Pomysł na prezent pod choinkę

Mam wrażenie, że im bliżej końca roku, tym czas pędzi coraz szybciej. Lubię bardzo ten okres roku. Czas refleksji na tym co było, wdzięczności za wiele błogosławieństw, rachunku sumienia na tym, nad czym trzeba pracować, czas radosnego oczekiwania na Boże Narodzenie i przygotowywania się do Świąt.

Gdy tak podsumowywałem wiele dobrych rzeczy, które mnie spotkały wróciły mi m.in. żywo w pamięci spontaniczne komentarze czytelników mojej pierwszej książki, „Najpiękniejsza podróż”. Pisząc ten książkę zastanawiałem się, po czym poznam, że przyniosła ona dobre owoce. Nakład, szeroka dystrybucja, nagrody …

Gdyż już nakarmiłem swoje ego akceptowalnymi przez nie dowodami uznania Duch Św. podpowiedział mi:

Wystarczy, że Twoja historia pomoże choć jednej osobie zmienić swoje życie na lepsze.

Słuchając i otrzymując wiele komentarzy czuję, że to pisanie miało jakiś sens. Oto wycinki kilku z nich:

(…) stawiam ją na półce z ulubionymi książkami, zaraz obok Heroicznego Przywództwa by Chris Lowney. Dla mnie ‚Najpiękniejsza Podróż’ to książka, której treści niesamowicie do mnie trafiły – wiele z nich jest mi bardzo bliskich, z którymi się mocno identyfikuje – i czytając strona po stronie tylko się uśmiechałem za każdym razem gdy sobie pomyślałem ‚o.. nie tylko ja tak mam’ 🙂 W wielu przekonaniach się utwierdziłem, ale jeden temat mi otworzył oczy: zrównoważony rozwój. Strona 32 i słowa ‚Jedno z podstawowych wyzwań w naszym rozwoju to dość wyraźny dysonans między niekiedy obiektywnym sukcesem w jednej dziedzinie a widocznymi deficytami w innych.’ w moim przypadku były niesamowicie w punkt. Pstryczkiem w nos trochę i bardzo silną mobilizacją do zmiany.

Wydaje mi się, że jest to bardzo potrzebne by o tym teraz mówić. Treści wielu filmików z youtube sugerują coś z goła innego „jak chcesz osiągnąć sukces, być rentierem to musisz poświęcić się doszczętnie pracy, z dumą mówić że pracujesz 24h na dobę i fakt że brakuje Ci czasu, sił na inne rzeczy jest tylko dowodem Twojej determinacji do sięgnięcia do bogactwa”. Tym bardziej doceniam, że napisał Pan tę książkę gdzie pokazuje Pan inna perspektywę. Cieszę się, że trafiła w moje ręce w wieku 32 lat a nie w wieku np. 52. Bo to jest faktycznie życiowy ‚game changer’ dla mnie. Dziękuję za tą inspirację! (wiem że dziękuje kolejny raz ale to ‚Dziękuję’ niech będzie tym najmocniejszym w całym tym mailu:)

Cała reszta książki, wszystkie kolejne rozdziały są jak dla mnie świetną próba zainspirowania czytelnika jak w praktyce walczyć o ten ‚zrównoważony rozwój’. Podaje Pan bardzo konkretne przykłady ze swojego życia. Ja jako zwolennik konkretów bardzo cenię takie rady – jest to duża wartość kiedy człowiek czyta Pana książkę i od razu widzi jak ideę realizuje Pan w praktyce. A przecież tu o praktykę przede wszystkim chodzi i działanie. Jednocześnie na wielu stronach podkreśla Pan że nie jest Pan ‚nieomylny’ i zostawia czytelnikowi ostatecznie wolność do zdecydowania czy konkretna rada jest dla niego. Mnie to bardzo ujmuje i budzi moje jeszcze większe zaufanie do Pana jako autora.

Widać, że chce Pan pomóc czytelnikowi. Czy to w tym jak zorganizować sabbatical, czy to jak dbać o dobrą kondycję, czy to jak mocno warto postawić na rodzinę, czy wreszcie jak dostać się do Nieba.

Pana misja, która można przeczytać na stronie 259 „o dążeniu do lepszej wersji siebie na większą chwałę Boga i dla dobra innych” aż się prosi aby ją skopiować i wpisać tam swoje imię na początku zdania. A to chyba dobrze.

Bardzo dobrze. 

Bo do dobrych rzeczy Pan namawia.

@@@

Panie Wojtku, otrzymałem niedawno Pana książkę “Najpiękniejsza podróż”. Efekt: właśnie planuję z Żoną (i szóstką dzieci!!) nasz sabbatical; chcemy poświęcić na to 7 miesięcy. Bardzo chciałbym skorzystać z Pana doświadczenia i mądrości, żeby ten czas przeżyć najlepiej. Tak czy inaczej dziękuję za Pana przykład.

@@@

Książkę przeczytałam już trzy razy. Pod jej wpływem zaczęłam m.in. regularnie czytać Pismo Święte.

Jeśli zatem nadal nie masz pomysłu, co kupić bliskim pod choinkę na nadchodzące Święta podaruj im „Najpiękniejszą podróż”. Jest ona dostępna w większości dobrych księgarń.

PS Poniżej kilka linków do wywiadów promujących treści z książki.

Jak Fajnie Być Blisko Boga – 2019-05-08 (audio)

Wojciech Mroczyński: każdy z nas powołany jest do tego, by stawać się lepszym [wywiad]

http://pytanienasniadanie.tvp.pl/41584355/dlaczego-polacy-coraz-wiecej-pracuja

Wojciech Mroczyński dwa razy zdecydował się na sabbatical. Było warto? | Zarządzanie | pulshr.pl

https://youtu.be/3HNs1H4EtNk

https://youtu.be/Gr8LQnYpGrk

Wojciech Mroczyński, członek zarządu AmRestu, wyruszył dookoła świata – Life – Forbes.pl

Opublikowano sabbatical | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Między półkulami

Na północnej półkuli coraz krótsze i zimniejsze dni przypominają nam o nadchodzącej zimie. Można się jednak wyrwać się z tej nieuchronności zdarzeń podróżując teraz na półkulę południową. Tak też zrobiliśmy udając się z żoną i naszym najmłodszym dzieckiem do Argentyny. Jest to w pewnym sensie podróż sentymentalna. Byliśmy już w tym intrygującym kraju kilka lat temu i przywieźliśmy stamtąd wiele miłych reminiscencji i nie tylko :-).

Gdyby polegać tylko na tym, co można usłyszeć i przeczytać w mediach, podróż do Argentyny nie brzmi zbyt zachęcająco. Wysoka inflacja, niestabilność polityczna, ponad połowa dzieci poniżej 14 lat żyjąca w biedzie, widmo kolejnego już bankructwa gospodarki to tylko kilka newsów z ostatnich tygodni. Gdy jeszcze do tego dodamy fakt, że krajach ościennych jak Chile czy Boliwia jest teraz dość niespokojnie można sobie zadać pytanie, po co pokonywać kilkanaście tysięcy kilometrów, aby poznać ojczyznę Papieża Franciszka, Diego Maradony czy też Carlosa Gardela.

Rzeczywiście wiele osób nie bierze pod uwagę tego kraju jako potencjalnego miejsca turystycznych eskapad. Według publikowanych niedawno rankingów Argentyna jest dużo za Polską (12 miejsce na świecie) jeśli idzie o liczbę odwiedzających turystów. Mimo, że jest to ósmy kraj pod względem wielkości na świecie odwiedza go siedem razy mniej turystów niż Rzeczpospolitą.

Dlaczego jednak warto tu przyjechać? Powodów jest wiele. Zacznę od bardzo prozaicznego. Jest to kraj bardzo przystępny cenowo zarówno jeśli chodzi o noclegi, jedzenie jak i transport lokalny. Jest to miłe uczucie gdy nie trzeba specjalnie przejmować się cenami, nawet w miejscach dość ekskluzywnych. Skoro mowa o jedzeniu to trzeba wspomnieć o bardzo niskich cenach wołowiny (x 2-3 taniej niż w Polsce) oraz wina naprawdę wysokiej jakości. Koniecznym elementem codziennej diety są też rozmaite rodzaje empanady (pierożki z różnym nadzieniem), czy też desery na bazie jednego z argentyńskich wynalazków, tj. dulce de leche. Do tego jeszcze wszędobylska yerba mate, czy jej popołudniowa wersja czyli terreré.

Argentyna to kraj, w którym czuję się bardzo swojsko. Jest to zasługa jego klimatu europejskości, szczególnie w Buenos Aires (BsAs), języka hiszpańskiego, którym uwielbiam się posługiwać oraz wysokiej kultury ludzi tu mieszkających. W Argentyńczykach dostrzegam też dużo podobieństw do naszej nacji. Czuje się tu ducha romantyzmu, rodzinności, gościnności, odwagi oraz dumy narodowej. Nawet w tych mniej pozytywnych cechach wydajemy się dość podobni do siebie. Narzekanie na swój własny kraj jest jednym z ulubionych lokalnych tematów.

Argentyna jest pełna sprzeczności i przez to dość tajemnicza. Cywilizacja miesza się tu z barbarzyństwem, bogactwo z biedą, poczucie pesymizmu z optymizmem. Te same kontrasty można zaobserwować w klimacie od zwrotnikowych obszarów wokół Salty czy prownicji Missiones, poprzez suche pustynie interioru, zieloną Pampę i Patagonię aż po arktyczne południe. Odległości są tu niewiarygodne. Kilka dni temu spotkaliśmy parę niemieckich emerytów podróżujących przez wiele miesięcy po Argentynie własną ciężarówką przywiezioną statkiem z Hamburga. Gdy sprawdziłem jaką odległość przejechali z najbardziej wysuniętego miasta na południu, Ushuaia, do wodospadów Iguazu na północy, wyszło ponad 3600 km.

Wodospady Iguazu – video

Kontrasty widać też w architekturze. Miasta mają coś z europejskiej elegancji a zarazem są często rozplanowane w regularny sposób jak w USA. Stolica jest pełna pięknych budynków pamiętających czasu świetności kraju z przełomu XIX i XX w. Przez samych Francuzów była ona nazywana Paryżem Południa. Mimo jej olbrzymich rozmiarów często nie czuję się tego wielkomiejskiego zgiełku. Jest tu wiele parków ze słynnym rezerwatem ekologicznym, który jest niezwykła oazą przyrody w środku wielkiej metropolii wzdłuż brzegu bezkresnej rzeki La Plata. Z drugiej strony, udając się trochę dalej od centrum można spotkać wiele terenów slumsów, tzw. conventillos. Widząc to wszystko trudno uwierzyć, że 100 lat temu była to jedna z największych potęg gospodarczych z dochodem na głowę wyższym od wielu krajów w Europie. Według ojców założycieli tego państwa Argentyna miała stać się lepszą wersją Europy. Niektórzy, jak Ruben Dario, wróżyli że stanie się odpowiednikiem USA na południowej półkuli.

Trudno się dziwić takiemu optymizmowi gdy spojrzy się na niesamowite bogactwa tego kraju. Obfita produkcji żywności, tania hydroenergia, zasoby ropy naftowej czy też potencjał intelektualny mieszkańców. Edukacja, obok imigracji oraz silnej urbanizacji, była od dziesiątek lat jedną z głównych sił napędowych Argentyny.

Wyliczając zalety Argentyny nie sposób wymienić innego lokalnego wynalazku, który pięknie oddaje ducha sprzeczności i tajemniczości tego kraju. Mam na myśli tango. Ten egalitarny taniec łączył wyższe sfery chcące się wyłamać ze społecznych konwenansów z tymi mniej uprzywilejowanymi, dla których był on formą ekspresji ich wyalienowania w wielkomiejskim życiu. Dziś, wbrew dość powszechnemu przekonaniu turystów, jest to niestety dość niszowy taniec w Argentynie. Cieszę się, że przy okazji kolejnej wizyty znaleźliśmy też czas, aby odwiedzić naszą ulubioną szkołę tanga w BsAs i potańczyć pod okiem Claudii.

Bardzo kibicuję temu krajowi wierząc, że wróci do czasów swojej świetności. Czuję, że kiedyś znowu tu wrócimy.

 

Opublikowano sabbatical | Otagowano , , , , , | 2 Komentarze

Przełamywanie barier

Mimo, że dość często się wzruszam rzadko zdarza mi się, że płaczę z tego powodu. Taki moment przeżyłem kilkanaście minut temu oglądając Eliuda Kipchoge finiszującego w biegu maratońskim we Wiedniu bijącego niewiarygodną granicę 2:00 godzin.

Eliud Kipchoge

Kolejna granica ludzkich możliwości została złamana. Co za inspiracja! Co za skromność wspaniałego biegacza, mądrego człowieka, męża i ojca trójki dzieci!

W takim momencie dużo się mówi o samym mistrzu, jego wyczynie, który jest absolutnie niewiarygodny. Dla mnie, aktywnego sportowca, jest niewyobrażalne, aby przebiec choć jeden kilometr w takim tempie, jak bohater dzisiejszego dnia.

Gdy sięgnę do głębszego źródła mojego dzisiejszego wzruszenia znajdują tam podobne momenty ze swojego życia i życia bliskich mi osób. Są to momenty przełamywania własnych barier, przekraczania siebie czasem pomimo wielu życiowych przeciwności. Nie chodzi tu tylko o jakieś bicie własnych rekordów. Życie składa się głównie z całej masy małych rzeczy, które zarówno mogą nas stale ciągnąć ku górze jak i innych drobnostek, które potrafią nasze życie uczynić katorgą.

Wszyscy, nie tylko Eliud, mamy szansę, aby stale przełamywać swoje ograniczenia, aby stale stawać się lepszymi i coraz lepiej wykorzystywać swoje talenty i potencjał dla dobra innych.

Dzięki Eliud za dzisiejszą inspirację!

 

Opublikowano myśli, sabbatical | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

To był rok

Siedzę właśnie w pociągu w drodze do Krakowa, aby zacząć dziś swoją nową pracę w nowej dla mnie firmie. Ostatni raz taki stan przeżywałem 14 lat temu dołączając jako Dyrektor Finansowy do, wtedy średniej wielkości firmy, AmRest.

Gdy tak mknę wraz z innymi pasażerami Intercity Wyspiański patrząc na swój rower w przedziale bagażowym pojawiają się w mojej głowie i sercu rozmaite myśli i emocje. Jedną z nich jest olbrzymia wdzięczność za swoje życie, za to co udało się zrobić w ciągu ostatnich 14 lat i za kolejny rok szabasowy (sabbatical), a w zasadzie 18 miesięcy, który pozostawiam za sobą.

Z perspektywy 14 lat od mojej poprzedniej zmiany pracy widzę jak wiele miałem szczęście osiągnąć w bardzo ciekawej organizacji, jaką jest AmRest, współpracując ze wspaniałym zespołem ludzi. Trafiłem na bardzo interesujący i płodny okres rozwoju tej firmy, która urosła blisko 30-sto krotnie w okresie kilkunastu lat.

Ostatnie 7 lat od okresu naszego wspólnego rodzinnego sabbaticalu, z inspiracji którego powstał również ten blog, to również bardzo niezwykły okres w moim życiu. Opowiadałem trochę o tym w swojej prezentacji (link) na Global Leadership Summit i książce Najpiękniejsza podróż.

Dziś myślę głównie o tym, czego doświadczyłem przez ostatnie półtora roku przerwy od pracy zawodowej.  Podsumowuję ten okres między innymi dlatego, aby zobaczyć, czy nie zmarnowałem tego pięknego roku przerwy od pracy zawodowej. Żona, która zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny, twierdzi, że przez pierwsze 12 m-cy byłem bardzo zajętym człowiekiem, może nawet bardziej niż pracując zawodowo. Dopiero okres ostatnich 6 miesięcy, przyniósł trochę więcej odpoczynku mimo, że był to dla mnie niełatwy okres poszukiwania nowych wyzwań zawodowych.

Jak pewnie część z czytelników tego bloga pamięta, zaczynając mój drugi sabbatical na początku 2018 roku wspominałem o 10 projektach, które chciałem zrealizować w trakcie kolejnego roku. O realizacji wielu z nich pisałem w kolejnych postach na tym blogu. Oto kompletna lista:

Małżeństwo
1. Regularne wieczorne rozmowy z żoną przy lampce wina i świecach
2. Kurs tanga argentyńskiego
3. Wspólny kurs uważności



Rodzina

4. Miesiąc wakacji w USA
5. Miesięczna podróż po tzw. Ścianie Wschodniej Polski – od trójstyku granic do Bieszczad
6. Pielgrzymka do Ziemi Świętej w czasie Paschy
7. Opieka nad najmłodszym Jasiem i poświęcenie więcej czasu Wojtkowi i Ani

Nowe umiejętności
8. Zrobienie licencji pilota PPL(A)
9. Poziom zaawansowany w języku hiszpańskim
10. Napisanie i wydanie książki „Najpiękniejsza podróż”
11. Nauka gry na fortepianie – poziom średniozaawansowany

Coś dla ciała i ducha
12. Kolejny start w Ironman
13. Przejście szlaku francuskiego Camino de Santiago de Compostela
14. Piesza pielgrzymka z Wrocławia do Częstochowy
15. Udział w kolejnym etapie Rekolekcji Ignacjańskich (Pierwszy Tydzień)

Projekty nieudane lub częściowo nieudane
-> Nie pobiłem rekordu życiowego w maratonie
-> Mogłem jeszcze więcej czasu poświęcić starszym dzieciom i żonie
-> W sumie mało odpocząłem fizycznie choć ze snem bywało o niebo lepiej
-> Przegląd tysięcy zdjęć cyfrowych z wielu poprzednich lat będzie musiał poczekać na kolejną okazję.

Jak widać, tych projektów wyszło trochę więcej, bo też i miałem trochę więcej nieplanowanej przerwy.

Piszę o tym wszystkim, żeby sobie to podsumować dla siebie samego, trochę się pochwalić :-), ale głównie dla inspiracji. Kiedy zachęcam ludzi do zrobienia sobie takiej dłuższej przerwy od pracy zawodowej czuję, że wielu wydaje się, że taki rok to, poza jakąś formą odpoczynku, generalnie strata czasu i pieniędzy, które można by w tym czasie zarobić.

A propos tego ostatniego jechałem kilka tygodni temu samochodem z bardzo majętnym biznesmenem i tak sobie rozmawialiśmy o priorytetach życiowych. Gdy zapytał mnie dlaczego właściwie zrobiłem sobie takie dwie roczne przerwy odpowiedziałem nieco retorycznie:

Gdy będziemy odchodzić z tego świata, czego będziemy żałować? Czy tego, że nie mamy kolejnych zer na naszym koncie bankowym? Czy może raczej tego, że nie mieliśmy dość odwagi, aby realizować w życiu nasze marzenia i dawać coś z siebie innym?

Swój drugi sabbatical zaczynałem od miesięcznej pieszej pielgrzymki do Santiago de Compostela (jej codzienny przebieg można było śledzić też na tym blogu). Zupełnie nieplanowanie w taki sam sposób zakończyłem ten piękny okres jadąc do rowerze z grupą innych kolarzy na Jasną Górę w ostatni weekend. Te 350 km w siodełku mimo wczorajszego upału (prawie 40 C w cieniu) w drodze powrotnej jakoś minęło mi szybko i dość lekko. Wiadomo nie od dziś, że z grupą można jechać dalej, a w kolarstwie nawet szybciej.

 

To marzenie/skojarzenie sportowe towarzyszy mi dziś, gdy podejmuję się nowej roli bycia liderem bardzo ciekawej firmy, której produkty są bardzo dobrze znane nie tylko w Polsce, lecz w kilkudziesięciu innych krajach.

Opublikowano sabbatical | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Uważność inaczej

Kilka tygodni temu wspólnie z Anią ukończyliśmy tzw. kurs uważności. To ostatnie słowo robi w ostatnim czasie sporą karierę. W wielu miejscach na świecie oferuje się rozmaite kursy uważności czy też znane pod nazwą angielską warsztaty mindfulness.

Wydaje się, że jednym z głównych powodów wzrostu zainteresowania tematem ćwiczenia się w uważności, czyli najogólniej rzecz ujmując byciu „tu i teraz”, jest rosnąca frustracja coraz bardziej tzw. przebodźcowanym (chyba to neologizm, bo edytor podkreśla na czerwono :-)) życiem. Wielu z nas żyje bardzo intensywnie, w poczuciu częstego pośpiechu i wielozadaniowości. Nasz umysł jest bombardowany niezliczoną ilością informacji. Jakby tego było mało my sami jeszcze bardziej zaprzęgamy go codziennie do pracy tysiącami rozmaitych myśli, rozważań i innych zajęć, które coraz bardziej absorbują naszą uwagę.

W wyniki tego rozproszenia uwagi tracimy kontakt z samymi sobą i zwykle dobrowolnie pozwalamy innym, np. poprzez media społecznościowe, internet i inne popularne „rozpraszacze”, odbierać nam dwie z najcenniejszych rzeczy, jakie posiadamy, tj. nasz czas i uwagę. To ciągłe rozproszenie i stres z nim związany to chyba największa zmora ludzkości zabierająca nam pozytywną energię i poczucie szczęścia.

Jak temu zaradzić? Kursy uważności, które bardzo mocno sięgają do tradycji wschodnich technik medytacji, proponują pewien program praktyk medytacji i innych działań, które, jeśli praktykowane w sposób regularny i zdyscyplinowany, mają nam pozwolić być bardziej uważnymi na co dzień. Gdyby to tylko było takie proste, żeby po każdym szkoleniu móc wcielić w życie jakąś dobrą praktykę. Jak to zrobić!?

Poza tym, jak zwykle w rozmaitego rodzaju kursach i szkoleniach pojawia się pewnego rodzaju iluzja czy poczucie ekskluzywności. Wzmacniane jest ono promocją samej idei przez twórców programu i certyfikowanych prowadzących, że jest to najlepsza, a czasem wręcz jedyna metoda na osiągnięcie konkretnego celu. Ostatecznie kursy uważności są w przeważającej mierze prowadzone odpłatnie a uczestnikom trzeba w końcu trzeba jakoś sprzedać taką usługę.

Uczestnicząc w tym szkoleniu zauważyłem, że po początkowej ciekawości i w miarę regularnej praktyce zalecanych na kursie ćwiczeń przyszedł regres. Zacząłem się zastanawiać dlaczego, co już samo w sobie było piękną praktyką uważności. Zwykle jestem osobą bardzo zdyscyplinowaną jeśli już się za coś biorę. Odkryłem, że mój słabnący zapał do wprowadzenia nowych praktyk uważności brał się m.in. stąd, że w swojej rutynie życia praktykuję już od wielu lat dość mocno uważność w inny sposób, tylko tak tego wcześniej nie nazywałem. Te sposoby to regularna modlitwa, ignacjański rachunek sumienia, uprawianie sportu, spacery, gra na pianinie, czy np. wspólne z żoną lekcje tanga argentyńskiego. Dla tych, którzy się nigdy nie zetknęli z tą ostatnią formą tańca, uczy ona szczególnej uważności na siebie obojga tańczących. Nie ma tu bowiem żadnych ustalonych z góry kroków, układów. Sztuka w tangu leży w nawiązaniu i utrzymywaniu właściwej komunikacji ciałem między prowadzącym partnerem i podążającą dziewczyną, jak mawia nasz sympatyczny instruktor Tomek. O tym, że dobra modlitwa, medytacja czy np. gra na instrumencie wymaga sporej uważności nie muszę chyba przekonywać. Tak samo jest w sporcie, co okazuje się, dotąd było dla mnie w pewnym sensie kolejnym ukrytym motywatorem do jego uprawiania.

Wszystkie te wymienione powyżej praktyki oprócz okazji do ćwiczenia się w uważności niosą jeszcze wiele innych korzyści, których często pozbawione są promowane na kursach techniki uważności, np. godzinna medytacja z oddechem. Wspólny taniec z żoną to obok praktyki uważności świetna okazja na dobre spędzanie wspólnego czasu, pogłębienie wzajemnej relacji. Dobra modlitwa czy medytacja to też okazja do pogłębienia relacji z Bogiem czy z innymi ludźmi itd.

Jeśli zatem interesuje Ciebie temat pogłębiania swojej uważności, bycia tu i teraz proponuję, aby zastanowić się, jak możesz wykorzystać do tego to, co robisz już dzisiaj. Sam kurs uważności nie nauczył mnie niczego nowego i nie wprowadziłem w jego wyniku żadnej nowej praktyki w swoje życie. Jednak dzięki uczestnictwu w tym kursie zobaczyłem dodatkowy walor uważności w wielu swoich codziennych działaniach zyskując jakby dodatkową motywację do ich codziennej praktyki.

Opublikowano sabbatical, uważność | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Bądź!

Dziś dzień Świętego Józefa szczególnie obchodzony w niektórych krajach, głównie hiszpańskojęzycznych, jako Dzień Ojca. To wspomnienie przypomniało mi o pewnym temacie, o którym już od dawna chciałem napisać.

Mam na myśli jedną z najważniejszych ról, którą wielu z nas ma, lub będzie miało przywilej, czasem odczuwany jako duża uciążliwość, odgrywać, tj. bycie rodzicem.

Tę moją narastającą intencję pobudzały liczne obserwacje siebie i innych w rozmaitych sytuacjach rodzicielskich oraz kilka ciekawych rozmów z osobami, które są dopiero na początku swojej drogi jako rodzice.

Mimo, że bycie rodzicem, obok bycia małżonkiem, to chyba najtrudniejsza praca, jaką mamy do wykonania w swoim życiu, zwykle mało czasu poświęcamy na to, aby się w tym doskonalić. Dlaczego zamiast kilku mało potrzebnych w życiu przedmiotów w szkole nie wprowadzić zajęć dotyczących np. Rodzicielstwa? Co prawda są rozmaite formy edukacji takie jak „Przystosowanie do Życia w Rodzinie”, ale mają one tendencję do skupiania się zbytnio na sprawach prokreacji i seksu, a za mało na tym, co jest sednem bycia dobrym rodzicem.

Skoro mowa o prokreacji uderzyła mnie mocno pewna obserwacji w czasie rodzinnych wakacji spędzanych kilka razy w kilku wioskach Club Med na świecie. Wychodząc na poranny trening lub idąc wieczorem z całą rodziną na kolację w tych pięknych ośrodkach wypoczynkowych często dało się słyszeć gdzieś w tle lament i długotrwały płacz dzieci. Okazuje się, że wiele małżeństw przyjeżdżając na tego typu wakacje ze swoimi dziećmi oddaje je codziennie około 8:00 do tzw. mini klubów, w których dzieci spędzają czas aż do 21:00. Zdecydowana większość tych dzieci, jest głęboko nieszczęśliwa przebywając całe dnie z dala od swoich rodziców. Podejrzewam, że gdy wracają do swoich domów sytuacja ta się powtarza, gdy rodzice przebywają cały dzień w pracy.

Jest to chyba jedna z największych sprzeczności miotającymi ludźmi. Wielu osób marzy o tym, aby mieć potomstwo. Kiedy już je mamy, niejedna rodzina  stara się w rozmaity sposób „outsourcować” wychowanie dzieci na innych, np. na nianię, dziadków, minikluby, dozorowane place zabaw w centrach handlowych itd. Można to zrozumieć kiedy ma to charakter incydentalny, np. w czasie choroby dziecka, czy też chwili potrzebnego odpoczynku dla rodziców, którzy np. chcą wyjść sobie do teatru. Gdy jednak wysługujemy się permanentnie innymi w wychowaniu swoich dzieci tak naprawdę zrzekamy się swoich praw i obowiązków związanych z byciem rodzicem.

Ta postawa nieobecności w życiu dziecka przynosi bardzo negatywne owoce dla naszych dzieci i nas samych. Znamy wszyscy masę historii z dzieciństwa wielu osób, w których rodzice, lub przynajmniej jedno z nich, nie było obecne w życiu dziecka. Obniżona samoocena,  poczucie osamotnienia, niskie poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego czy fizycznego, problemy w budowaniu więzi z innymi, uzależnienia, doświadczanie przemocy fizycznej lub seksualnej to tylko kilka z długiej listy skutków braku obecności rodziców w wychowaniu dziecka.

Uderzyła mnie szczególnie statystyka dotycząca młodocianych przestępców w USA. Aż 85% z nich wychowywało się w rodzinie bez ojca (www.psychologytoday.com), a w przypadku dzieci, które uciekły z domu ten odsetek wynosił aż 90%.

Mam wrażenie, że to poczucie osamotnienia wśró dzieci to narastający problem. Jako dorośli często przedkładamy inne rzeczy jak dodatkowy czas spędzony w pracy, na siłowni, zakupach itd., nad czas, jaki poświęcamy naszym dzieciom. Mam za sobą podobne doświadczenia jako rodzic. Dzięki pewnym śmiałym decyzjom kilka lat temu, otrzeźwieniu oraz towarzyszącej im Łasce Bożej, udało mi się przegrupować dość mocno priorytety życiowe, nad rzecz czasu spędzanego z rodziną.

Jak tu być dobrym rodzicem? Zamiast snuć jakieś skomplikowane teorie i rozbudowane zalecenia na ten temat odwołam się znowu do mądrości dziecka, którą tak często przywołuję w swojej książce „Najpiękniejsza podróż”. Jedna z najczęściej powtarzanych próśb naszego najmłodszego dziecka do nas, rodziców, brzmi krótko: Bądź!

Mocno zapadł mi w pamięci zasłyszany kiedyś dialog między ojcem i synem:

Syn: Tato, ile zarabiasz za godzinę Twojej pracy?
Ojciec:  Dlaczego chcesz to wiedzieć? Nie dostajesz wystarczająco dużo ode mnie i od mamy!?
(po jakimś czasie, ojciec wraca do syna, czując, że był zbyt opryskliwy w swoim tonie)
Ojciec: Przepraszam, że tak Ciebie zbyłem i odburknąłem. Zarabiam 50 zł na godzinę. Ile potrzebujesz?
Syn: Mam 25 zł, a potrzebuję drugie tyle.
Ojciec: Na co ci te pieniądze?
Syn: Aby kupić jedną godzinę Twojego czasu…

 

Richarad Branson, znany przedsiębiorca, odkrywca, który zbudował setki rozmaitych firm i przedsięwzięć został kiedyś zapytany jak, po jego śmierci, powinniśmy oceniać jego liczne dokonania. Innymi słowy, które z jego osiągnięć będą, według niego, najbardziej miarodajne do oceny jego bogatej spuścizny. Odpowiedział w sposób zaskakujący; jeśli ktoś chce zobaczyć, co realnie zostawiłem po sobie na tym świecie, niech oceni to tylko na podstawie tego, na kogo wyrosły moje dzieci.

Ewangelia Mateusza mówi:

Poznacie ich po ich owocach… (Mt 7,20)

… a jakie owoce po nas zostaną, kiedy już wszystko przeminie?

Opublikowano Rodzicielstwo, rodzina, Rozwój | Otagowano , | 4 Komentarze

Racja czy szczęście?

Kilka tygodni temu brałem udział w kolejnej części medytacji ignacjańskich. Miło było wrócić w znajome miejsce skupienia na „Górce” u Jezuitów w Zakopanem. Tym razem zanosiło się na trochę trudniejsze wyzwanie duchowe. Trzeba było wytrzymać w ciszy i  wyłącznie w swoim własnym towarzystwie przez 8 dni.

Po raz kolejny przekonałem się, że funkcjonowanie  bez mówienia, internetu, telefonu i książek przez dłuższy czas jest możliwe. O telewizji nie wspominam, bo od wielu lat jej generalnie nie oglądam. Wszystkim polecam taką „dietę słowną”. W ciszy wiele rzeczy staje się jaśniejszych, a i pokus do złego jest zdecydowanie mniej, o czym więcej za chwilę.

Taki okres wycieszenia i medytacji to skarbnica rozmaitych obserwacji siebie i refleksji nad życiem. Dziś chciałem się podzielić jedną z nich, która szczególnie w ostatnich dniach nabrała w dyskusji publicznej w Polsce szczególnego znaczenia. Chodzi o słowa czy też język, mowę, jaką posługujemy się na co dzień. Z wielu stron słychać apele o powstrzymanie się od tzw. mowy nienawiści. Nie mogę często oprzeć się wrażeniu, że ci apelujący zamiast łagodzić konflikty, często jeszcze je zaogniają. To homeopatyczne zaklinanie rzeczywistości językowej to słowa rzucane na wiatr.

O tym, że generalnie takie apele, czy też ludzkie słowa mają niewielką moc sprawczą czy też działają przeciw-produktywnie (taki neologizm przyszedł mi do głowy) celnie pisał blisko 2000 lat temu  Św. Jakub w swoim liście. Oto kilka cytatów:

Wiedzcie, bracia moi umiłowani: każdy człowiek winien być chętny do słuchania, nieskory do mówienia, nieskory do gniewu (Jk 1, 19)

Tak samo język, mimo że jest małym członkiem, ma powód do wielkich przechwałek. Oto mały ogień, a jak wielki las podpala (Jk 3, 5).

Wszystkie bowiem gatunki zwierząt (…) można ujarzmić i rzeczywiście ujarzmiła je natura ludzka. Języka natomiast nikt z ludzi nie potrafi okiełznać, to zło niestateczne, pełne zabójczego jadu. Przy jego pomocy wielbimy Boga i Ojca i nim przeklinamy ludzi, stworzonych na podobieństwo Boże. Z tych samych ust wychodzi błogosławieństwo i przekleństwo. (Jk 3, 7-10)

O tym jak trudno okiełznać język, aby służył dobru przekonałem się po raz kolejny na własnej skórze. Gdy naszedł niedzielny poranek wieńczący te osiem dni skupienia w Zakopanem czułem, że wielu rekolektantów nie może doczekać się, aby zacząć mówić. Mnie towarzyszyło pragnienie, aby ten okres ciszy jeszcze się nie kończył. Być może podświadomie przeczuwałem, że generalnie słowa niosą za sobą pewne niebezpieczeństwo, w które zaraz zacznę ponownie wpadać. I rzeczywiście. Tak się stało. Było to wtedy dla mnie szczególnie widoczne ze względu na dużo większy stan mojej uważności.

Jak trudno okiełznać słowa, które wychodzą z ust naszych? Doświadczyłem tego dylematu szczególnie klarownie zastanawiając się nad sensem i pożytkiem wypowiadanych przez siebie słów. Tej powściągliwości wcale nie ułatwiał mi fakt, że właśnie skończyłem ośmiodniową medytację, a jednym z głównych uczuć mi towarzyszących była wdzięczność. Skoro po takich ćwiczeniach duchowych miałem tak marne efekty, to co do dopiero mówić o normalnej codzienności.

Zastanawiałem się wtedy, czy jest jakiś skuteczny sposób, aby lepiej panować nad sobą w kwestii języka. Otrzymałem dwie podpowiedzi, w tym jedną od Św. Jakuba. Po pierwsze, jeśli już coś mówię, to warto, abym był wtedy szczególnie uważny na słowa, jeszcze zanim wypowie je mój język. Jeśli jednak nie muszę, to lepiej po prostu nie mówić. Ta druga metoda wydaje mi się szczególnie skuteczna i tak potrzebna w dzisiejszym zgiełku informacyjnym. Używając zmodyfikowanej terminologii ekologicznej chodziłoby o minimalizację  naszego „śladu słownego” (verbal footprint vs. carbon footprint).

W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera piękne pytanie o sens podejmowania utarczek słownych:

Czy wolisz mieć rację, czy być szczęśliwy?

Opublikowano sabbatical | Otagowano , , | Dodaj komentarz