obcego, na szczęście nie przetestowanym przeze mnie, jest trafienie do więzienia w obcym kraju.

Nie raz słyszę od innych rodziców komentarz w stylu, “robię to wszystko, bo chciałbym, aby moje dzieci miały dużo łatwiej niż ja”. Po to między innymi ponoszę ofiary podejmując dodatkową pracę, wysyłając je do lepszych szkół, czy też wyręczam je nieświadomie w wykonywaniu rozmaitych obowiązków. Co do tego ostatniego, to jest to raczej moja obserwacja niż szczere wyznanie rodzica.

Już starożytni Rzymianie wiedzieli o tym, że wychowanie w komforcie to droga do marnotrawstwa. Jeżeli wszystko przychodzi łatwo osłabia to mocno wolę człowieka. Tak jesteśmy skonstruowani, że szybko przyzwyczajamy się do komfortu, który nas rozleniwia fizycznie i duchowo. Jedynym z paradoksów dzisiejszych czasów jest to, że im bogatsi się stajemy, tym trudniej nam żyć na miarę naszych podstawowych potrzeb. Mieliśmy tego świetny przykład w naszej rocznej podróży dookoła świata. Mając roczną przerwę od zarabiania pieniędzy oraz ograniczony dzienny budżet dużo łatwiej było nam w umiarze, niż w normalnej codzienności. Generalnie wszyscy lepiej sobie radzimy z niedoborem niż nadmiarem. Niestety na co dzień nie wykorzystujemy tej asymetrii naszych umiejętności, skupiając się raczej na gromadzeniu niż na pozbywaniu się rzeczy. Ostatnio pozbyliśmy się kilku rzeczy z domu korzystając z serwisu ogłoszeniowego, w którym można za darmo oddać co się chce. Uczucie ulgi i radości z tym związane nie było wcale mniejsze niż wtedy, gdy w domu pojawia się coś nowego. Polecam.

Z naszym życiem jest podobnie jak z naszymi myślami, im bardziej próbujemy je kontrolować, tym bardziej ono kontroluje nas. Nadmierne próby eliminacji dyskomfortu i ryzyka z naszego życia w celu lepszej nad nim kontroli prowadzą do jego upośledzenia. Oto kilka przykładów z rozmaitych dziedzin.

Zdrowie
Coraz częstszym sposobem na poprawienie sobie nastroju jest dziś zażywanie leków anty-depresyjnych typu Prozac.  Gorszy nastrój, tak jak pogoda, jest w większości przypadków stanem naturalnym. Niestety w naszej pogoni za poprawianiem sobie tzw. komfortu życia, często próbujemy w sposób sztucznie eliminować z niego zjawiska naturalne. To, że tzw. zły dzień lub nastrój, nie jest wcale niczym gorszym, dowodzi choćby fakt, że wiele wielkich dzieł i inspiracji powstało właśnie wtedy, kiedy tworzący je artyści mieli chandrę. Jak trafnie opisuję to Talib, gdyby firmy farmaceutyczne mogły wyeliminować pory roku, chętnie by to zrobiły robiąc przy okazji na tym pieniądze.
Myśląc o naszym zdrowiu często zapominamy o niezwykłych właściwościach naszego systemu immunologicznego. Bierzemy różnego rodzaju medykamenty nawet wtedy kiedy nasze samopoczucie jest tylko nieco gorsze od normy. Prawda jest jednak taka, że to nie leki i lekarze nas leczą, lecz nas własny organizm sam się leczy. Wystarczy mu tylko tego nie utrudniać. Za każdym razem kiedy bierzemy antybiotyk osłabiamy nasz układ odpornościowy. Jak powiedział O.W. Holmes “gdyby wszystkie leki wyrzucić do oceanów, ludzkość byłaby zdrowsza, niestety kosztem zdrowia ryb”. Przysięga Hipokratesa, primum non nocere, niestety nie zawsze ma zastosowanie w praktyce. Zbyt duża jest bowiem presja po obu stronach, aby coś robić, np. zapisać lek, wykonać zabieg itd, niż aby się powstrzymać i pozwolić naturze działać samej. Łatwiej zaobserwować skutki działania, niż jego braku. Nasze ciało staje się silniejsze dzięki temu, że się hartuje pod wpływem różnych czynników jak aktywność fizyczna, wystawienie na działanie rozmaitych czynników atmosferycznych, różnych sytuacji społecznych. Ta zależność jest silna tak długo, jak korzyści z tego wynikające są większe niż ponoszone koszty.

Biznes
Czymże byłby biznes bez przedsiębiorczości, bez podejmowania ryzyka? Niestety szkoły biznesu uczą zupełnie czegoś innego. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego tak wielu ludzi, którzy stworzyli swoje firmy od podstaw, nigdy nie ukończyło żadnych szkół biznesowych. Steve Jobs, Bill Gates, Henry McGovern … tak lista jest znacznie dłuższa. Rodzice często zachodzą w głowę, gdzie by tu posłać swoje pociechy, żeby miały super karierę w biznesie. Wszystko po to, aby ułatwić drogę do szczytów kariery. Mimo, że sam jestem absolwentem m.in. renomowanej szkoły biznesu Harvard Business School, i uważam siebie za człowieka sukcesu w biznesie nie przypisałbym tego szkołom, które ukończyłem, lecz  bardziej właśnie swojemu non-konformizmowi, byciu samoukiem i chęci podejmowania ryzyka.

Podróżowanie
Mając do wyboru sposób spędzania wakacji w sposób zorganizowany przez biuro turystyczne lub przez siebie samego zawsze wybiorę wariant drugi. Wakacje zorganizowane pozbawione są w dużym stopniu tego, co czyni podróże ciekawymi jak spontaniczność, pobudzenie w sobie duszy odkrywcy, dreszczu emocji, kontakt z autentyczną miejscową kulturą, ludźmi, językiem. Wszystko jest zaplanowane, opłacone, ubezpieczone, zaaranżowane itd. W odróżnieniu od tego podróżowanie na własną rękę daje szansę doświadczenia tego wszystkiego a do tego często jest znacznie tańsze. Pewnie odzywają się zaraz u niektórych z Was myśli. Łatwo to mówić komuś, kto zna kilka języków obcych, i dzięki temu potrafi łatwiej się przystosować. No cóż, znam kilka osób, które nie znając języków obcych podróżują bez obaw po świecie i zawsze sobie świetnie radzą. Przykład podróżowania pokazuje w pewnej pigułce większy problem życia w złotej klatce. Jest spora grupa osób, dla której życie jest pewnego rodzaju projektem, w którym wszystko musi być zaplanowane.  Rozmowa z kimś takim wywołuje we mnie dwa uczucia, politowania i nudy. Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach.

Jeśli naprawdę chcesz żyć, żyć własnym życiem, Twoje ciało i dusza potrzebuje do pewnego stopnia dyskomfortu i nieprzewidywalności. Nie pozbawiajmy zatem siebie i innych tego, co czyni nasze życie pełniejszym. Żyjmy na całość!

 

IMG_3460

Opublikowano Żyj własnym życiem | 1 komentarz

Myśli na koniec roku

29.12.12

 

Jeszcze tylko kilkadziesiąt godzin a skończy się ten bardzo ciekawy rok. Gdyby nie choroba, która mnie zmogła, pewnie trudniej byłoby o mobilizację aby znowu coś napisać. Rok temu o tej porze przemieszczaliśmy się gdzieś z rodziną po bezkresach australijskiego interioru. Eh, ile się od tego czasu wydarzyło!?

IMG_5183

 

Wpadła mi ostatnio w ręce dobra książka Szymona Hołowni “Last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie.” Na marginesie dużym plusem bycia chorym jest to, że można nadrobić trochę zaległości w czytaniu. Wracając do książki przechodząc przez jej kolejne rozdziały mam uczucie deja vu. Gdy autor spotyka się z ciekawymi ludźmi w różnych częściach świata i prowadzi pasjonujące rozmowy na temat chrześcijaństwa mam wrażenie, że nasze ścieżki się mocno skrzyżowały. Jednym z motywów przewodnich naszego sabbaticalu były obserwacje i współuczestniczenie w obrzędach religijnych w różnych miejscach na ziemi. Czytając Jego rozmowę z kardynałem Oscarem Maradiaga o m.in. kondycji kościoła katolickiego w Hondurasie przewijały mi się  obrazy naszych własnych doświadczeń religijności w tym biednym i niebezpiecznym kraju. Próbując się otrząsnąć z niesamowitej zbieżności naszych doświadczeń w kolejnym rozdziale trafiam na opis i krótką rozmowę z biskupem Cairns w Australii, która przypomniała nasze poprzednie Boże Narodzenie. Spędziliśmy je właśnie w tropikalnym Cairns w Australii dziwiąc się tam wielu rzeczom. Biskup Folley był jedynym księdzem w katedrze i dosłownie zajmował się tam wszystkim od odprawiania wszystkich Mszy Świętych, spowiedzi czy prowadzenia lekcji religii itd. Wtedy w czasie liturgii bożonarodzeniowej w Australii odczuwałem brak radosnej atmosfery, wspólnego śpiewania kolęd czy umieszczenia żłóbka w centralnym miejscu kościoła. Z wielkiego dystansu wydawało mi się, że jednak w Polsce, wygląda to zupełnie inaczej. Niestety po ostatnich świętach spędzonych już w Polsce ten wyidealizowany obraz pielęgnacji wspaniałych polskich tradycji nie jest już tak różowy. Zalew amerykańskich i głównie świeckich pieśni bożonarodzeniowych szczególnie irytujący w okresie adwentu, popularyzacja tzw. Christmas party, wszędobylski materializm bijący z reklam, rozmów  czy wreszcie fakt, że w czasie świąt ludzie przestali śpiewać kolędy. Co do tego ostatniego, przyglądałem się temu zjawisku dość dokładnie w kilku kościołach. Około 80% wiernych w ogóle nie otwiera buzi w czasie śpiewu. W domach jest pewnie z tym jeszcze gorzej.

IMG_5052

 

Nie wiem, czy te obserwacje to wynik bardziej wyostrzonego wzroku czy też realne zmiany, które dokonują się też u nas. Pewnie i jedno i drugie. Co do wyostrzonych zmysłów, to jest uczucie, które towarzyszy mi odkąd wróciliśmy z naszej rocznej podróży dookoła świata. Pamiętam swój pierwszy dzień w pracy po powrocie. Przechadzając się po biurze miałem wrażenie, że doszedł mi jakiś dodatkowy zmysł odczuwania tego co się wokół mnie dzieje. Przypominało mi to scenę z filmu “Wilk” z Jackem Nicholsonem, który po przypadkowym pogryzieniu przez wilka sam zaczyna powoli przejmować jego cechy takie jak m.in. wyostrzone zmysły, które stają mu się nota bene dość pomocne właśnie w pracy. Ten dar lepszego widzenia czasem jest przekleństwem. Pewnych rzeczy chciałoby się po prostu nie widzieć. Generalnie jednak patrzę na to jak na dar, który pomaga mi jeszcze lepiej dostrzegać co w życiu ważne, a czym lepiej sobie nie zaprzątać głowy.

Miesiąc temu wspólnie z Anią, i wyjątkowo bez dzieci, mieliśmy szczęście spędzić dwa tygodnie na Bali. Będąc tam znowu poczuliśmy się trochę jak na sabbaticalu. Plecaki zamiast walizek, lokalne bary (Warung) zamiast zachodnich restauracji, śmiganie podobnie jak tubylcy na skuterze po wyspie zamiast komfortu klimatyzowanych minibusów itd.

IMG_8003

To co z tamtej wizyty szczególnie zostanie mi w pamięci to wszechobecne ołtarzyki, gdzie miejscowi hindusi składają codziennie ofiary. Chodząc po ulicach trudno było znaleźć dom lub biznes, który nie miał by prywatnego ołtarza.

IMG_1355IMG_1359IMG_1361IMG_1364IMG_1345IMG_1353

DSC07083

I tu od razu pojawiła się refleksja na temat tego, jak bardzo w Polsce staramy się skrywać naszą religijność. Sam się czasem zastanawiam, czy żegnanie się przed startem samolotu to już obciach. Co do prywatnych ołtarzy to znam w Polsce tylko dwie osoby, które takowy posiadają, tj. moi rodzice. Jest to podświetlana figurka Maryi, która znajduje się w ich przydomowym ogródku. Ilekroć coś ważnego dzieje się w życiu mojej rodziny czy znajomych, jest ona podświetlana w dzień i w nocy w tej intencji. Kiedyś wydawało mi się to trochę zbyt ostentacyjne. Jeżdżąc po świecie i widząc żarliwość z jaką muzułmanie, żydzi czy chrześcijanie w wielu innych miejscach demonstrują swoje przywiązanie do religii i tradycji stopniowo zmieniłem zdanie. Po powrocie z Bali wspólnie z Anią postanowiliśmy, że również w naszym ogrodzie pojawi się jakiś trwały element kultu. Swoją drogą znamienne jest to, że taką potrzebę przywiozłem z odległej Indonezji.

Od powrotu z sabbaticalu pojawiło się w naszym życiu kilka nowych elementów. Przyjęliśmy pod nasz dach dwa zwierzaki ze schroniska, siedmioletnią suczkę Różę oraz dwuletnią kotkę Kasię (oba imiona nadane przez małą Anię). Mimo, że Róża pojawiła się u nas kilka miesięcy przed Kasią, obie świetnie się dogadują. Adopcja zwierzęcia ze schroniska była naszą obietnicą sabbaticalową dla dzieci. Będąc w różnych odległych zakątkach ziemi dzieci często przez internet wchodziły na stronę wrocławskiego schroniska dla zwierząt oglądając zdjęcia i opisy jego mieszkańców. Nie spodziewałem się, że ten pomysł adopcji okaże się tak wspaniały. Drodzy czytelnicy! Jeśli rozważacie posiadanie psa lub kota, w pierwszej kolejności polecam adopcję ze schroniska. Róża i Kasia każdego dnia okazują nam radość i wdzięczność za to, że się nimi zaopiekowaliśmy.

IMG_8160

 

Po naszych doświadczeniach pracy charytatywnej w biednych krajach po powrocie do Polski otworzyliśmy się również bardziej na pomoc potrzebującym wokół nas. Mam wrażenie, że ta pomoc jest nie tylko ważna dla nich ale nam samym pozwala być lepszymi.

Przyznaję, że przez ostatnie 10 miesięcy bardzo sporadycznie sięgałem do historii tego bloga i wcześniejszych wpisów. Ostatnio jednak zacząłem go w końcu drukować dla potomności i spojrzałem na jeden z wcześniejszych wpisów zatytułowany “Jak żyć”. Pisząc go prawie rok temu gdzieś w Wietnamie pod koniec naszej podróży zawarłem w nim nasze obserwacje a jednocześnie postanowienia sabbaticalowe. Z dumą chcę powiedzieć, że nie zmieniłbym w tym wpisie niczego i że trzymamy się mocno tych postanowień.  Czasem zdarza nam się wpaść w codzienny pośpiech, o który bardzo łatwo. Jednak z wyostrzonym widzeniem dzisiaj nam jest to dużo łatwiej i szybciej zobaczyć. Ostatnio w trakcie kazania usłyszałem cytowane ciekawe zdanie: “im szybciej kręci się życie, tym łatwiej jest coś w nim zgubić”.” W tym zdaniu tkwi bardzo głęboka prawda o życiu.

Na koniec w duchu naszej sabbaticalowej tradycji wyrażania wdzięczności dziękuję za życzliwość jakiej ja i moja rodzina doznaliśmy od wielu ludzi w tym roku, za dwa wspaniałe zwierzęta, które tak szybko zaaklimatyzowały się w naszym domu, za dar lepszego widzenia, za płynny powrót całej rodziny do codziennych obowiązków po powrocie z sabbaticalu oraz wytrwałość w postanowieniach zeń płynących.

W Nowym Roku życzę Wam, i również sobie, wielu życzliwych osób wokół, lepszego dostrzegania tego co ważne no i oczywiście dobrego zdrowia, którego na co dzień często nie szanujemy i nie doceniamy.

 

Koncert Kolęd, Wieczory Tumskie 2012, Wojtuś wraz ze swoim Chórem Katedralnym

 

IMG_7980

Opublikowano Australia, Bali, Honduras, Polish, Polska | Otagowano | Dodaj komentarz

Wezwanie do … miłości

5.12.2012

IMG_7796

Na Bali dalej eksploruję świat i kontempluję życie. Czytam biografię Matki Teresy z Kalkuty, która wręcz odbiera mi mowę. Czuję własną małość. Nie jestem w stanie wyrazie zachwytu nad Dziełem, która ta niezwykła kobieta rozpoczęła.

Matka Teresa założyła zakon Misjonarek Miłości w Indiach, pomagała ludziom najuboższym z Ubogich, tym odrzuconym, trędowatym, chorym na AIDS, umierającym, ślepym, porzuconym i chorym dzieciom na całym świecie. Pomagała tym, którzy nikogo już nie obchodzili. Żyła tak jak Ubodzy, jadła to, co oni. Doskonale znała ich dramaty i cierpienia. Wraz z Misjonarkami Miłości, które nadal kontynuują jej Dzieło, była świadkiem strasznej biedy i cierpień.

To, co Matka Teresa zobaczyła za Zachodzie przeraziło ją. Mnie się do tej pory wydawało, że to umierający z głodu ludzie nadgryzieni przez robaki, czy szczury na ulicach Indii są czymś potwornym. Jednak im wystarczy podać miskę ryżu, by zaspokoić głód, a jak nakarmić ubogiego duchowo człowieka Zachodu?

Nagle dociera do mnie, że największą chorobą tego świata nie jest trąd czy rak, ale poczucie bycia kimś niechcianym i niekochanym, bycia kimś, o kogo nikt się nie troszczy, bycia dla innych nikim. Ta najbardziej dotkliwa choroba ma swoje korzenie w rodzinie.

Matka Teresa będąc w Anglii nie mogła się nadziwić, dlaczego ludzie starsi przebywający w domach spokojnej starości, nakarmieni, otoczeni pięknymi sprzętami, opieką medyczną, wciąż byli smutni i całymi dniami wpatrywali się w drzwi pokoju. Zawsze czekający na córkę lub syna, bo może przyjdą.

W krajach Zachodu oddawanie ludzi do ekskluzywnych domów opieki jest normą. Sama miałam okazję odwiedzić w takim „domu” matkę naszego przyjaciela w USA. Było wszystko z wyjątkiem bliskości najbliższych. Po co komu starzec w domu? Nic nie może już dać, jedynie mnoży problemy, którymi trzeba się zająć. Kto ma na to czas? Zdecydowana większość ludzkiej uwagi idzie na pomnażanie dóbr materialnych, a nie na pielęgnację relacji z najbliższymi. W tym przypadku mam na myśli odchodzących rodziców, ale to samo dotyczy dzieci. Dla wielu rodziców ideałem byłoby odbierać dziecko ze szkoły o 18.00, zjeść kolację, położyć je spać i mieć święty spokój.

Tutaj na Bali jest to nie do pomyślenia. Więź pokoleniowa jest świętością. Koło życia się toczy. Nikt z niego brutalnie nie wypada. Zadaniem młodych jest opiekować się starymi i JUŻ! Nikt zresztą nie chciałby narażać się swoim przodkom, bo oni pomagają żyć na ziemi, przynoszą pomyślność. Na Bali rodzina jest bardzo ważna. Tradycyjne wielopokoleniowe rodziny żyją razem na terenie otoczonym murem (takim ładnym, zdobionym; zobacz zdjęcia poniżej). Wewnątrz, po środku rodzinnej wioski, jest wspólny plac nazywany pokojem gościnnym i miejscem, gdzie odbywają się różne uroczystości. Każda rodzina ma jednak swój osobny domek. Zazwyczaj jest to mała murowana chatka, wewnątrz jedno łóżko, gdzieś obok kuchnia. Obowiązkowo zaś przy każdym domku stoi mała kapliczka, miejsce połączenia człowieka z bóstwem, jak również składania hołdu przodkom. Mieliśmy możliwość być u takiej rodziny. Młodzi wyszli do pracy, starsze kobiety zostały w domu, gotowały obiad, dbały o wszystko. Był ten pewien starzec. Siedział sobie na schodach podparty laską i dumał. Nikomu nie przeszkadzał.

Ile jest do zrobienia! Ile wokół nas samotnych i bezdomnych ludzi potrzebujących ciepła, ile dzieci w domach dziecka potrzebujących miłości, ilu starców w domach opieki czekających na bliskich, a ilu osamotnionych zapracowanych rodziców i pozostawionych samych sobie dzieci w „normalnych domach” czekających na miłość, która nie nadchodzi?

 

Zdjęcia z wizyty w tradycyjnym balijskim domu

Opublikowano Bali, Indonesia, Polish, Polska, Pura Vida, Żyj własnym życiem | Dodaj komentarz

Bali – miejsce zatrzymania

28.11.2012

IMG_8033

W Polsce późny listopad i chłód, tutaj na Bali pora deszczowa 32C upalnie i wilgotno. Ciężko wytrzymać. Miejscowi poruszają się wolno i to mnie nie dziwi. Nie mam na nic ochoty. PRAWDZIWE MIEJSCE ZATRZYMANIA. Chcesz czy nie, trzeba zwolnić i zacząć oszczędzać energię, by przeżyć! Chciałabym mieć takie miejsca zatrzymania w domu przynajmniej raz w tygodniu, ale czy tak się w ogóle da?

Kiedy biegnę, czy jadę samochodem obrazy przewijają się szybko, nie nadążam czytać, wiele rzeczy pomijam, jadę dalej. Kiedy się zatrzymuję mogę uważnie rozejrzeć się wokół. Zobaczyć, w jakim miejscu w życiu jestem, zrobić przegląd tego, co mam i upewnić, że to jest to, o co mi chodzi. Zdaję sobie sprawę, że jestem wiecznym poszukiwaczem złota, a tak naprawdę marzę o tym, by osiąść w jednym miejscu.

W podróży zawsze dopasowuję do tego, co przynosi chwila. Często doświadczam niewygody. Rzadko jem tak, jak lubię i kiedy lubię. Co kilka dni inne łóżko, nigdy tak wygodne jak moje w domu. Zmagam się z temperaturą, bagażem. Muszę być non stop czujna, bo biały człowiek w krajach biedniejszych tj. Ameryka Pd, Ameryka Łacińska, Azja, czy Indonezja, to dla miejscowych chodzący bankomat z pieniędzmi. A jednak. Coś mnie ciągnie. Pragnienie odkrywania i ciekawość świata jest u mnie ogromna. W tych właśnie momentach potrafię się zatrzymać i zadumać.

Tak naprawdę na Bali zatrzymała mnie pogoda, ale to, czego dowiaduję się od miejscowych ludzi wprawia mnie w osłupienie. Możecie uwierzyć, że Balijczycy przez jeden dzień w roku nie robią zupełnie nic. Niewiarygodne, mają DZIEŃ CISZYNyepi Day!!! W tym roku wypadał na 23.03 i trwał od 6.00 rano do 6.00 rano następnego dnia. W tym szczególnym czasie Balijczycy koncentrują się na medytacji i refleksji, oczyszczają swoją duszę z grzechów, jakie popełnili w ciągu roku. Tego dnia zabronione jest zapalanie światła (nawet w domach) i rozpalanie ognia. To po to, by kontrolować emocje. W tym dniu nie wolno ani pracować, ani podróżować, ani się bawić. Wstrzymany jest cały ruch uliczny, zamknięta jest przestrzeń powietrzna, nie latają samoloty. Wszystko, ale to wszystko jest pozamykane. I co Wy na to?

Można się zatrzymać na Bali – polecam, ale jeszcze lepiej we własnym domu, gdziekolwiek się on znajduje.

Opublikowano Bali, Indonesia, Pura Vida, Żyj własnym życiem | Dodaj komentarz

Porachunki z walizką

26.11.2012 

IMG_1216IMG_1177

Przed wyjazdem na Bali zadaję sobie pytanie, w jakiej roli chcę wystąpić: turysty z walizką na kółkach, czy globtrotera z pakunkiem na plecach? Świadomie wybieram to drugie. Pakuję swój bagaż i wyruszam. Chcę poczuć prawdziwy ciężar na własnych barkach. Chcę mieć kontakt z tym, co tacham. Przekonana, że zabieram tak niewiele, po chwili marszu odczuwam piekący ból w plecach i kręgosłupie. Upał i duchota na Bali mnie dobija. Kiedy zrzucam plecak i przychodzi ulga i refleksja.

Dostałam to, czego chciałam. Obolała i mokra uśmiecham się do siebie. Czuję radość i dumę. Walizka na kółkach, która pozwala w siebie upchnąć więcej niż mi potrzeba została w domu. I dobrze!

Walizka staje się dla mnie symbolem współczesnych czasów, symbolem odcięcia nas od własnych potrzeb i odczuć płynących z wewnątrz. Często jak walizkę bez dna traktujemy nasze domy i ciała (też domy, ale inne – duchowe). Wrzucamy w nie ile wlezie, bez troski o to, ile pomieści.

Nas, ludzi zachodu, trawi choroba posiadania. Zapominamy o tym, co w życiu ważne i nie wiemy co robić, by odczuwać prawdziwą radość, a nie frustrację i permanentne zmęczenie.

Mamy wszystko, czego nam potrzeba, ale wciąż chcemy więcej. Nasze ciała przepełnia stres. Musztrujemy się każdego dnia, zmuszamy do pracy, do działania ponad siły. Nie odczuwamy zmęczenia, bo nie dajemy sobie na to przyzwolenia. Nie mamy czasu na porządny lunch, spokojną rozmowę z przyjacielem lub dzieckiem. Lista spraw do załatwienia wciąż niezałatwiona! Któregoś dnia przychodzi ten gorzki moment i wszystko lub coś zaczyna się sypać. Najczęściej jest to zdrowie lub ta najbliższa rodzina. Walizka pęka w szwach!

U mnie, na szczęście, jakoś wiele spraw się poukładało. Sabbaticalowa podróż okazała się wręcz terapeutyczna. Odzyskałam siły, znów robię to, co kocham, mam większy dystans do spraw wokół mnie i spokój w głowie. Po powrocie sporo udało mi się uporządkować. Odchudziłam dom i przy okazji siebie o 5 kg! Załatwiłam kilka ważnych dla mnie spraw. Poczułam przyjemną lekkość i wolność! Na tym nie kończę. Wciąż mam sporo do zrobienia. 

Znajduję mądrość w powiedzeniu, że im mniej masz tym jesteś bardziej szczęśliwy. Im więcej posiadasz tym bardziej to coś posiada ciebie. A ja tak nie chcę!

Opublikowano Indonesia, Polish, Pura Vida | Otagowano | 1 komentarz

Podróż dookoła świata – Bis

20.10.2012

Tak się złożyło, ze ostatnio spędziłem sporo czasu w podróżach służbowych. Przez ostatnie tygodnie przeleciałem tyle kilometrów, że mógłbym spokojnie okrążyć kule ziemska w jej najszerszym miejscu. Była w tym podróż na Daleki Wschód, do Szanghaju, kilka lotów po Europie, wreszcie podróż w kierunku zachodnim do mojego ukochanego Nowego Jorku. W międzyczasie zdążyłem jeszcze wziąć udział w jubileuszowym i rekordowym pod względem uczestników maratonie wrocławskim, tak aby silnym akcentem zakończyć sezon rozmaitych startów sportowych. Co do występów sportowych, dołączył do nich aktywnie również Wojtek Jr., który zaliczył swoje pierwsze zawody w tym roku w biegu na 1km.

IMG_7594IMG_7601IMG_7603

IMG_7589IMG_0764IMG_7533IMG_7561IMG_7570IMG_7571

Wroclaw Maraton 2012, finisz_video

Mistrzostwa Polski w triatlonie Radków 2012, bieg_video

Finisz Wojtusia w Biegu Solidarności_video

 

Te tysiące przebytych kilometrów wywołały ciągle silne wspomnienia z naszego sabbaticalu. W czasie jednej z tych podróży, a konkretnie w Paryżu, miałem okazję być gościem i mówcą honorowym na ciekawej rocznicowej konferencji jednej z firm francuskich obchodzących swoje 100 lecie istnienia, działającej w 140 krajach. W ramach swojego przemówienia nie mogłem powstrzymać się od podzielenia się swoją misją  aby zachęcać ludzi do życia własnym życiem i udania się, przy najmniej raz w życiu, na sabbatical. Muszę powiedzieć, że temat ten okazuje niezwykle bliski  wielu osobom reprezentującym rozmaite kultury i części świata. Wśród około 200 moich słuchaczy, reprezentujących 70 krajów, odzew na moje słowa był niezwykły. Jak świat długi i szeroki, wielu ludzi łączy tęsknota  wyrwania się ze szponów rzeczywistości i zrobienia czegoś dla siebie i swoich bliskich. Po raz kolejny usłyszałem wiele zachęt aby nasze rodzinne doświadczenia spisać w formie książki. Może trzeba się będzie w końcu za to zabrać? Przy okazji wspólnie z Anią dostaliśmy wiele zaproszeń do odwiedzenia różnych zakątków świata. Może przy okazji następnego sabbaticalu …?

IMG_0814

 

Podróżowanie, nawet to służbowe, zawsze było dla mnie czymś magicznym. Poznawanie nowych ludzi i miejsc, kultury, obserwowanie życia są fascynujące. Od czasu mojej poprzedniej wizyty w Chinach 5 lat temu sporo się tam zmieniło. Szanghaj ze swoimi 24 milionami mieszkańców wydaje się rosnąć jak na sterydach. Według informacji od miejscowych system metra, jaki tam zbudowano w ciągu ostatnich 12 lat większy jest już od tego w Nowym Jorku. Aż trudno w to uwierzyć.

IMG_0719IMG_0714IMG_0678IMG_0681IMG_0686IMG_0695

Nowy Jork, który odwiedzam dość regularnie od wielu lat, też ciągle się zmienia. Wieża Wolności, czyli najwyższy budynek, który stawiają na miejscu wieżowców WTC zniszczonych 11.09.01, jest już na ukończeniu. Na Manhattanie, gdzie wydawałoby się, że nie ma już miejsca na nowe wieżowce, stale powstaje coś nowego. Kilka rzeczy na szczęście pozostaje niezmiennych. Wśród nich są wspaniale musicale na Broadway’u. Tym razem obejrzałem Nice Work ze znanym aktorem Matthew Broderick i z muzyką Iry i Georga Gershwin, oraz Evita z pewnie jeszcze bardziej znanym w Polsce Ricky Martinem, który swoje pierwsze kroki na scenie stawiał właśnie kilkanaście lat temu w musicalach. Poziom przedstawień jest boski! Trudno to opisać słowami! Przedstawienia, które widziałem w Polsce (ostatnio Deszczowa Piosenkę w Teatrze Roma) są niestety tylko namiastka tego co można zobaczyć na Broadway’u. Jedyna rzecz wspólna to niestety ceny biletów!
Inna rzecz, którą uwielbiam w Nowy Jorku to Central Park i bieganie po nim wśród setek innych ludzi. Ta oaza zieleni wśród urbanistycznej dżungli i zgiełku ruchu ulicznego jest niesamowitym kontrastem. Przy okazji można natknąć się na kogoś ciekawego, tak jak kiedyś przydarzyło mi się to z Woody Allenem i jego żoną.

IMG_0923IMG_0930

A propos spotkań z ciekawymi ludźmi miałem właśnie przy okazji tej wizyty spotkać się i przez kilka minut przemawiać do Polskiego Prezydenta i wielu innych oficjeli zebranych na spotkaniu poświęconemu rozwijaniu polskiego biznesu w USA w pięknym polski konsulacie na Manhattanie. Moja firma, AmRest, została wyróżniona tytułem championa biznesu w USA. Dla wielu zebranych historia rozwoju mojej firmy od skromnych początków i pierwszej restauracji we Wrocławiu 19 lat temu do ponad 720 dziś w 11 krajach jest bardzo odkrywcza i inspirująca.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA         IMG_0914

 

Te ostatnie doświadczenia pokazują mi po raz kolejny, że nawet w podroży służbowej, kiedy agenda zwykle jest wypełniona po brzegi, jak się bardzo chce zawsze można znaleźć czas na swoje własne pasje. Życie własnym życiem nie jest zero-jedynkowe i zarezerwowane tylko na czas sabbaticalu. Czas na nie jest w każdym momencie, nawet w podróży służbowej.

Opublikowano Chiny, Francja, Polish, Polska, USA | Otagowano , | 2 Komentarze