Jasny cel

Pewnie niewielu ludzi, nawet katolików, zdaje sobie sprawę, że de facto, Polska cały czas Polska pozostaje monarchią. 1 kwietnia 1656 r. król Jan Kazimierz uroczyście ogłosił Maryję Królową Korony Polskiej. Spory wpływ na tę decyzję miała cud na Jasnej Górze, który wydarzył się rok wcześniej. Po długim oblężeniu i kilku próbach zdobycia Jasnej Góry wojska szwedzkie wycofały się z tego pomysłu. Te śluby lwowskie Jana Kazimierza zostały odnowione 300 lat później tj. 26.06.1956 za sprawą Prymasa Polski, ks. Kard. Stefana Wyszyńskiego. Dziś jest właśnie kolejna rocznica tamtego wydarzenia i święto Matki Boskiej Częstochowskiej, której oficjalne panowanie trwa już 362 lata. Mamy więcej swoją Królową.

W czasie mojego drugiego sabbaticalu zaplanowałem odbycie m.in. trzech pielgrzymek do trzech świętych miejsc. Mam już za sobą miesięczną wędrówkę szlakiem francuskim do Santiago de Compostela, mamy też odbytą wspólną rodzinną wyprawę do Ziemi Świętej w czasie Wielkanocy. Niedawno skończyłem swoją pierwszą pieszą pielgrzymkę do Częstochowy, do naszej Królowej. Od setek lat jest to miejsce, która przyciąga swoją niezwykłą mocą rzesze pielgrzymów z całego świata. Wyczytałem, że rocznie jest to około 4 milionów!

Przekonuję się, że pielgrzymowanie to fascynujący sposób na pogłębięnie swojej relacji nie tylko z Bogiem ale też z innymi ludźmi. Bywałem na Jasnej Górze wiele razy. Odwiedzałem też nieraz rowerem pielgrzymów w drodze do Częstochowy. Tym niemniej osobiste uczestnictwo odkładałem na ten właśnie rok. Zanim poczułem to grupowe pielgrzymowanie na własnej skórze zastanawiałem się, dlaczego tysiące ludzi w Polsce od lat poświęcają sporą część swoich urlopów, aby iść pieszo do Matki Boskiej Częstochowskiej każdego lata. Jest to bardzo szerokie spektrum pątników od bardzo małych dzieci, przez młodzież, studentów, osoby aktywne zawodowo kończąc na szerokim przedziale emerytów. Jako ciekawostka najmłodszy uczestnik tegorocznej Wrocławskiej Pieszej Pielgrzymki (WPP) miał 6 m-cy a najstarszy 84 lata.

Po tych kilku dniach pielgrzymowania chyba lepiej rozumiem tę motywację. Wyobraźcie sobie, że jedziecie na urlop pod namiotem, z dużą ilością aktywności fizycznej codziennie, z ludźmi, którzy modlą się radośnie, śpiewają, bawią się tańcząc i grając itd. Jeśli dodam do tego, że generalnie wszyscy są bardzo życzliwi wobec siebie, dzielą się tym co, mają, są uśmiechnięci, to wydaje się, że tego typu pakiety wakacyjne miałby duże wzięcie. Tak niestety nie jest. Mimo, że np. w XXXVIII Wrocławskiej Pieszej Pielgrzymce uczestniczyło w sumie około 1500 osób z roku na rok jest to tendencja malejąca.

Myślę, że jest tak m.in. dlatego, że nasze wyobrażenia o pielgrzymowaniu są często bardzo ubogie i odległe od tego, jak to rzeczywiście wygląda. Mimo, że piesze pielgrzymowanie stanowi trud fizyczny większość ludzi żałuje pod koniec, że ten czas już się kończy. Wielu doświadczonych pielgrzymów, z którymi rozmawiałem zapewniało mnie, że wracają do domów wypoczęci i z naładowanymi akumulatorami. Ja też się tak czuję, mimo, że do pielgrzymki dołączyłem po dość wyczerpujących zawodach triatlonowych a w trakcie pielgrzymki spałem średnio po 4-5 godzin na dobę. Mam wrażenie, że dużo rzadziej towarzyszy nam taki stan, kiedy wracamy z wakacyjnych wyjazdów.

Typowy dzień pielgrzymowania może wydawać się dość męczący. Pobudka około 5 choć zdarzały się dni, że było to już o 3:45 rano. W ciągu godziny trzeba się ogarnąć, zjeść śniadanie, załatwić poranną toaletę, zwinąć namiot i spakować się, aby przekazać swoje rzeczy na miejsce transportu do kolejnej bazy noclegowej. Godzinę po pobudce jest wymarsz poszczególnych grup. W WPP tych grup było około 20. Mi akurat przypadło iść w grupie studenckiej nr 12 Wawrzyny. Dziennie pielgrzymi pokonują około 25-33 km. Te przejścia są podzielone są na kilka 2-2,5 etapów, które przedzielają odpoczynki trwające około 30 min. Poranne wyjścia to coś, co bardzo mocno zapamiętam z tego pielgrzymowania. Maszerowanie do śpiewu Kiedy ranne wstają zorze przy wschodzie słońca i zapachu świeżo skoszonych zbóż to doświadczenie mistyczne. Potem jest wspólne śpiewanie Godzinek o Niepokalanem Poczęciu N.M.P. Jeszcze dziś, kilka tygodni po zakończeniu WPP brzmią mi w uszach słowa wielokrotnego zawołania z Godzinek:

Przybądź nam miłościwa Pani ku pomocy,
A wyrwij nas z czartowskiej nieprzyjaciół mocy.
Chwała Ojcu i Synowi jego przedwiecznemu,
I równemu im w Bóstwie Duchowi świętemu:
Jak była na początku i zawsze i ninie,
Niech Bóg w Trójcy jedyny na wiek wieków słynie.

Tych wzruszeń i poruszeń w trakcie pielgrzymowania przeżyłem sporo. Po drodze często witają nas mieszkańcy i dzielą się czymś do jedzenia i do picia. Na wielu postojach nie mogłem się nadziwić hojności ludzkiej. Wielkie kotły zupy, kompotu, hałdy kanapek i to wszystko za darmo. Robi to wielkie wrażenie szczególnie w czasach kiedy stajemy się coraz bardziej interesowni i zaczynamy wyliczać sobie rozmaite rzeczy.
Kolejna rzecz, która mnie bardzo ujęła to autentyczna pozytywna atmosfera mimo czasem wielkich upałów i zmęczenia. Na jednym z moich pierwszych postojów zauważyłem, że spora grupa ludzi ustawia się w wielkim kole i zaczyna tańczyć jakiś obco wyglądających taniec, w którym jest dużo biegania i skakania i ciągłego wymieniania się partnerami. Na moje pytanie co to, otrzymałem odpowiedź-pytanie: to ty nie wiesz, że to Belgijka. Ponieważ nigdy wcześniej tego nie widziałem nagrałem ten taniec (poniżej link) przy jakieś kolejnej wieczornej okazji i posłałem do znajomego Belga Christopha w celu weryfikacji. Potwierdził, że rzeczywiście to taniec Belgijka, do którego to tańca zmuszano go dzień w dzień w szkole. A tu na pielgrzymce nikogo zmuszać nie trzeba było. Ludzie nawet z pęcherzami i wyraźnymi oznakami zmęczenia podskakiwali jak nowo narodzeni. No cóż, ta energia to pewnie zastrzyk od Królowej, do której wszyscy zmierzaliśmy przez tych kilka dni. Nawet pod koniec każdego intensywnego dnia pielgrzymi tryskają energią. Zresztą sami zobaczcie.

Taniec Belgijka. Film

W naszej pielgrzymce uczestniczyło też kilku obcokrajowców z Meksyku, Nikaragui, Ukrainy, Ugandy czy Indii. Na nich wszystkich ten polski sposób pielgrzymowania robił też olbrzymie wrażenie. Przy okazji mogli poznać po drodze piękno naszego kraju. Wrocławska Pielgrzymka jest wytyczona bardzo malowniczymi i głównie polnymi i leśnymi drogami. To dodaje jej szczególnego uroku.

Wśród pielgrzymujących w każdej grupie jest też sporo księży i kleryków. Ich świadectwo w czasie drogi było bardzo piękne. Szli dzielnie cały czas ubrani w swoje czarne sutanny, które suszyły się od potu na każdym postoju. W czasie drogi wielu z nich pełniło też posługę spowiedników i generalnie angażowali się jak mogli w pomaganie przy różnych sprawach, np.noszenie wielkich tub z nagłosnieniem. Dla wszystkich, łącznie z duchownymi, wśród których był też bp. Jacek, takie pielgrzymowanie to piękna lekcja pokory. Wszyscy idą, śpią, jedzą czy myją się w tych samych warunkach.

A propos zajęcia tzw. YouTubera, w trakcie niesienia przeze mnie tuby na dość długim odcinku w jego połowie poczułem ucisk na pęcherz. Ponieważ tuba, którą się niesie jest przyczepiona do innych tub za pomocą kabla nie ma możliwości, aby z tubą skoczyć w bok do lasu za potrzebą. Wyglądanie kolejnego postoju przez około godzinę było chyba jedną z najdłuższych godzin w moim życiu. Pod koniec miałem już taką wizję, że pobiegnę z lasu z moją tubą i pociągnę za sobą pozostałych Teletubisiów (to inną nazwa dla niosących tuby). Proszę się nie doczytywać innych podtekstów.

O autentycznych ludziach wiary mówi się, że są do tańca i do różańca. Spotkałem wielu takich pielgrzymów w wielu z grup pielgrzymujących. Myślę, że w przyszłym roku też się wybiorę na WPP w odwiedziny do Królowej. Cel jest jasny – Jasna Góra.

Tak się bawią Wawrzyny. Film

Opublikowano sabbatical | Dodaj komentarz

Cudze chwalicie …

Od wielu już lat na mojej liście marzeń była dłuższa rodzinna podróż po tzw. Kresach wschodnich Polski. Wstyd się przyznać, że dzięki wielu podróżom zagranicznym, np. po USA, lepiej poznałem dotąd tamten kraj, niż swój własny. Jeszcze miesiąc temu na mapie Polski była spora lista miejsc, w których w życiu nie byłem: Suwałki, Augustów, Białystok, Białowieża, Lublin czy Zamość.

Mój obecny sabbatical stworzył więc okazję, aby przeznaczyć na ten wspólny rodzinny projekt blisko miesiąc wspólnego podróżowania. Tak się też stało, z czego się ogromnie cieszę. Właśnie kończymy naszą wschodnią eskapadę i czas na trochę podsumowań.

Kresy wschodnie postanowiliśmy zwiedzać jadąc wzdłuż wschodniej granicy od północy na południe. Zrobiliśmy około 2000 km, a ja dodatkowo ok 1000 km na rowerze i biegnąc. Czasem w tych rowerowych wycieczkach towarzyszyła mi też reszta rodziny, o czym za chwilę.

W drodze z Wrocławia na Suwalszczyznę zatrzymaliśmy się na noc niedaleko Warszawy w urokliwym mieście Serock, nad Zalewem Zegrzyńskim, w miejscu, gdzie spotykają się Bug i Narew.

Jest to bardzo zadbane i malowniczo położone miasto z pięknymi ścieżkami rowerowymi, plażą nad Narwią, dobrymi restauracjami jak Złoty Lin, oraz uroczym rynkiem i kościołem.

Z Serocka ruszyliśmy nad Jezioro Wigry do miejscowości Bryzgiel w Wigierskim Parku Narodowym. Jest to doskonałe miejsce do poznawania tamtej części Polski. Mniej niż pół godziny drogi do Suwałk, Augustowa czy też do pięknego kompleksu budynków poklasztornych Zakonu Kamedułów, gdzie w czasie jednej ze swoich pielgrzymek do Polski w 1999 roku odpoczywał przez kilka dni Jan Paweł II. Czy może być lepsza rekomendacja na wybór miejsca odpoczynku?

Klasztor w Wigrach. Film

Mimo, że pogoda nie rozpieszczała nas od samego początku lipca nie poddaliśmy się tej słocie. Nieopodal naszej bazy wypadowej w Bryzgielu (chyba się to tak odmienia) jest m.in. stacja Wigierskiej Kolei Wąskotorowej. Dwu i półgodzinna wycieczka z kilkoma postojami po drodze pozwala lepiej poznać uroki Wigierskiego Parku Narodowego. Teraz rozumiem, dlaczego wielu polskich królów i książat traktowało ten obszar jako miejsce swojego wypoczynku i rozrywki takiej jak polowania.

Będąc tak blisko Augustowa nie mogliśmy opuścić innej atrakcji, tj. żeglugi Kanałem Augustowskim. Tu też natrafiliśmy na ślady wizyty Ojca Świętego. Mimo, że to okres wakacyjny w tym rejonie Polski jest cisza i spokój. Nie czuje się nachalności innych turystów. Dzięki temu łatwiej nam rozkoszować się otaczającą naturą.

Ponieważ mieliśmy ze sobą rowery, niektóre wycieczki odbywaliśmy właśnie na nich. Na dalsze eskapady jak np jazda z Bryzgiela do Trójstyku granic Polski, Rosji i Litwy wzdłuż Czarnej Hańczy i najgłębszego jeziora z tej części Europy, tj. Jeziora Hańcza (108,5m) udawałem się sam lub z Wojtkiem Jr.

Mimo, że jakość niektórych dróg pozostawia nadal wiele do życzenia, tak iż jadąc po nich rowerem szosowym można pogubić plomby w zębach, krajobrazy mijane pozwalają zapomnieć o niewygodach jazdy. Jadąc rowerem czuje się, jak mocno działały tu lodowce kształtując ten bardzo pofałdowany teren. Na przejechane jednego dnia 130 km trudno było znaleźć mi jakikolwiek płaski odcinek. Stale tylko w górę i z górki.

Jeżdząc rowerem po tej części Polski zacząłem się każdego dnia natykać na ciekawe znaki przydrożne informujące mnie, że jadę słynnym szlakiem rowerowym Green Velo. Ciągnie się on meandrując trochę wzdłuż wschodniej rubieży Rzeczpospolitej licząc w sumie ponad 1800 km. Szlak ten jest doskonale oznakowany. Co jakiś czas można się też natknąć na tzw. MORy, czyli miejsca obsługi rowerów. Naprawdę ta infrastruktura dla rowerzystów robi wrażenie. Jeśli idzie o kolarzy to niestety szlak GreenVelo czasem wiedzie drogami polnymi i szutrowymi, po których cieżko się jedzie na cienkich oponach.

Jednego dnia wypuściłem się z synem na rajd rowerowy wokół Jeziora Wigry. Trasa jest bardzo urozmaicona i niełatwa technicznie. Ten wysiłek wynagradzają zapierające dech widoki i zakamarki Wigierskiego Parku Narodowego. Udało się nam w dobrej formie objechać jezioro ale mój zegarek z GPSem poddał się gdzieś na 3/4 przebytej trasy.

Suwalszyczyzna zaskakuje mnie sporą liczbą kopalń odkrywkowych piasku, żwiru i innych surowców wykorzystywanych w budownictwie. Rzuca się też w oczy spora liczba gości z krajów bałtyckich i powszechne nazewnictwo w wielu wersjach językowych.

Charakterystyczny jest też język tutejszych i kuchnia z wpływami wschodnimi. W menu królują kartacze, pelmieni, soczewiaki czy bliny. Dla mnie, który spala codziennie na treningach ponad 4000 kalorii, zjedzenie takiej bomby węglowodanowej nie stanowi problemu. Inni członkowie rodziny zapadają w poobiedni stupor po takiej degustacji.

Po ponad tygodniu pobytu na Suwalszczyznie ruszyliśmy w kierunku Białowieskiego Parku Narodowego. Zaplanowany mieliśmy nocleg w bardzo malowniczej podlaskiej zagrodzie nieopodal granic parku.

Po drodze zatrzymaliśmy się w dość unikalnym miejscu na mapie Polski, tj. w miejscowości Sokółka. W tamtejszym kościele 12.10.2008 miał miejsce cud Eucharystyczny. W czasie porannej Mszy Św. kapłanowi rozdzielającemu Komunię Świętą upadł na stopień ołtarza konsekrowany komunikant. Ksiądz przeniósł hostię do naczynia z wodą (vasculum), by mogła się rozpuścić zgodnie z procedurą liturgiczną. Komunikant może rozpuszczać się kilka dni. Gdy po jakimś czasie siostra zakonna, otworzyła sejf, w którym było vasculum, by sięgnąć po jakąś potrzebną rzecz, poczuła zapach kwaszonego chleba. W vasculum zobaczyła prawie rozpuszczony komunikant z lśniącą jak żywa, czerwoną plamką jakby lekko skrzepniętej krwi, wielkości paznokcia. Resztka śnieżnobiałego Komunikantu była zespolona z plamką krwi, jakby przyfastrygowana nicią.

Badania patomorfologiczne wykazały, że pobrany fragment Komunikantu przybrał postać tkanki mięśnia sercowego człowieka w stanie agonii. Nauka Kościoła mówi, że poddana badaniom Hostia jest Ciałem samego Chrystusa na mocy Jego własnych słów wypowiedzianych podczas Ostatniej Wieczerzy.

Co ciekawe, na świecie, w tym w Polsce w Legnicy, jest wiele takich miejsc, gdzie na przestrzeni setek lat miały miejsce podobne przemiany. Cechą łączącą wszystkie te cuda jest rodzaj tkanki i grupa krwi mężczyzny w agonii, do którego powstała tkanka mięśnia sercowe miałaby należeć.

Będąc tam pomyślałem, że mimo istnienia takich cudów istnieje cała masa ludzi, którzy domagają się dowodów na istnienie Boga i cud ofiary i Zmartwychwstania Jego Syna.

Uczestniczenie w niedzielnej Eucharystii w tak szczególnym miejscu było dla nas szczególnym przeżyciem.

Po odwiedzeniu kościoła Św. Antoniego Padewskiego polecamy też cukiernio-kawiarnię w starej szkole nieopodal kościoła. Wybór lodów i ciast jest tam wyśmienity. Wystrój wewnątrz też robi wrażenie.

Z Sokółki pojechaliśmy na obiad i spacer do Białegostoku. Miasto ma charakterystyczny trójkątny rynek. Inna atrakcją jest Pałac Branickich. Mi jeszcze wpadł w oko ciekawy mural z dziewczynką podlewającą żywe drzewo.

Wracając do regionu Podlasia naszym głównym celem było tam odwiedzenie Białowieży i okalającego parku. Znany jest on głównie z dwóch rzeczy. Po pierwsze jest to ostatni fragment pierwotnego lasu Europy, jaki przetrwał do naszych czasów. Po drugie, to tutaj ocalono od zagłady żubra, który prawie doszczętnie wyginął w XVIII w. W czasie wspólnej rowerowej wycieczki po parku odwiedziliśmy m.in. dęby królewskie oraz rezerwat z żubrami.

Dwa dni poźniej w czasie treningu biegowego w okolicach naszej sielskiej zagrody spotkała mnie niesamowita rzecz. Po około 3 km biegu przez las zauważyłem kątem oka, że na jednej z ścieżek odchodzących w bok od głównej stoi coś czarnego na drodze. Gdy tak biegłem dalej główną drogą leśną ciekawość nie dawała za wygraną. Po 300 metrach zawróciłem, aby wbiec w tę boczną ścieżkę i zobaczyć, co to jest. Gdy już się znalazłem na niej zauważyłem, że jakieś 100 m ode mnie coś czarnego stoi na drodze i się porusza. Przestałem biec, aby nie spłoszyć tego czegoś i zacząłem filmować tę scenę podchodząc coraz bliżej.

Spotkanie z żubrami w czasie biegu po Puszczy Białowieskiej. Film

To czego ten film nie oddaje to niesamowite wrażenie bliskości z tymi dostojnymi zwierzętami w ich naturalnym środowisku. Podchodząc do nich zastanawiałem się, czy mogę się spodziewać ataku z ich strony, czy to raczej one będą ode mnie uciekać. Pomyślałem, że w przypadku tego pierwszego scenariusza jestem rozgrzany i w stroju sportowym to pewnie uda mi się uciec. Kolega, który widział ten film, znalazł gdzieś informacje, że żubr potrafi biec 45 km/h. Więc pewnie nie miałbym szans. Na szczęście dla mnie, gdy byłem już dość blisko, żubry się spłoszyły i zaczęły uciekać. Ziemia dudniała wtedy tak, jakby było jakieś trzęsienie ziemi. Dorosły żubr waży blisko tonę. Było ich w sumie około 10 sztuk, większość raczej średniej wielkości. Jednak po mojej lewej stronie za krzewami, czego nie widać dobrze na filmie, znajdował się jeden wielki okaz z młodych żubrem. Gdy się spłoszyły były naprawdę blisko ode mnie.

Po kilku dniach biesiadowania w bliskości Puszczy Białowieskiej ruszyliśmy w dalszą drogę na południe. Naszym kolejnym przystankiem było urokliwe miejsce nieopodal Zamościa, tj. miejscowość Ujazdów. Po drodze był postój na obiad w Kazmierzu Dolnym oraz na kawę w Lublinie.

Kazmierz, mimo swojego pięknego położenia, odstraszał trochę zgiełkiem masy turystów. Niespodzianką in plus były okalające miasto naturalne wąwozy wydrążone w glebie iłowej przez deszcze. Z dróg, które niegdyś szły szlakiem owych wąwozów, pozostały tylko okalające drzewa. Wrażenie spaceru w takim wąwozie jest baśniowe.

Lublin oczarował nas pięknem Starego Miasta. Czuje się klimat historii. Widać, że sporo kamienic czeka jeszcze dużo pracy restauracyjnej. A propos słowa restauracja, polecam restaurację Trybunalska, w której zjedliśmy drobną przekąskę, m.in. lokalny specjał, gęsie żołądki z hummusem, aromatycznym sosem z bakaliami i ogórkiem kiszonym. Świetna była też mozzarela burrata. Na inną specjalność miejscowej kuchni, czyli forszmak lubelski z cebularzem, zdecyduję się innym razem.

W końcu dotarliśmy do Ujazdowa. Znaleźliśmy tam bardzo urokliwie położony pałac wraz z przylegającym hotelem. Cały ten obiekt jest utrzymywany, restaurowany i prowadzony przez rodzinę pasjonatów z Chełma.

Gorąco polecamy to miejsce. Obok jego pięknej lokalizacji nad meandrującą rzeką Wieprz jest to też świetna baza wypadowa do poznawania Zamojszczyzny i Roztocza.

Mówiąc o Zamojszczyźnie jego szczególną perłą jest Zamość. Nawet brzydka pogoda nie mogła nam popsuć złego wrażenia z wizyty w tym przepięknym mieście. Miłą niespodzianką był też odbywający się tam akurat festiwal folkloru z wieloma zespołami z zagranicy. Jedząc w ormiańskiej restauracji na rynku słuchaliśmy melodii fado śpiewanych przez zespół z Portugalii.

Udając się na treningi rowerowe w tej części Polski znowu zobaczyłem przy drogach znajomy znaczek szlaku rowerowego GreenVelo. Ta infrastruktura naprawdę robi wrażenie.

Gdy wyjeżdżaliśmy na miejsce naszego ostatniego miejsca pobytu w podróży po kresach ruszyłem z Ujazdowa jako pierwszy. Chciałem wykorzystać okienko w pogodzie oraz jeszcze lepiej poczuć klimat Roztoczańskiego Parku Narodowego. Po drodze natknąłem się na miasto, znane głównie ze swojej trudnej do wymówienia dla obcokrajowców nazwy. Aby im pomóc w tej trudniej sztuce nagrałem przy wjeździe do miasta krótki film.

Językowe wyzwanie dla obcokrajowców. Film

Po drodze w Bieszczady odebraliśmy jeszcze Wojtka z pociągu relacji Wrocław – Przemyśl. Na kilka dni odłączył się od nas uczestnicząc w koncercie w naszym mieście.

Na sam koniec spędziliśmy kila dni w Bieszczadach rozkoszując się niezwykłą ciszą i dziczą tamtych terenów. Jeżdżąc po tamtych górzystych drogach rowerem nie raz towarzyszyły mi zwierzęta. Trzeba było uważać szczególnie na zjazdach.

A propos jazdy rowerem, w drodze powrotnej do Wrocławia wysiadłem gdzieś za Gliwicami i „wijąc się” raz po prawej a raz po lewej stronie Odry kontynuowałem podróż rowerem podziwiając uroki Opolszczyzny i Dolnego Śląska.

Nasze wrażenia z objazdu Kresów Wschodnich są bardzo poztywyne. Są to tereny bezkresnej dzikiej przyrody, ciszy i pełne urokliwych zakątków. Ludzie żyjący w tamtej części Polski zaskoczyli nas swoją gościnnością i pozytywną energią. Chyba następnym razem wybiorę się tam na podróż całym szlakiem Green Velo. Polecam!

Opublikowano sabbatical | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Nicnierobienie

Za niecały miesiąc minie półmetek mojego kolejnego sabbaticalu. To dobry moment na jakieś wstępne refleksje po pierwszej połowie tego unikalnego doświadczenia.

Dziś chciałem podzielić się pewną obserwacją, która nurtuje mnie od dłuższego czasu. Stała się ona dla mnie jaśniejsza w ostatnich miesiącach.

Wiele osób, z którymi rozmawiam wyobraża sobie, że w czasie urlopu od pracy zawodowej muszę mieć zapewne dużo czasu wolnego i generalnie dużo wypoczywam. W pewnym sensie chciałbym im przytaknąć. Tak jednak nie jest. Gdy patrzę na swój rytm dni i tygodni czasem mam wrażenie, że jestem nawet bardziej zajęty niż wtedy, kiedy pracowałem zawodowo. Łapię się na przykład na tym, że trudniej mi znaleźć teraz czas na wizytę u masażysty. W kinie nie byłem od ponad pół roku. Mógłbym się tłumaczyć tym, że w domu jest małe dziecko itd. Fakty są jednak takie, że zamiast spodziewanego większego odpoczynku i relaksu moje rutynowe zajęcia zapełniłem po prostu innymi aktywnościami.

Problem nadaktywności jest mi dość bliski. Generalnie jestem tak zaprogramowany, aby wyciskać ile się da z życia i nie „marnować” czasu. Jedną z moich specjalizacji jest tzw. wydłużanie weekendów. Ta umiejętność mocno zaintrygowała w czasie wspólnych randek moją przyszłą żonę. Może kiedyś ten temat bardziej rozwinę.

Są pewne nowe czynności, które pojawiły w moim życiu w tym roku, a z których jestem dumny. Praktycznie w czasie każdej jazdy samochodem odmawiam Różaniec rozważając akurat Tajemnice danego dnia. Do jeszcze niedawna akurat ta praktyka religijna wydawała mi się nieco staroświecka i pozbawiona głębi duchowej. Praktykując ją jednak na nowo w sposób bardziej świadomy i rozważając rozmaite tajemnice i intencje odkrywam w Różańcu niesamowity potencjał kontemplacyjny, który pozwala mi choć na chwilę zatrzymać się w ciągu dnia … mimo, że akurat przeważnie dokądś jadę. Gdy zwykle jestem gdzieś między 2 a 3 tajemnicą danego dnia zauważam, że udaje mi się wyciszyć swoje myśli, spojrzeć na wszystko z dystansu. Kończące zdrowaśki odmawiam już w bardzo dużym stanie spokoju wewnętrznego. Polecam gorąco, szczególnie tym, którzy wożą swoje różańce w widocznych miejscach w samochodach, np. wiszące na lusterkach wstecznych. Warto wziąć je od czasu do czasu do ręki.

Inną nową praktyką w moim życiu stało się częstsze, niż od święta, gotowanie. To zajęcie jest dla mnie również dość miłe. Lubię przygotowywać nowe dania poszukując ciekawych przepisów, zdobywając czasem egzotyczne składniki ku zdziwieniu obsługi sklepu i ucząc się nowych połączeń smakowych. Jeszcze większą radość sprawia mi widzieć zadowolone twarze swoje rodziny delektującej się tymi potrawami. Po miesięcznym pobycie w Hiszpanii szczególnie upodobałem sobie tamtejszą kuchnię hiszpańską i wina.

Mimo, tych nowych i często szlachetnie brzmiących zajęć, zauważam, że w kwestii umiejętności nicnierobienia nie czynię od lat żadnych postępów. Nie jestem z tego dumny i postanawiam mocno poprawić się w drugiej połowie. Przyglądając się sobie jak również ludziom dookoła widzę, że nie jest to tylko mój problem. Uważam, że w każdej dziedzinie życia, również w tzw. działaniu i jego braku potrzebny jest umiar.

Mam wrażenie, że generalnie ludzie przedkładają działanie nad jego brak. W biznesie cenimy głównie tych, którzy dużo robią i mówią, choćby było to tylko szum wokół siebie. Debaty w mediach, których na szczęście już od lat unikam, to też walka nad to, kto bardziej zdominuje drugiego. Nasze codzienne rozmowy z innymi wyglądają podobnie. Swoją drogą jakże drenująca naszą życiową energię musi być taka postawa? Być zawsze gotowym zareagować, wyrazić swoje zdanie itd. Jak nasze ego to uwielbia! Zajmować stanowisko, bronić go, przekonywać do swoich racji …
Przypomniają mi się w tym miejscu mądre słowa na ten temat.


Czy wolisz być szczęśliwy, czy mieć rację?

I tu pojawia się pewien paradoks. To przecenianie ludzkiej aktywności nad nicnierobienie wydaje się być jednak pozorne. Podam kilka przykładów.

Z kim nam się zwykle lepiej rozmawia? Czy z tym, który jest dominujący w rozmowie i nie daje nam dojść do głosu czy raczej z osobą, która głównie nas słucha? Czy lubimy wysłuchiwać ludzkich opinii i ocen, czy wolimy, gdy inni są bardziej wstrzemięźliwi w swoich sądach? Gdy tak słucham często tych opinii i sądów wyobrażam sobie, że ja sam pewnie muszę być od czasu do czasu pod podobnym pręgierzem ocen danej osoby, skoro tak łatwo ocenia ona innych. Brr. Trzeba wtedy wiać.

Wreszcie, czy w biznesie czy w innej dziedzinie jak sport większe sukcesy osiągają ci co dużo pracują i ciągną wiele projektów czy ci, co mniej rozdrabniają się na rozmaite projekty, będąc skoncentrowani na konkretnym zadaniu?

No ale lubimy tworzyć pozory i iluzje. Albo raczej uwielbia je nasze ego, czyli nasz fałszywy obraz, nasza maska, którą staram się prezentować w sposób jak najbardziej atrakcyjny światu.

Klasycznym dla mnie momentem nadaktywności i nadmiaru słów są np. podbramkowe sytuacje na drodze. Przejedżając tysiące kilometrów rowerem i samochodem, podobnie jak wy, zderzam się z rozmaitym chamstwem na drogach. Nie wykluczam, że sam też pewnie czasami jestem jego źródłem. Tak czy inaczej, typowa dla mnie w takich momentach jest gwałtowna słowna reakcja na to, co mnie spotyka. A może by tak spróbować ugryźć się w język w takich momentach. Zobaczyć jak często trywialne są to sytuacje. Wczuć się w sytuację drugiej osoby. Może to ktoś, kto jest młodym kierowcą, może nietutejszy. Może pokłócił się z żoną i ma zły dzień? Jest cała masa potencjalnych przyczyn zdarzeń, które nas dotykają. Nie musimy dokładać do tego naszego własnego bagażu emocji. Nasze słowa nic dobrego nie przyniosą.

Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Skoro jednak mnie, cholerykowi, udaje się to od czasu o czasu, myślę, że stać na taką postawę nicnierobienia każdego.

W pewnym sensie postawa, w której zawieszamy nasze sądy, opinie, instynkty do natychmiastowego działania, wymaga od nas dużo więcej energii niż postawa tzw. aktywna. Bierność to słowo dość pejoratywne, z którym raczej nie chcemy być kojarzeni. Proponuję je zatem zastąpić słowem akceptacja, której towarzyszą ciekawość i cierpliwość. Tak. Taka postawa wydaje się wymagać od nas dużo większej energii niż tzw. postawa aktywna. Powstrzymać się od sądu, od wcinania się komuś w słowo, od wyrażania opinii nie będąc o to proszonym. Wsłuchać się aktywnie w drugą osobę, wczuć się w jej sytuację, starać się to zrozumieć używając do tego jak najmniejszej liczby słów.

Oj, wiem. To wyższa szkoła jazdy! No ale czy nie o to powinno chodzić w naszym życiu? Abyśmy stawali się coraz lepsi i nie działali tylko według pewnych instynktów, wyuczonych nawyków i automatycznych reakcji. Rodzaj ludzki stać na więcej, więc wymagajmy tego od siebie.

Poszukując inspiracji w temacie nicnierobienia znalazłem trzy przykłady. Pierwszy to Jezus, który, często był prowokowany przez faryzeuszów do tego, aby w rozmaitych kwestiach wydawać opinie i sądy. Jego reakcje na te zaczepki były, patrząc na to z dystansu, genialne. Przy próbie ukamienowania osoby lekkich obyczajów i pytaniu Jezusa o opinię w tej sprawie On najpierw przez długi czas … pisał palcem po piasku. Czujecie ten klimat? Tu lud wzburzony i rządny krwi a tam siła spokoju. Na koniec pada to piękne pytanie, które dalekie jest od wszelakich sądów, a jednak obnaża ludzkie intencje i zakłamanie. Takich przykładów w Biblii jest cała masa, choćby kolejne podchwytliwe pytanie, czy należy płacić podatki itd.

Innym, bardziej współczesnym dla mnie przykładem wstrzemięźliwości w wydawaniu sądów i trudnej sztuce nicnierobienia, jest Królowa Brytyjska, Elżbieta II. Rola Monarchy w systemie monarchii konstytucyjnej może wydawać się dość dziwna. Królowa panuje, lecz nie rządzi. Taka pozycja wymaga od niej sporej dozy neutralności w wydawaniu jakichkolwiek opinii, aby nie przekraczać swoich kompetencji. Mimo tej pozornej bierności rola Monarchy w Wielkiej Brytanii jest od stuleci nie do przecenienia. Jest Ona też powszechnie szanowana. Pytanie, za co? Czy za to, że nic nie robi? Czy może raczej za swoją powściągliwość, wagę niewielu słów wypowiadanych i zachowywanie dostojeństwa swojego urzędu i stanu?

Rozglądając się szerzej za dobrymi wzorcami nicnierobienia przypomniałem sobie też dwa obszary kulturowe godne uwagi, tj. włoski i iberyjski. Tradycja siesty, tzw. slow food, czas na poobiedni podwieczorek i rozrywkę typu gra w karty lub domino, nienapinanie się z byle powodu… oto kilka dobrych praktyk, których chciałbym widzieć więcej w swoim życiu.

Włosi nadają nicnierobieniu szczególnie słodki wymiar nazywając je dolce farniente , czyli słodkie nicnierobienie.

Skanując moją pamięć przypomina mi się inny piękny zwyczaj, tym razem z kresów wschodnich, związany z żegnaniem gości. W odróźnieniu od typowego słowotoku na pożegnanie w niektórych domach na wschodzie praktykuje się nadal tradycję siadania wszystkich za stołem w milczeniu przed rozstaniem.

Nie na darmo mówimy: Mowa jest srebrem, milczenie złotem.

W ciszy lepiej słyszymy Boga, siebie, innych. Na te nadchodzące miesiące w rozmaitych dziedzinach swojego życia wyznaczam sobie kilka Mniej. Mniej pośpiechu, wchodzenia innym w słowo, jedzenia, negatywnych automatycznych reakcji na typowe sytuacje życiowe, myślenia o sobie. Robienie samej tej listy przychodzi mi dużo trudniej niż listy z Więcej. To dobry znak.

Nie martwcie się o swoje życie … Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.

Mt 6, 25, 33-34

Opublikowano sabbatical | Dodaj komentarz

Na językach

Granice mojego języka są granicami mojego świata.
Ludwig Wittgenstein

Jedną z moich życiowych pasji jest poznawanie języków obcych. Jak twierdzą inni jest to miłość odwzajemniona. Nauka przychodzi mi stosunkowo łatwo i znajduję w niej sporą przyjemność. Dzieje się tak pomimo tego, że generalnie w tej materii jestem samoukiem i poznaję języki obce głównie w sposób wymagający ode mnie sporej samodyscypliny w uczeniu z dala od naturalnych środowisk, w których tymi językami ludzie się na codzień posługują.

Wszystko zaczęło mniej więcej w wieku 8-10 lat. Były to lata stanu wojennego w Polsce, kiedy generalnie panowała ogólna bieda we wszystkim. O tym, że w sklepach spożywczych nie było prawie nic poza octem i obsługą a wiele produktów sprzedawano na kartki wielu pamięta do dziś. Ta sama posucha była też w innych dziedzinach. Trudno, wręcz niemożliwe, było np. zakupienie podręczników do nauki języków obcych, no może za wyjątkiem rosyjskiego. Aby kupić słownik trzeba było też mieć spore znajomości.

W takich to warunkach narodził się w mojej głowie pomysł, aby zacząć uczyć się angielskiego.

Obrazek z tamtego okresu mam taki, że dość często jeździłem jako małoletnie dziecko samotnie pociągiem z mojego rodzinnego Grudziądza do Bydgoszczy w odwiedziny do dziadka i na łyżwy na Tor-Byd.

Gdy już w Bydgoszczy zaliczyłem lodowisko i ciastko u dziadka odwiedzałem jeszcze wielki EMPIK na ul. Gdańskiej „polując” tam na przecenioną anglojęzyczną prasę. Gdy dzisiaj o tym myślę, to wydaje mi się to dość zaskakujące, że w samym środku „raju socjalistycznego” można było wtedy kupić w Polsce zachodnie gazety i magazyny. Jedyny problem, jaki z tym miałem, to ich cena. Na szczęście wtedy niewiele osób mówiło w Polsce po angielsku więc tego typu wydawnictwa nie miały powodzenia. Udawało mi się zatem kupować je za ułamek pierwotnej ceny z tym zastrzeżeniem, że zwykle były już wtedy nieco przeterminowane. Nie przeszkadzało mi to w ogóle.

Wyposażony w ponad kilogram rozmaitych angielskich czytadeł w postaci przecenionego Financial Times’a, Newsweeka czy Time’a wracałem z wypiekami do domu, po drodze studiując słowo po słowie, wybrane artykuły i odkrywając zawiłości języka angielskiego.

Skąd taka motywacja? Nie miałem w rodzinie żadnych tradycji w tym zakresie. Pewnie czułem podświadomie, że poznając obce języki pomoże mi to w odkrywaniu świata, który od zawsze mnie ciekawił.

Po angielskim przyszła pora na rosyjski, którego nauki w tamtym czasie nie cierpiałem. Nie chodzi tu do awersję do samego języka, ale o dość nudną i czasem nachalną metodę jego narzucania w tamtejszym systemie edukacyjnym. W liceum doszedł mi niemiecki, który nie był moim pierwszym wyborem. Okazało się jednak, że zabrakło dla mnie miejsca w grupie uczącej się angielskiego. Po kilku miesiącach, kiedy rozniosła się wieść o mojej bardzo dobrej znajomości angielskiego, nauczycielka angielskiego, będąca również moją wychowawczynią, zapraszała mnie kilkakrotnie do tego, abym przeniósł się do grupy angielskiej. Uniosłem się wtedy honorem i zostałem przy niemieckim i rosyjskim. Nie zniechęcony a wręcz zmotywowany tą całą sytuacją w pierwszej klasie liceum zdałem tzw. Egzamin Państwowy z Angielskiego i zacząłem udzielać prywatnych korepetycji z tego języka. Było to nie tylko niezłe źródło dochodu ale też świetna okazja do tego, aby jeszcze bardziej doskonalić język. Poza tym odkryłem w sobie wtedy talenty w nauczaniu innych.

Wracają jeszcze do liceum pamiętam, że stałem się nie tylko dla wielu kolegów w klasie ekspertem z angielskiego ale też dla grona pedagogicznego. Moja rusycystka, która była w trakcie przekwalifikowywania się na nauczanie angielskiego, w czasie niejednej lekcji rosyjskiego, ku uciesze wielu, prowadziła ze mną częste dialogi konsultacyjne odnośnie zawiłości angielskiego.

Maturę zdawałem z angielskiego, co było dla mnie bardzo proste. Dopuszczenie mnie do zdawania tego języka na maturze wymagało jednak sporych zabiegów i perswazji.

Na studiach zacząłem się uczyć hiszpańskiego i stosunkowo szybko, bo po około 2 latach zdałem hiszpański egzamin państwowy z tego języka. Potem jeszcze doszedł nieoczekiwanie język niderlandzki (potocznie zwany holenderskim) w czasie półrocznego programu wymiany studenckiej Tempus w Antwerpii. Mimo, że nie musiałem się uczyć w czasie pobytu w Belgii tego języka założyłem się z kolegą, że jest możliwe nauczyć się nowego języka obcego w dwa miesiące na tyle, aby zdać podstawowy egzamin państwowy. Tak też się stało.

Po studiach, przy okazji krótkiej wizyty w Brazylii zacząłem też uczyć się portugalskiego a potem jeszcze trochę włoskiego. Moim najświeższym językiem w kolekcji stał się chiński. Jak widać przez te lata nazbierało się tego trochę.

Ktoś może pomyśleć, po co to wszystko. Też czasem sobie zadawałem to pytanie. Z czasem jednak zaczęły się pojawiać w moim życiu sytuacje, w których miałem coraz częstsze okazje posługiwać się rozmaitymi językami. Od ponad 13 lat moim podstawowym językiem w pracy jest angielski. Ponieważ firma działa w 16 krajach mam okazję posługiwać się też od czasu innymi językami jak hiszpański, niemiecki czy rosyjski. W czasie podróży służbowych i z rodziną pojawiają się też inne okazje językowe.

Dużą radość sprawia mi zwracanie się do obcokrajowców w ich własnym języku. Nie zapomnę miny zdziwionego taksówkarza w Szanghaju, z którym udało mi się przeprowadzić krótki dialog. Poza tym jest to niesamowita satysfakcja. Mam wrażenie, że dzięki temu lepiej poznaję i rozumiem obce kultury i udaje mi się nawiązywać nieco głębsze relacje z ludzim. Niezwykłą korzyścią jest też to, że w wielu krajach mogę przez swoją znajomość języka załatwić rzeczy, które są często poza zasięgiem wielu innych odwiedzających.

Czasem są to problemy do rozwiązania typu wizyta w szpitalu, na policji. Innym razem jest to ciekawa rozmowa z przygodnie napotkanymi miejscowymi lub wizyta ww ich domu. Znajomość języka to klucz, który otwiera wiele drzwi.

Możecie zapytać: Jak udaje mi się rozwijać bądź podtrzymywać swoje umiejętności lingwistyczne nie żyjąc na codzień w wielu z tych krajów? No cóż. Nie jest to łatwe ale da się zrobić przy odrobinie kreatywności. Oto kilka moich sposobów.
W moich ulubionych językach staram się regularnie szukać okazji na ich używanie. Odwiedzając kraj, w którego języku mam jako taką orientację staram się posługiwać tym językiem. Mówię tu o typowych sytuacjach jak rozmowa z recepcją hotelu, w restauracji, przy wynajmie samochodu itp. Oczywiście często łatwiej byłoby mi przejść np. na angielski, którym posługuje się biegle. Poczucie dyskomfortu w takich sytuacjach, gdzie czuję mocno swoje ograniczenia językowe równoważy radość z tego, że coś pamiętam i udaje mi się porozumieć. Dodatkowo ze strony moich rozmówców pojawia się wtedy często jakby dodatkowa dobra wola i radość z tego, że ktoś próbuje porozumieć się z nim w ich własnym języku.
Po powrocie z Camino i po podniesieniu na dużo wyższy poziom mojej płynności w hiszpańskim postanowiłem też znaleźć sobie osobę do regularnej konwersacji. Z Belim, moim hiszpańskim rozmówcą/nauczycielem, rozmawiamy dwa razy w tygodniu po 60 min. Są to jedne z najprzyjemniejszych momentów w moim tygodniu. Poza niewątpliwą dobrą aurą i podejściem Bellisario w czasie tych rozmów przenoszę się na moment w inny wymiar kulturowy. Żyję przez moment jakby innym życiem.

Znać inny język to jak posiadać drugą duszę
Charlemagne

Od czasu do czasu czytam newsy w tym języku, np. na Elpais.com. Ponieważ i tak to robię regularnie, nie szkodzi to czasem robić w innym języku, pomimo większych ograniczeń w rozumieniu wszystkiego.

Inna skuteczna metoda to nauka piosenek w obcym języku. Polecam ją wszystkim, a szczególnie tym którzy mają dobry głos i lubią śpiewać. Ci trochę fałszujący zawsze mogą uczyć się jakieś poezji i ją recytować. Słownictwo, struktury gramatyczne wreszcie lepsze czucie danego języka to niewątpliwe zalety takiego poznania. Jak jeszcze przyjdzie okazja, żeby coś wspólnie zaśpiewać z rodowitym mieszkańcem … to wszelkie potencjalne mury obojętności walą się okamgnieniu.

Można też trochę bardziej otoczyć się słownictwem z danego języka w życiu codziennym. W moim telefonie w kilku aplikacjach mam ustawione inne języki obce niż polski. Np. Garmin i Strava informują mnie o wynikach swoich treningów sportowych po hiszpańsku.

Obok piosenek od czasu do czasu przypominam sobie też podstawowe modlitwy w obcych językach. Dodatkowym plusem odmawiania np. Różańca po hiszpańsku jest to, że bardziej skupiam się na wypowiadanych słowach i treści. Po polsku zbyt często słowa takie wypowiadam automatycznie bez głębszego zastanowienia.

Jest jeszcze jedna spora korzyść ze znajomości języków obcych. Jest nią większa uwaga i troska o swój własny język. Przychodzą mi w tym miejscu słowa Goethego:

Kto nie zna języków obcych, nie wie nic o własnym
J. W. Goethe

Odkąd rozwinąłem się w językach obcych, moje opanowanie i troska o język ojczysty znacząco wzrosły.

Według badań znajomość języka obcego dramatycznie obniża też ryzyko choroby Alzheimera na stare lata.

Podsumowując uczenie się języków wzbogaca nas i nasze życie i poprawia znacznie jego jakość. Mam nadzieję, że to świadectwo choć trochę bardziej zachęci was do zmierzenia się z tą ciekawą materią.

Jeden język ustawia Cię w korytarzu życia. Dwa języki otwierają każde drzwi po drodze
F. Smith

Opublikowano English, Język, kultura, myśli, Polish, sabbatical, Żyj własnym życiem | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Śladami Jezusa

5:15 rano, Boarding na lotnisku we WRO

Wybaczcie, że przez dłuższy czas nie odzywałem się na tym blogu. Po miesięcznej nieobecności w domu z powodu pielgrzymki do Santiago nazbierało się trochę zaległości. Poza tym przystąpiłem do realizacji i przygotowań do kilku kolejnych projektów planowanych na ten rok. Szczególnie jeden z nich pochłania ostatnio sporo mojego czasu. Napiszę o nim więcej, gdy nadejdzie właściwy moment…

Dziś kilka słów na temat drugiego z 10 tegorocznych sabbaticalowych zamierzeń, które niedawno udało mi się zrealizować wraz z całą rodziną. Była to nasza wspólna pielgrzymka do Ziemi Świętej.

Wiele miesięcy temu udało mi się za niewielkie pieniądze kupić bilety lotnicze do z Wrocławia do Tel Avivu, i to w środku samego Wielkiego Tygodnia. Czyż może być lepszy czas na odwiedzenie krainy, w której Słowo stało się Ciałem?

Widok na Jezioro Galilejskie z Góry Błogosławieństw

Ponieważ nie była to żadna zorganizowana pielgrzymka tylko nasz prywatny wyjazd, na mojej głowie była nie tylko tzw. logistyka podróży, ale też przygotowanie informacji o odwiedzanych miejscach.

Osobiście nie spieszyłem się jakoś szczególnie z odwiedzeniem Izraela. Chciałem czuć się gotowy na taką wizytę od strony duchowej. Dość regularne studiowanie Biblii, medytacje ignacjańskie, korzystanie z rozmaitych ciekawych opracowań z dziedziny duchowości chrześcijańskiej przez ostatnie lata dały lepsze rozumienia nauczania Jezusa oraz kontekstu kulturowo-historycznego. W konsekwencji poczułem, że nadszedł odpowiedni moment na taką pielgrzymkę.

Przy okazji pomogły mi w tej decyzji PLL LOT. Bezpośredni lot do Tel Avivu dla 5 osobowej rodziny za 1200 zł. w obie strony w Wielkim Tygodniu to bardzo atrakcyjna cena. Więcej zapłaciłem za wynajem samochodu na 6 dni z ubezpieczeniem. Wracając do LOTu do Izraela lecieliśmy najnowszym nabytkiem tej linii, tj. Boeing 737 800 MAX. Bardzo ładny i wygodny samolot. No i te oklaski po lądowaniu… Można liczyć na entuzjazm swoich rodaków 🙂

Na marginesie gdybym nie robił tego, co dotąd robiłem w życiu, to całkiem prawdopodobnie zostałbym pilotem. Oglądanie przy pasie startowym operacji startów i lądowań lub np. na rosnącej liczbie kanałów YouTube w tej tematyce, lub śledzenie na aplikacji Flightradar24 ruchu lotniczego w wybranej części świata i nasłuch w aplikacji LiveATC rozmów pomiędzy kontrolą podejścia a pilotami to jedna z moich relaksujących rozrywek. Podobno na świecie jest duży niedobór pilotów więc może trzeba się przekwalifikować?

Wracając do Izraela byłem bardzo ciekawy nie tylko świętych miejsc ale też zobaczenia tego jednego z najstarszych a zarazem najmłodszych krajów na świecie. Jako Polacy czasem szczycimy się naszą martyrologią. Ileż to okresów wojen doświadczyliśmy w naszej ponad tysiącletniej historii!? Czytając jednak o kilkutysięcznej historii Izraela, około 4 tysiące lat, tych okresów konfliktów było tam relatywnie jeszcze więcej. Niewola babilońska, egipska, panowanie Greków, Rzymian, Arabów, Turków czy Brytyjczyków w sumie składają się na bardzo długi okres utraty państwowości. Nasze 123 lata rozbiorów to przy tym krótki epizod.

Tym niemniej przyjeżdżając do Izraela spodziewałem się zobaczyć silne i dobrze zorganizowane państwo przyjazne też dla turystów. W końcu potencjał intelektualny i materialny Żydów w Izraelu i żyjących w diasporze jest trudny do przecenienia.

Pierwsze wrażenie, tj. Lotnisko Ben Guriona, bardzo dobre. Terminale zbudowane z rozmachem, pachnie nowoczesnością. Potem z tym wrażeniem bywało różnie.

Pogoda w czasie naszego pobytu bardzo dopisała. Za wyjątkiem jednego deszczowego poranka w Jerozolimie i jednego deszczowego popołudnia na Wzgórzach Golan blisko granicy z Syrią, było idealnie.

Przy wypożyczaniu samochodu spotkały mnie dwie niemiłe niespodzianki. Pierwsza to koszt obligatoryjnego ubezpieczenia, bez którego firma nie wypożyczy samochodu. Na nic zdały się moje tłumaczenia, że wykupiłem osobny pakiet gdzie indziej. Trzeba kupić ich i już. Poza tym ubezpieczenie nie działa, gdy wjeżdża się samochodem do enklaw Palestyńskich, np. odwiedzając Betlejem.

Próbując uruchomić samochód okazało się, że człowiek z obsługi zapomniał mi wyjaśnić, że auto przed rozruchem wymaga wprowadzenia specjalnego kodu. Zauważyłem ten system w wielu innych samochodach. Przez kilka dni nie mogłem się do tego jakoś przyzwyczaić. Drogi, którymi jeździliśmy były w dość dobrym stanie.

Na pierwszy ogień poszła Jerozolima, gdzie spędziliśmy dwie noce. Ponieważ trochę po niej biegałem w ramach swoich porannych treningów poznałem lepiej jej topografię. Miasto nie jest aż tak duże jak sobie wyobrażałem. Charakterystyczny w budownictwie jest jasny kamień wapienny, który nadaje miastu charakter. Zaskoczyły mnie też nowoczesne tramwaje.

Wiwaty młodych Żydów na Górze Syjon, nad Grobem Króla Dawida

Ogród Oliwny

W kościele Grobu Pańskiego i Golgoty

Na minus Jerozolimy i całego Izraela zaliczyłbym brud na ulicach i niezrozumiale wysokie ceny jedzenia. Z braku innych możliwości zdarzyło nam się zjeść obiad w McDonaldzie jednego dnia. Cena za umiarkowaną ilość jedzenia w zestawach dla czterech osób plus 20 miesięcznego Jasia to około 250 zł. W Polsce byłoby to nie więcej niż 100 zł. Byle jaki kebab na mieście to koszt 40-50 zł, choć raz zdarzyło się, że właściciel zarządał dużo więcej …

Było to na Górze Oliwnej niedaleko rzekomego miejsca Wniebowzięcia Maryi. Ponieważ była pora lunchu, weszliśmy do miejsca wyglądającego na bar z tarasem z ładnym widokiem na Jerozolimę.

Co prawda nie było menu, ale był właściciel, który zaczął nam oferować różne rodzaje kebabów lub shoarmy. Po wybraniu 4 dań i jednego talerza gotowanego ryżu oraz wzięciu dwóch napoi poszliśmy na górny taras, aby rozkoszować się widokiem. W trakcie jedzenia pojawiła się przy sąsiednim stoliku kobieta z trójką dzieci i z jednym talerzem jedzenia. Po chwili zapytała nas, jaką cenę zaoferował nam właściciel za nasze jedzenie. Odpowiedziałem, że na nic się nie umawialiśmy. Ona z oburzeniem powiedziała, że ich jeden talerz z shoarmą kosztuje 70 zł!

Szybko w myślach policzyłem ile, idąc taką logiką, mogłoby kosztować to, co zamówiliśmy i wyszło mi około 350 zł. Dużo za dużo! Postanowiłem, że łatwo się nie poddam gdyby właściciel zastosował ten sam trik w stosunku do nas.

Gdy już wszyscy zjedli powiedziałem, żeby sobie poszli do miejsca Wniebowzięcia, a ja w tym czasie rozliczę się z właścicielem.

Gdy zszedłem na dół tego baru właściciel właśnie na kartce rozpisywał mężowi tej kobiety od trójki dzieci, ile ma zapłacić. Za jeden talerz shoarmy i trzy puszki 0,3 napojów wyszło 140 zł!!! Mężczyzna nawet się nie zająknął i posłusznie zapłacił, mimo oburzenia swojej żony. Ja przyjąłem inna strategię. W kieszeni miałem odłożoną maksymalną kwotę, jaka wydawała mi się uczciwa za to jedzenie, tj 240 szekli (240 zł). Gdy zapytał o cenę naszego zamówienia ten już nieco mniej miły Arab zaczął z pasją podliczać mi swoje rachunki. Wyszło mu 400 szekli. Rzeczywiście był konsekwentny; 70 zł za talerz łącznie z talerzem z samym gotowanym ryżem dla Jasia, czyli razem 350 szekli z pięć dań plus dwa napoje. Gdy powiedziałem, że tyle nie zapłacę, bo nie jest to uczciwa cena z wielkim podnieciem ten coraz mniej przyjemny Arab zaczął pokrzykiwać, że mam zapytać mojego poprzednika ile one zapłacił. Odpowiedziałem, że mnie to nie interesuje, bo na nic się z nim nie umawiałem i oczekuję uczciwego traktowania. Widząc, że jestem od niego o głowę wyższy i wcale nie zamierzam poddać się, zaczął coraz głośniej krzyczeć, że przecież nie pytałem go o cenę na początku. Powiedziałem, że liczyłem na to, że w końcu dostanę menu z cenami. Rzeczywiście o cenę nie pytałem, ale jego ceny są nieuczciwe. Po kilku takich wymianach miałem wrażenie, że zaraz wyjmie jakąś broń zza pazuchy i mnie dźgnie lub zastrzeli. Powiedziałem mu, że mogę mu zapłacić za to maksymalnie 240 szekli. W końcu się poddał i wziął ode mnie te pieniądze, choć miałem wrażenie, że gdy odwróciłem się do niego plecami, aby wyjść z tego niecnego miejsca, poczuję za moment coś ostrego w moich plecach.

Zatem dwa ostrzeżenia i dwie lekcje. Nigdy przenigdy nie wchodźcie do miejsca naprzeciw kaplicy Wniebowzięcia NMP na Górze Oliwnej oraz nigdy nie zamawiajcie jedzenia od ludzi, których nie znacie lub nie ufacie nie zobaczywszy wcześniej ceny.

Gdy opowiadałem tę historię lokalnemu miłemu taksówkarzowi, też Arabowi, powiedział, że to miejsce jest okryte złą sławą od lat. On sam z rodziną kiedyś też się tam „naciął” płacąc 600 szekli.

Wspomniałem w powyższej historii o swojej obawie, że mój rozmówca użyje broni. Nie była ona bezpodstawna. Dość szokujące jest spotykanie w biały dzień w Izraelu ludzi, którzy chodzą po ulicach z bronią. Miał ją np. nasz hotelowy recepcjonista, który prowadził nas do hotelu (patrz zdjęcie poniżej).

Widywaliśmy też np. chłopaka na randce z dziewczyną z przewieszonym na plecach karabinem. Wbrew pozorom najbezpieczniej czułem się w Izraelu na Wzgórzach Golan. Jest to teren sporny przy granicy z Syrią, gdzie stacjonują m.in. Wojska ONZ i gdzie jest sporo zaminowanych pól, ale nie ma ludzi.

Wzgórza Golan odwiedziliśmy przy okazji podróży na północ kraju. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze nad Morzem Martwym, w miejscu chrztu Jezusa przy granicy z Jordanią i w najstarszym mieście świata, tj. Jerychu.

W drodze do Morza Martwego i poniżej jego brzeg

Miejsc Chrztu Jezusa w Jordanie na granicy z Jordanią

Jerycho, niedaleko Góry Kuszenia

Kolejna niespodzianka to niewielki rozmiaru kraju. Tylko 20 tys. km kwadratowych. To dokładnie tyle co powierzchnia województwa dolnośląskiego. To sprawia, że w miarę sprawnie można się poruszać po całym kraju. Jest tu jednak jedno zastrzeżenie dotyczące obszarów tzw. Autonomii Palestyńskiej. Wjazd, a raczej wyjazd z tych terenów na tereny Izraela, wiąże się czasem z kontrolą na tzw. checkpointach. Wyglądają one jak mocno strzeżone punktu graniczne, gdzie są żółnierze pod bronią ostrą.

Po odwiedzeniu Jerozolimy i pobliskich miejsc takich jak Betlejem, Jerycho, Morze Martwe i miejsce Chrztu Jezusa pozostały czas spędziliśmy na północy Izraela. Najpierw były to trzy dni nad Jeziorem Galilejskim z wypadem na Wzgórza Golan. Okolica jeziora jest bardzo malownicza. Poznałem ją nie tylko z perspektywy jadącego samochodu ale też biegając wokół Jeziora Galilejskiego. Ponieważ znajduje się ono też ponad 200 metrów pod poziomem morza, mogę powiedzieć, że biegałem w depresji.

Nocleg w Ein Gev Resort nad Jeziorem Tyberiadzkim

Kibbutz w Ein Gev

Bieganie w depresji

Pierwszy nocleg w Galilei spędziliśmy w urokiwym miejscu nad samym jeziorem w miejscowości Ein Gev. Niedaleko jej znajduje się tzw kibbutz, czyli swego rodzaju kołchoz czy też komuna izraelska. Jest to spółdzielcze gospodarstwo rolne, w którym generalnie wszystko jest rzeczą wspólną jego mieszkańców. Taka izraelska wersja socjalizmu. Według Wikipedi w Izraelu jest około 270 kibbutzów, w których żyje ponad 100 000 mieszkańców, tj. kibucników.

W drodze na drugą stronę jeziora odwiedziliśmy też wspomniane wzgórza Golan. Dziś jest to bardzo spokojny i malowniczy rejon kraju. Ten spokój jest jednak tylko pozorny. Niedaleko tego miejsca, tj. w Syrii, od lat toczy się w. Teren ten był w historii świadkiem bardzo krwawych walk, np w czasie tzw. Wojny Sześciodniowej. Jednym z głównych powodów konfliktu o te tereny jest fakt, że Wzgórza Golan wraz z Jeziorem Galilejskim stanowią główny rezerwuar wody pitnej dla Izraela. To tam bierze swój początek rzeka Jordan.

Odwiedzając miejsce jednej z największych bitew pancernych w historii na Górze Bental zrobiły na nas wrażenie liczne „rzeźby” wykonane z pozostałości setek czołgów, które uległy zniszczeniu w czasie działań wojenny ponad 50 lat temu.

Następnie udaliśmy się do Tyberiady na zachodnim brzegu Jeziora Galilejskiego. Jest to dobra baza, z której można sobie robić krótkie wycieczki do miejsc, w których żył i nauczał Jezus, np. Kafarnaum, Tabga, Góra Błogosławieństw, Góra Tabor, Kana czy Nazaret.

O samych miejscach świętych nie będę za dużo wspominał. Jest wiele doskonałych opracowań, przewodników opisujących je szczegółowo. Poza tym wrażenie bycia w miejscu grobu Jezusa, Jego śmierci i Zmartwychwstania, narodzenia, czy innych doniosłych wydarzeń trudno ubrać w słowa. Wszystkie wydają się banalne.

W duchowści ignacjańskiej bardzo ważne jest umiejętność tzw wizualizacji w czasie medytacji. Odwiedzając te wszystkie święte miejsca stosunkowo łatwo jest taki stan osiągnąć. Można poczuć zapach jeziora, zobaczyć jego bezkres wypływając na głębię, poczuć się jak na łodzi z Jezusem i apostołami w czasie burzy, gdy akurat wiał silny wiatr w Ein Gev. Do tego, że Jezus tam żył, nauczał i czynił cuda nie potrzebna jest nam nawet wiara. To są fakty historyczne. Prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek. Co do tego pierwszego nie wszyscy się zgadzają, gdyż potrzeba do tego wiary. Człowieczeństwo Jezusa nie podlega jednak dyskusji.

To co mnie bardzo uderzyło w wielu miejscach to stopień, do którego sacrum miesza się tam czasem z profanum. Stojąc na przykład w kolejce do Grobu Pańskiego ponad 50% osób w kolejce, i to tuż przy samym wejściem, było zanurzonych w swoich telefonach komórkowych namiętnie w coś grając. Co za kontrast! Dziwny jest ten świat!

Okazuje się, że okres Wielkiego Tygodnia i Wielkanocy nie jest aż taki zły na odwiedzenie Ziemi Świętej. Turystów nie było aż tak wiele, jak się spodziewałem. Poza tym pogoda była w tym czasie idealna.

Odwiedzając Izrael w tym czasie należy wziąć jeszcze pod uwagę innych czynnik. Żydzi obchodzili w tym czasie tzw. Święto Przaśników, czyli Paschę na pamiątkę ucieczki z Egiptu. Przypada ona zwykle w kwietniu. W tym czasie świętowania, a trwa on aż 7 dni, wszystko zwalnia lub staje w Izraelu. Nie tylko wiele miejsc publicznych jak nawet parkingi publiczne jest zamykanych ale pojawiają się też inne obostrzenia. Zaskoczyło mnie bardzo gdy tuż przed odlotem do Polski zamówiliśmy z Wojtkiem sobie sushi na lotnisku w Tel Avivie. Gdy nam je podano, okazało się, że nie dostaniemy do tego ani imbiru, ani wasabi ani normalnego sosu sojowego lecz jakąś gęstą jego wersję. Okazuje się, że te składniki akurat nie są koszerne.

Przed powrotem do Polski zatrzymalismy się jeszcze w Hajfie, urokliwym mieście nad Morzem Śródziemnym. Stamtąd już tylko nieco ponad godzina jazdy samochodem z powrotem do Tel-Avivu.

Mimo, że minęło już 2000 lat od czasów Jezusa miałem wrażenie, że świat się niewiele zmienił. Konflikty i wojny na świecie są nieustanne, a tamten region świata wydaje się jedną wielką beczką prochu. Przebywając w Izraelu często zadawałem sobie pytanie czy pokój jest tam możliwy. No cóż. Dla Boga nie ma nic niemożliwego. No ale jest jeszcze wolna wolna człowieka, który nie zawsze chce z tą wolą Bożą współpracować. Samo piękne hebrajskie pozdrawianie się słowem Shalom, czy też zapewnianie, że Islam jest religią pokoju, nie wystarczy.

Nauczanie Jezusa i samo Chrześcijaństwo pełne jest paradoksów, szczególnie w zestawieniu z życiem ziemskim. Jednoczesne poczucie klimatu wojny i pokoju w czasie naszego pobytu w Ziemi Świętej było tego bardzo namacalnym wyrazem.

Opublikowano Biblia, Duchowość, Izrael, Jezus, Medytacja, pielgrzymka, Polish, Polska, sabbatical | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

Pilgrimage to Santiago de Compostela – Summary (translation coming soon)

Czas podsumować ten mój pierwszy projekt w ramach tegorocznego sabbaticalu. Zanim to zrobię jeszcze drobny dodatek do samej pielgrzymki. Mimo, że zakończyłem ją 05.03 docierając w dobrej formie do celu, po tym wydarzeniu, zupełnie niespodziewanie, znalazłem się następnego dnia w jeszcze innym ciekawym miejscu. Mowa tu o Fisterze, mieście nad Atlantykiem, gdzie kończy się przedłużenie szlaku Św. Jakuba.


Niektórzy pielgrzymi, tak jak Henry, po dotarciu do Santiago kontynuują swoją wędrówkę do tego miejsca, a konkretnie do Przylądka Finisterre, który w dawnych czasach był uważany za koniec świata.

Pożegnanie z Henrym. Film

Szczególnie interesujący jest tam cypel z latarnią morską i zboczem skalnym schodzącym do Atlantyku. Po dotarciu do tego miejsca pielgrzymi mogli, a niektórzy nadal to robią, palić na skalnych klifach swoje pielgrzymie ubrania i obmywać się w wodach Atlantyku.

Udałem się tam z Victorią i Ernesto, o których wspominałem wcześniej, wynajętym samochodem spod hotelu Parador de Santiago, w którym i oni i ja zatrzymaliśmy się.

Tour po Hotelu Parador de Santiago. Film

Przylądek Finisterre, cz 1. Film

Przylądek Finisterre, cz 2. Film

Gdy jechaliśmy po obiedzie jedną z bocznych ulic Fisterry siedząc na tylnym siedzeniu nagle zauważyłem idące trzy znajome sylwetki pielgrzymów. To Jun, Paolo, których już poznaliście, i drugi pielgrzym z Włoch, Werter. Ale spotkanie! Gdy opuściłem szybę samochodu i zawołałem do nich, stanęli jak wryci.

Podobne nieoczekiwane spotkanie przydarzyło mi się tego samego dnia wieczorem w Katedrze w Santiago. Po Mszy Św. nagle podeszło do mnie trzech innych pielgrzymów, których widywałem po drodze, Juan z Barcelony, Benjamin z Niemiec i Marta z Kolumbii. Jakby tego było mało, następnego dnia, przed samym wyjazdem z Santiago na Mszy o 12:00, jeden z księży koncelebrujących odprawiał po polsku.

Po przyjedzie do Madrytu postanowiłem zrobić też niespodziankę innym odwiedzając biuro swojej firmy AmRest. Nawet strajk komunikacji miejskiej w stolicy Hiszpanii, przez który prawie spóźniłem się na samolot, nie popsuł mi tego miłego nastroju, w którym opuszczam Hiszpanię.

W końcu czas na podsumowania. Myśli i odczuć jest tak wiele, że postaram się to jakość ująć syntetycznie.

Wykorzystam tu dwa cytaty, które w czasie naszej wędrówki często powtarzał Henry. Oto pierwszy z nich:

Statek w porcie jest bezpieczny, ale nie do tego został stworzony.
John A. Shedd

Jeśli czytaliście mój poprzedni wpis o odwadze, to na zachętę jest wiele wspaniałych owoców tej właśnie cnoty. Wielu ludzi marzy, aby się wyrwać z kieratu, w którym tkwią. Pisząc to siedzę w samolocie wracając do Polski i mimochodem słucham dyskusji kilku osób, które wracają z jakiejś podróży służbowej. Wątki są dość typowe. Jeden gada na drugiego za plecami, szef mnie nie docenia, tyle daję firmie, a firma nie odwdzięcza mi się … Brrr. Brzmi to to jaki współczesne niewolnictwo.

Niestety strach często nas obezwładnia. Strach przed tym kim, będę, jak nie będę kimś, o zapewnienie sobie odpowiedniego bytu, uznania w oczach innych, czy np. o swoje bezpieczeństwo itd. Tkwienie w miejscu w żaden sposób nie zmniejsza ryzyka spełnienia się tych obaw. W absolutnie żaden! To tylko pozory.

No cóż. Parafrazując powyższe słowa Johna Shedd’a nie do tego zostaliśmy stworzeni, aby tkwić w jednym miejscu. Nagrodą za odwagę jest niesamowite poczucie wolności.

Kolejna obserwacja też pięknie ujęta jest w kolejnym cytacie, który przypomniał mi Henry to:

Podróżując odkrywamy, że wszyscy są w błędzie na temat innych krajów.
Aldous Huxley

W trakcie mojej pielgrzymki spotkałem wielu miłych ludzi i jeszcze więcej stereotypowego myślenia na temat Polski i Polaków. Wiele osób nie ma faktycznego pojęcia na temat tego, jaka jest Polska i Polacy. Z drugiej strony, mają oni często bardzo sztampowe wyobrażenia i sądy o naszym kraju. Miałem sporo dyskusji z wieloma osobami na ten temat. Chyba czasami udawało mi się choć trochę zmienić ten wizerunek.

Myślałem kiedyś nawet o tym, aby zostać ambasadorem. Nie wiem co mi w życiu jeszcze jest pisane. Tym niemniej podróżując po świecie często wchodzę w taką rolę i dobrze się w niej czuje.

Z drugiej jednak strony czy my, Naród Polski, jak to media próbują wzmacniać, „tak niezrozumiały i niedoceniany w świecie”, nie robimy tych samych kalek w stosunku do innych nacji? Biję się też we własne piersi. Przypomniała mi o tym słusznie Ania.
Weźmy przykład pierwszy z brzegu, tj. bardzo liczną w Polsce grupę Ukraińców. Obraz, jaki mamy, jest dość powszechny i stereotypowy.

Aby zatem nie popełniać błędu, o którym mówi Huxley, uczę się, aby nie wygłaszać generalnych opinii o żadnej z nacji. Takie uogólnienia są często nietrafne, pyszałkowate, a przez to mogą utrudniać kontakt z innymi. Myślę, że tę ostrożność w wygłaszaniu sądów można by zastosować we wszystkich dziedzinach życia. Ludzie mają często wątpliwości co do kwestii fundamentalnych takich jak, czy istnieje Bóg, jak powstał świat, co będzie z nami po śmierci itd. Z drugiej strony wypowiadamy z absolutną pewnością rzeczy trywialne, np. jutro będzie napewno taka pogoda, bo tak mówili w telewizji lub cytując jakieś ciekawostki przeczytane w gazetach lub książkach. Jest to z jednej strony niekonsekwentne, a z drugiej strony śmieszne. W końcu w Biblii też jest wiele rzeczy napisanych, a mimo to wielu z nas bardziej wierzy temu co piszą w gazetach. Dzieje się tak mimo, że żyjemy w epoce tzw. post prawdy i fake newsów.

Było już o odwadze i ostrożności w wygłaszaniu sądów. Teraz o czymś bardziej fundamentalnym, tj. czyli o sferze ducha, dość przez nas zaniedbywanej. Nie wiem czy ktoś robił jakieś badania na ten temat? Podejrzewam, że człowiek w zdecydowanej większości skupia się w swoim życiu na kwestiach dotyczących ciała. Jak zostaje dla ducha 10%, to myślę, że i tak ten procent mocno zawyżam.

To pielgrzymowanie było dla mnie dość udaną próbą przywrócenia pewnej równowagi w tym zakresie. Codzienny pełny Różaniec, ukierunkowana medytacja, czy wyciszenie to tylko niektóre z praktyk, które mi w tym pomogły.

Ktoś może zapytać, no i co ja z tego będę miał? Większy spokój wewnętrzny, którego nawet nie zburzyli jedni z naszych ”życzliwych” sąsiadów w domu nasyłając na nas w międzyczasie nadzór budowlany, więcej spontanicznej radości, mniej zmarszczek zakrzywionych do dołu, a więcej do góry, lepsze trawienie … tę listę mógłbym ciągnąć długo. No i jest w tym jeszcze coś najważniejszego. Jest to poczucie, że w trakcie pielgrzymowania byłem bliżej Boga i lepiej słyszałem Jego głos.

Z pełnym przekonaniem polecam wszystkim tego typu doświadczenie. Bez względu na światopogląd, sytuację materialną, rodzinna itd.

Na zakończenie kilka podsumowań bardziej technicznych.

Na dojście do Santiago de Compostela potrzebowałem zrobić 1 mln kroków przechodząc w sumie okolo 760 km w 28 dni. Wspiąłem się w tym czasie na w sumie na wysokość prawie 7000 metrów.

Po drodze towarzyszyły mi głównie słońce i temperatura oscylująca głównie między 2-10 stopni C. Bywały odcinki prawdziwej zimy z zamiecią, silnym wiatrem i miejscowym oblodzeniem. Spory deszcz pojawił się szczególnie w czasie ostatnich dni marszu w Galicji. Wszystkie cztery prowincje Hiszpanii, przez które przeszedłem, są godne polecenia.

Gdyby ktoś zastanawiał się, co ze sobą wziąć na taką wypraw mogę polecić następujące rzeczy:

1. Buty trekkingowe ponad kostkę, raczej choć trochę oddychające z Goretex lub czymś podobnym i podeszwą typu Vibram, np Mamut Mercury Mid II GTX.

2. Buty do kostki na zmianę, np. adidasy z GoreTexem.

3. Klapki, głównie pod prysznic i do chodzenia po schronisku.

5. Skarpety typu Smart Wool. Nie wełna Merino, od której nabawiłem się pęcherza na pięcie. Może być najwyżej jej domieszka.

6. Skarpety biegowe z mieszanki materiałów. Nie 100 % bawełna.

8. Spodnie typu soft shell.

9. Spodnie na deszcz typu hard shell.

10. Slipy trekkingowe, np. Brueback.

11. Polar przylegający.

12. Czapka z wełny lub mieszanki.

13. Bandana typu Buff.

14. Kurtka typu primaloft.

15. Cienka kurtka na deszcz, min. 2,5 warstwy.

16. Szybkoschnący ręcznik.

17. Kubek aluminiowy lub plastikowy.

18. Plastry typu Compeed na pęcherze.

19. Środek dezinfekujący, ale raczej nie piochtanina, bo brudzi. Najlepiej w sprayu.

20. Igły do przebijania pęcherzy.

21. Maść typu Voltaren na obrzęki

22. Środki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe plus multiwitaminę na każdy dzień.

23. Plecak 45 + 10 L. Szczególnie polecam markę Deuter. Trochę cięższy niż np. Osprey, ale o wiele wygodniejszy ze świetnym pasem biodrowym i regulacją ramion.

24. Pokrowiec deszczowy na plecak, najlepiej w żywych kolorach typu pomarańczowy, żółty, jasnozielony. Idzie się sporo kilometrów wzdłuż ruchliwych tras.

25. Legginsy do spania lub na duży mróz.

26. Dwa T-shirty. Jeden z bawełny do spania, drugi z domieszką polyestru, np. drifit, gdyby zrobiło się ciepło w trakcie marszu.

27. Lekki śpiwór do 0 C.

28. Latarka czołówka.

29. Kosmetyczka z podstawowymi przyborami. Jeśli chodzi o płyn pod prysznic wystarczyła mi butelka o pojemności 200 ml mimo tego, że trochę mi z niej wyciekło i wykorzystywałem jej zawartość czasem też do małych przepierek.

30. Bidon lub Camel bag.

31. Dwie pary rękawiczek. Jedne bardziej wodoszczelne na deszcz i wiatry. Drugie bardziej przylegające na chłodne poranki.

32. Kijki z gumową podkładką.

Dla wierzących polecam też różaniec z 5 tajemnicami, a dla lubiących czytać ksiązki, blogujących lub piszących tablet z klawiaturą z portem bluetooth. Po co nosić ze sobą książki, jak można mieć to w tablecie.

O smarfonach nie trzeba nikomu przypomniać. Jest to świetna rzecz. Budzi rano, robi ładne zdjęcia i filmy, daje szeroki dostęp do informacji. Niektórzy mieli też ze sobą powerbanki. Mi generalnie nie było to potrzebne.

Koszty albergue to 5-10 EUR za nocleg.

Pensjonat: 20-30 EUR

Hotel: 35 EUR +

Posiłki: typowy zestaw obiadowy w Hiszpanii składający się z dwóch dań, deseru i napoju to koszt około 10 EUR

Śniadanie: 3 EUR +

Kolacja: albo samemu sobie coś ugotować w schronisku albo bar lub restauracja.

Nie liczcie też raczej po drodze na otwarte sklepy. Lepiej mieć zawsze ze sobą też trochę wody.

 

Medytacja XXIX. Hojność

Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie.
Mt 8, 10

Chęć poświęcania czasu, który dedykowałem i będę to kontynuował, na pisanie tego bloga wypływa z wdzięczności za to dobro, którego sam doświadczyłem i stale je otrzymuję. Nie ma co więc kisić tego wszystkiego tylko dla siebie. Wasze spore zainteresowanie, jest dla mnie motywacyjnym bonusem.

Poza tym:

Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu

Dz Ap 20, 35

Opublikowano Biblia, Camino, ciekawostki, cud, Duch Św., Duchowość, El Camino, Hiszpania, Język, Leon, Meditation, Medytacja, myśli, Mądrość, pielgrzymka, Polish, Polska, Prostota, Pura Vida, sabbatical, Santiago, Spain, Spirituality, st james, Św. Jakub | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Pielgrzymka do Santiago de Compostela – Podsumowanie

Czas podsumować ten mój pierwszy projekt w ramach tegorocznego sabbaticalu. Zanim to zrobię jeszcze drobny dodatek do samej pielgrzymki. Mimo, że zakończyłem ją 05.03 docierając w dobrej formie do celu, po tym wydarzeniu, zupełnie niespodziewanie, znalazłem się następnego dnia w jeszcze innym ciekawym miejscu. Mowa tu o Fisterze, mieście nad Atlantykiem, gdzie kończy się przedłużenie szlaku Św. Jakuba.


Niektórzy pielgrzymi, tak jak Henry, po dotarciu do Santiago kontynuują swoją wędrówkę do tego miejsca, a konkretnie do Przylądka Finisterre, który w dawnych czasach był uważany za koniec świata.

Pożegnanie z Henrym. Film

Szczególnie interesujący jest tam cypel z latarnią morską i zboczem skalnym schodzącym do Atlantyku. Po dotarciu do tego miejsca pielgrzymi mogli, a niektórzy nadal to robią, palić na skalnych klifach swoje pielgrzymie ubrania i obmywać się w wodach Atlantyku.

Udałem się tam z Victorią i Ernesto, o których wspominałem wcześniej, wynajętym samochodem spod hotelu Parador de Santiago, w którym i oni i ja zatrzymaliśmy się.

Tour po Hotelu Parador de Santiago. Film

Przylądek Finisterre, cz 1. Film

Przylądek Finisterre, cz 2. Film

Gdy jechaliśmy po obiedzie jedną z bocznych ulic Fisterry siedząc na tylnym siedzeniu nagle zauważyłem idące trzy znajome sylwetki pielgrzymów. To Jun, Paolo, których już poznaliście, i drugi pielgrzym z Włoch, Werter. Ale spotkanie! Gdy opuściłem szybę samochodu i zawołałem do nich, stanęli jak wryci.

Podobne nieoczekiwane spotkanie przydarzyło mi się tego samego dnia wieczorem w Katedrze w Santiago. Po Mszy Św. nagle podeszło do mnie trzech innych pielgrzymów, których widywałem po drodze, Juan z Barcelony, Benjamin z Niemiec i Marta z Kolumbii. Jakby tego było mało, następnego dnia, przed samym wyjazdem z Santiago na Mszy o 12:00, jeden z księży koncelebrujących odprawiał po polsku.

Po przyjedzie do Madrytu postanowiłem zrobić też niespodziankę innym odwiedzając biuro swojej firmy AmRest. Nawet strajk komunikacji miejskiej w stolicy Hiszpanii, przez który prawie spóźniłem się na samolot, nie popsuł mi tego miłego nastroju, w którym opuszczam Hiszpanię.

W końcu czas na podsumowania. Myśli i odczuć jest tak wiele, że postaram się to jakość ująć syntetycznie.

Wykorzystam tu dwa cytaty, które w czasie naszej wędrówki często powtarzał Henry. Oto pierwszy z nich:

Statek w porcie jest bezpieczny, ale nie do tego został stworzony.
John A. Shedd

Jeśli czytaliście mój poprzedni wpis o odwadze, to na zachętę jest wiele wspaniałych owoców tej właśnie cnoty. Wielu ludzi marzy, aby się wyrwać z kieratu, w którym tkwią. Pisząc to siedzę w samolocie wracając do Polski i mimochodem słucham dyskusji kilku osób, które wracają z jakiejś podróży służbowej. Wątki są dość typowe. Jeden gada na drugiego za plecami, szef mnie nie docenia, tyle daję firmie, a firma nie odwdzięcza mi się … Brrr. Brzmi to to jaki współczesne niewolnictwo.

Niestety strach często nas obezwładnia. Strach przed tym kim, będę, jak nie będę kimś, o zapewnienie sobie odpowiedniego bytu, uznania w oczach innych, czy np. o swoje bezpieczeństwo itd. Tkwienie w miejscu w żaden sposób nie zmniejsza ryzyka spełnienia się tych obaw. W absolutnie żaden! To tylko pozory.

No cóż. Parafrazując powyższe słowa Johna Shedd’a nie do tego zostaliśmy stworzeni, aby tkwić w jednym miejscu. Nagrodą za odwagę jest niesamowite poczucie wolności.

Kolejna obserwacja też pięknie ujęta jest w kolejnym cytacie, który przypomniał mi Henry to:

Podróżując odkrywamy, że wszyscy są w błędzie na temat innych krajów.
Aldous Huxley

W trakcie mojej pielgrzymki spotkałem wielu miłych ludzi i jeszcze więcej stereotypowego myślenia na temat Polski i Polaków. Wiele osób nie ma faktycznego pojęcia na temat tego, jaka jest Polska i Polacy. Z drugiej strony, mają oni często bardzo sztampowe wyobrażenia i sądy o naszym kraju. Miałem sporo dyskusji z wieloma osobami na ten temat. Chyba czasami udawało mi się choć trochę zmienić ten wizerunek.

Myślałem kiedyś nawet o tym, aby zostać ambasadorem. Nie wiem co mi w życiu jeszcze jest pisane. Tym niemniej podróżując po świecie często wchodzę w taką rolę i dobrze się w niej czuje.

Z drugiej jednak strony czy my, Naród Polski, jak to media próbują wzmacniać, „tak niezrozumiały i niedoceniany w świecie”, nie robimy tych samych kalek w stosunku do innych nacji? Biję się też we własne piersi. Przypomniała mi o tym słusznie Ania.
Weźmy przykład pierwszy z brzegu, tj. bardzo liczną w Polsce grupę Ukraińców. Obraz, jaki mamy, jest dość powszechny i stereotypowy.

Aby zatem nie popełniać błędu, o którym mówi Huxley, uczę się, aby nie wygłaszać generalnych opinii o żadnej z nacji. Takie uogólnienia są często nietrafne, pyszałkowate, a przez to mogą utrudniać kontakt z innymi. Myślę, że tę ostrożność w wygłaszaniu sądów można by zastosować we wszystkich dziedzinach życia. Ludzie mają często wątpliwości co do kwestii fundamentalnych takich jak, czy istnieje Bóg, jak powstał świat, co będzie z nami po śmierci itd. Z drugiej strony wypowiadamy z absolutną pewnością rzeczy trywialne, np. jutro będzie napewno taka pogoda, bo tak mówili w telewizji lub cytując jakieś ciekawostki przeczytane w gazetach lub książkach. Jest to z jednej strony niekonsekwentne, a z drugiej strony śmieszne. W końcu w Biblii też jest wiele rzeczy napisanych, a mimo to wielu z nas bardziej wierzy temu co piszą w gazetach. Dzieje się tak mimo, że żyjemy w epoce tzw. post prawdy i fake newsów.

Było już o odwadze i ostrożności w wygłaszaniu sądów. Teraz o czymś bardziej fundamentalnym, tj. czyli o sferze ducha, dość przez nas zaniedbywanej. Nie wiem czy ktoś robił jakieś badania na ten temat? Podejrzewam, że człowiek w zdecydowanej większości skupia się w swoim życiu na kwestiach dotyczących ciała. Jak zostaje dla ducha 10%, to myślę, że i tak ten procent mocno zawyżam.

To pielgrzymowanie było dla mnie dość udaną próbą przywrócenia pewnej równowagi w tym zakresie. Codzienny pełny Różaniec, ukierunkowana medytacja, czy wyciszenie to tylko niektóre z praktyk, które mi w tym pomogły.

Ktoś może zapytać, no i co ja z tego będę miał? Większy spokój wewnętrzny, którego nawet nie zburzyli jedni z naszych ”życzliwych” sąsiadów w domu nasyłając na nas w międzyczasie nadzór budowlany, więcej spontanicznej radości, mniej zmarszczek zakrzywionych do dołu, a więcej do góry, lepsze trawienie … tę listę mógłbym ciągnąć długo. No i jest w tym jeszcze coś najważniejszego. Jest to poczucie, że w trakcie pielgrzymowania byłem bliżej Boga i lepiej słyszałem Jego głos.

Z pełnym przekonaniem polecam wszystkim tego typu doświadczenie. Bez względu na światopogląd, sytuację materialną, rodzinna itd.

Na zakończenie kilka podsumowań bardziej technicznych.

Na dojście do Santiago de Compostela potrzebowałem zrobić 1 mln kroków przechodząc w sumie okolo 760 km w 28 dni. Wspiąłem się w tym czasie na w sumie na wysokość prawie 7000 metrów.

Po drodze towarzyszyły mi głównie słońce i temperatura oscylująca głównie między 2-10 stopni C. Bywały odcinki prawdziwej zimy z zamiecią, silnym wiatrem i miejscowym oblodzeniem. Spory deszcz pojawił się szczególnie w czasie ostatnich dni marszu w Galicji. Wszystkie cztery prowincje Hiszpanii, przez które przeszedłem, są godne polecenia.

Gdyby ktoś zastanawiał się, co ze sobą wziąć na taką wypraw mogę polecić następujące rzeczy:

1. Buty trekkingowe ponad kostkę, raczej choć trochę oddychające z Goretex lub czymś podobnym i podeszwą typu Vibram, np Mamut Mercury Mid II GTX.

2. Buty do kostki na zmianę, np. adidasy z GoreTexem.

3. Klapki, głównie pod prysznic i do chodzenia po schronisku.

5. Skarpety typu Smart Wool. Nie wełna Merino, od której nabawiłem się pęcherza na pięcie. Może być najwyżej jej domieszka.

6. Skarpety biegowe z mieszanki materiałów. Nie 100 % bawełna.

8. Spodnie typu soft shell.

9. Spodnie na deszcz typu hard shell.

10. Slipy trekkingowe, np. Brueback.

11. Polar przylegający.

12. Czapka z wełny lub mieszanki.

13. Bandana typu Buff.

14. Kurtka typu primaloft.

15. Cienka kurtka na deszcz, min. 2,5 warstwy.

16. Szybkoschnący ręcznik.

17. Kubek aluminiowy lub plastikowy.

18. Plastry typu Compeed na pęcherze.

19. Środek dezinfekujący, ale raczej nie piochtanina, bo brudzi. Najlepiej w sprayu.

20. Igły do przebijania pęcherzy.

21. Maść typu Voltaren na obrzęki

22. Środki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe plus multiwitaminę na każdy dzień.

23. Plecak 45 + 10 L. Szczególnie polecam markę Deuter. Trochę cięższy niż np. Osprey, ale o wiele wygodniejszy ze świetnym pasem biodrowym i regulacją ramion.

24. Pokrowiec deszczowy na plecak, najlepiej w żywych kolorach typu pomarańczowy, żółty, jasnozielony. Idzie się sporo kilometrów wzdłuż ruchliwych tras.

25. Legginsy do spania lub na duży mróz.

26. Dwa T-shirty. Jeden z bawełny do spania, drugi z domieszką polyestru, np. drifit, gdyby zrobiło się ciepło w trakcie marszu.

27. Lekki śpiwór do 0 C.

28. Latarka czołówka.

29. Kosmetyczka z podstawowymi przyborami. Jeśli chodzi o płyn pod prysznic wystarczyła mi butelka o pojemności 200 ml mimo tego, że trochę mi z niej wyciekło i wykorzystywałem jej zawartość czasem też do małych przepierek.

30. Bidon lub Camel bag.

31. Dwie pary rękawiczek. Jedne bardziej wodoszczelne na deszcz i wiatry. Drugie bardziej przylegające na chłodne poranki.

32. Kijki z gumową podkładką.

Dla wierzących polecam też różaniec z 5 tajemnicami, a dla lubiących czytać ksiązki, blogujących lub piszących tablet z klawiaturą z portem bluetooth. Po co nosić ze sobą książki, jak można mieć to w tablecie.

O smarfonach nie trzeba nikomu przypomniać. Jest to świetna rzecz. Budzi rano, robi ładne zdjęcia i filmy, daje szeroki dostęp do informacji. Niektórzy mieli też ze sobą powerbanki. Mi generalnie nie było to potrzebne.

Koszty albergue to 5-10 EUR za nocleg.

Pensjonat: 20-30 EUR

Hotel: 35 EUR +

Posiłki: typowy zestaw obiadowy w Hiszpanii składający się z dwóch dań, deseru i napoju to koszt około 10 EUR

Śniadanie: 3 EUR +

Kolacja: albo samemu sobie coś ugotować w schronisku albo bar lub restauracja.

Nie liczcie też raczej po drodze na otwarte sklepy. Lepiej mieć zawsze ze sobą też trochę wody.

Medytacja XXIX. Hojność

Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie.
Mt 8, 10

Chęć poświęcania czasu, który dedykowałem i będę to kontynuował, na pisanie tego bloga wypływa z wdzięczności za to dobro, którego sam doświadczyłem i stale je otrzymuję. Nie ma co więc kisić tego wszystkiego tylko dla siebie. Wasze spore zainteresowanie, jest dla mnie motywacyjnym bonusem.

Poza tym:

Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu

Dz Ap 20, 35

Opublikowano Biblia, Camino, ciekawostki, cud, Duch Św., Duchowość, El Camino, Hiszpania, Język, Leon, Meditation, Medytacja, myśli, Mądrość, pielgrzymka, Polish, Polska, Prostota, Pura Vida, sabbatical, Santiago, Spain, Spirituality, st james, Św. Jakub | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz