Globalne rekolekcje

Niedawno wróciłem z kolejnych już rekolekcji ignacjańskich w moim ulubionym miejscu na Górce u Jezuitów w Zakopanym. Tym razem kontemplowałem tzw. Drugi Tydzień, czyli rozmaite sceny z życia Jezusa od Jego narodzenia aż do Niedzieli Palmowej. Przebywanie przez 8 dni w absolutnej ciszy i odcięciu od świata zniosłem wyjątkowo dobrze. W przeciwieństwie do Pierwszego Tygodnia czas płynął mi szybko. Drugi Tydzień kończy się medytacją na temat reformowania swojego życia, tak aby żyć bardziej zgodnie z wolą i na chwałę Boga. Jak się okazało później tematyka tych rekolekcji okazała się być bardzo na czasie.

Jedno z głównych pytań i osobistych wyzwań, które zwykle sobie zadaję na koniec tego typu doświadczeń jest jak wpłynie ono na moje dalsze życie. Trwanie przez 8 dni w pewnej „bańce duchowej” nie daje żadnych gwarancji a jedynie podsuwa pewne pozytywne poruszenia duszy. Jak skutecznie zaszczepić dobre praktyki medytacyjne oraz owoce rekolekcji w normalne życie? Wiadomo, że nasze nawyki to nasza druga natura, a zmienić je jest bardzo trudno, szczególnie te w sferze duchowej.

Wracając po 8 dnia bycia offline do rzeczywistości nie zdawałem sobie, że w międzyczasie zaczęły się właśnie „globalne rekolekcje” dla całej ludzkości. Takie mam nieodparte skojarzenie obserwując to, co się teraz dzieje wokół mnie. Jak słusznie zauważył kiedyś Alexis de Tocqueville pisząc o demokracji w Ameryce:

„(…) Zapał ludzi, całą duszą oddanych pogoni za dobrobytem, obraca się ku małym sprawom i nie starcza go na wielkie”.

Ta ciągła pogoń, która dla wielu z nas jest tak nieodzownym elementem życia bardzo mocno wyhamowała w ostatnich tygodniach. Dzieje się tak mimo tego, że większość z nas ani tego sobie nie zaplanowała, ani nawet nie życzyła. Epidemia wydaje się dla wielu z nas wielkim zaskoczeniem, mimo, że takie i gorsze kataklizmy spotykały już ludzkość wcześniej.

Choć jesteśmy dopiero na początku tych „rekolekcji” obok niewątpliwego cierpienia i dyskomfortu widać już też wiele dobrych owoców. Słyszy się często stwierdzenie, że po tym doświadczeniu świat nie będzie już nigdy taki sam. Wypowiada się je głównie w kontekście geopolitycznym czy też ekonomicznym. Spekuluje się, że być może idea globalizacji zacznie być wypierana przez powrót do większej samowystarczalności indywidualnych państw. Jest też prawdopodobne, że takie trendy jak telepraca, teleusługi, edukacja domowa, odejście od papierowego pieniądza, troska o higienę osobistą itp zaczną być coraz bardziej popularne.

To wszystko wydaje się ciekawe i dość istotne choć nie kluczowe dla mnie. Zadaję sobie pytanie, jak to doświadczenie zmieni mnie samego, moje myślenie, działanie. Używając języka twórcy rekolekcji ignacjańskich, Św. Ignacego, jak to zreformuje moje życie. Do tego samego pytania zachęcam też wszystkich innych.

Ten trudny czas próby naszego człowieczeństwa, naszego przywództwa, naszej wiary, naszych relacji, naszej odporności, to czas w pewnym sensie błogosławiony. Dziękuję za wielkie dobro, jakie się teraz rozlewa po całym świecie. Rodziny jednoczące się w trosce o siebie, małżonkowie poświęcający znacznie więcej czasu swoim dzieciom i sobie nawzajem, sąsiedzi uruchamiający wzajemną pomoc …

Modlę się, abyśmy nie zmarnowali tych globalnych rekolekcji.

Jeśli upokorzy się mój lud, nad którym zostało wezwane moje Imię, i będą błagać, i będą szukać mego oblicza, a odwrócą się od swoich złych dróg, Ja z nieba wysłucham i przebaczę im grzechy, a kraj ich ocalę.

2 Krn 7, 14

Opublikowano epidemia, Medytacja, Refleksje, sabbatical | Otagowano , , , | 1 komentarz

W zgodzie z naturą

Gdy przedmiot jakiś z okna spadł
(choćby to rzecz najmniejsza była)
jak zwala się ciążenia siła
potężnie niby wichru bat
na piłkę, która się odbiła,
i niesie ją w oś ziemi, w świat!

Nad każdą rzeczą czuwa moc,
skora do lotu, dobroć jakaś,
nad głazem, kwiatem i jednaka
nad każdem małem dzieckiem w noc.

Tylko my, w pysze swej, lecimy,
z kilku swych związków wciąż dążymy
w jakiejś wolności pusty świat,
miast oddać się rozumnym siłom
i w górę podnieść się jak kwiat.

CDN …

Podziwiając ostatnio wielokrotnie zachody słońca nad Zatoką Meksykańską przeżywałem zachwyt nad pięknem stworzenia. To niesamowite jak niewiele potrzeba, aby wpaść w taki stan. Kontakt z naturą niezmącony tysiącami codziennych myśli. To pewnie głównie dzięki temu, a nie naszym rozmaitym naszym dodatkowych zabiegom, udaje nam się czasami wypocząć w trakcie wakacji.

Jezuici, do których wybieram się niedługo na moje coroczne medytacje ignacjańskie, zalecają, aby zaraz po przebudzeniu pierwszą swoją myśl skierować ku Bogu. Jaki wspaniały sposób na dobry początek dnia! Choć próbuję zaprowadzić taki zwyczaj w swoim rytmie dnia wychodzi to na razie dość marnie. Tak czy inaczej warto o to zawalczyć. Kontakt z Bogiem i z naturą przez Niego stworzoną wyciszają, niosą radość, uczucie wdzięczności, wspomnianego wcześniej zachwytu i wiele innych pozytywnych owoców. Może po kolejnych 8 dniach medytacji uda mi się zaprowadzić nową rutynę w moim życiu.

A propos nowych nawyków, pojawił się w naszym małżeńskim życiu od początku roku nowy zwyczaj chodzenia na długie i żwawe spacery. Bardzo polecam. Satysfakcja gwarantowana! Mimo, że mieszkamy już od 15 lat w przepięknej części Wrocławia zachwycamy się nią ostatnio tak, jakbyśmy dopiero co tu przyjechali. Taki „power walk” to też okazja do modlitwy, dobrej rozmowy. Przy okazji można jeszcze się dotlenić i spalić nieco kalorii.

Raz jeszcze okazuje się, że to co najlepsze jest w zasięgu naszej ręki i często przychodzi darmo. Nie ma się co silić, puszyć i zaklinać rzeczywistość po swojemu, stawiać się w centrum wszystkiego. Tak po prostu jest i żaden ludzkich postęp, oświecenie, modernizm czy postmodernizm nie są w stanie tego zmienić. Poza tym jakie to męczące to wieczne odgrywanie roli Boga przez nas samych. Można zawołać za Tomasem Halikiem, Hurra … nie jestem Bogiem!

Przypominam sobie rozmowę ze znajomy sprzed kilku lat. Po powrocie z inspirującego szkolenia próbował mnie przekonać, że nauka znalazła już odpowiedzi na wszelkie wyzwania ludzkości w tym opanowanie plagi nowotworów, przedłużenie żywotności człowieka do nawet killuset lat, połączenie ludzkiego mózgu ze sztuczną inteligencją i generalny upgrade ludzkości. Minęło kilka lat i co … Jakoś nie widzę, aby te przekonania znajdywały potwierdzenie w rzeczywistości. Ostatnie tygodnie pokazują dobitnie jak kruche jest ludzkie życie i jak niewiele potrzeba, aby wprowadzić, na razie lekki, paraliż na świecie.

Przy całej masie komplikacji i cierpienia, które niesie wpływ koronawirusa daje on nam kolejną okazję, aby zastanowić się na tym, co i kto jest naprawdę dla nas istotny. Gdy zatem podejmujemy rozmaite przygotowania kierowani swoją roztropnością warto wrócić do samego siebie, do wnętrza, gdzie jest ukryty nasz skarb, którym możemy autentycznie dzielić się z innymi. Częstszy i głębszy kontakt za naturą i jej Stwórcą może nam w tym tylko pomóc.

(…) Zamiast w najszersze, boże szyny
włączyć się cicho i ochotnie,
my wielorako się łączymy, —
a kto się wyrwie z koleiny,
bezbrzeżnie czuje się samotnie.

I musi uczyć się od rzeczy,
jak dziecko znowu zacząć sam,
bo ci, co byli w Boga pieczy,
ci nie odeszli odeń tam.

Jedno znów musi umieć: padać,
w ciążeniu swem jak głaz spoczywać,
on, co pokusił się, by zadać
kłam ptakom i wyżej wzlatywać.


R. M. Rilke, fragment z Księga godzin w tłumaczeniu W. Hulewicza

Opublikowano Refleksje, sabbatical | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Najlepszy „towar” eksportowy

Wielu moich rodaków ubolewa, że niewiele jest polskich produktów eksportowych znanych na całym świecie. Kiedyś były to niektóre marki wódek, jakieś wyroby mięsne, tzw. polskie złoto, czyli węgiel, kryształy czy bursztyny itp. Mam wrażenie, że ta lista mimo sporego wzrostu gospodarczego Polski w ostatnich 30 latach zamiast się powiększać raczej się kurczy. Słynne polskie marki wódki już nie są polskie. Ten samo los spotkał polskie wędliny, a duma z „polskiego złota” zamieniła się w eko-obciach.

Jest jednak jedna rzecz, która od lat pozostaje bardzo cennym „towarem eksportowym” znanym na całym świecie…

Właśnie byliśmy z rodziną na niedzielnej Mszy Św w kościele w naszym ulubionym miejscu na Florydzie, które lubimy odwiedzać rodzinnie w czasie ferii. Eucharystię sprawował tym razem bardzo jowialny ksiądz. Już po pierwszych Jego słowach wypowiadanych po angielsku wyczułem swojsko brzmiący akcent. Moje przypuszczenia potwierdziły się podczas kazania, w czasie którego mówiąc o istocie smaku dzisiejszej soli ewangelicznej ksiądz podawał m.in przykład ze słynnej kopalni soli w Wieliczce z Jego rodzinnego kraju. No to byliśmy już w domu.

Słuchając niezwykle pogodnego kazania oraz sprawowanej z uwagą i radością Eucharystii odczuwałem dumę i satysfakcję, że mamy tu takiego wspaniałego ambasadora.

W drodze do domu zaczęły przypominać mi się rozmaite historie moich osobistych spotkań z polskimi misjonarzami w rozmaitych zakątkach świata. Był wśród nich niesamowity tydzień spędzony w Rio de Janeiro u Ojca Jana prowadzącego tam wtedy misję katolicką dla lokalnej społeczności dokładnie 20 lat temu, była niezwykła gościnność Ojca Stanisława w czasie naszego pobytu na Gold Coast w Australii w trakcie naszego rodzinnego sabbaticalu 10 lat temu. Było to też wiele innych miejsc w obu Amerykach. Do tego dochodzą też rozmaite historie zasłyszane z trzeciej ręki o niesamowitej pracy polskich księży, którzy od setek lat głoszą Ewangelię poza naszymi granicami.

Co za wspaniała praca i konkretne świadectwo misyjne, które często pozostaje na zawsze w dobrej pamięci lokalnych wiernych.

W czasie długiego lotu do USA zwrócił moją uwagę dość smutny a jednocześnie radosny ranking zamieszczony przez Financial Timesa. Chodziło o funkcje, z którymi stykamy się na codzień, które przyczyniają się do naszego stanu nieszczęścia. Na pierwszym miejscu tej niechlubnej listy byli nasi szefowie, na ostatnim, duchowni. Pokazuje to, jak bardzo ważną i pozytywną funkcję pełnią ci ostatni i jaki wpływ mają na szerzenie autentycznie Dobrej Nowiny na całym świecie.

Tak trzymać i na większą chwałę Bożą!

Opublikowano Refleksje, sabbatical | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Zimowe pielgrzymowanie – Dzień 4. Meta

Trasa: Przystajń – Jasna Góra (Częstochowa)
Dystans: 33 km (Razem: 168 km)

Ostatnia noc była rzeczywiście krótka. Złote Gody w sali biesiadnej pod naszym pokojem przebiegały hucznie. Co prawda zdarzały się przerwy w graniu dla orkiestry, ale kiedy tylko udawało się zmrużyć oczy, muzyka znowu dawała się we znaki. Tak to już w życiu bywa w życiu. Coś co dla jednego jest przyjemnością, dla drugiego może być nie lada utrapieniem.

Dzień zaczął się wcześnie rano. Pobudka 4:10, wymarsz niewiele poźniej. Tak wczesne wyjście spowodowane było planem Leszka, abyśmy zdążyli na 13:00 na Mszę Św na Jasnej Górze. Gdy jednak liczyłem w tył godziny, jakie nam zostały, wydawało się mało realne, że dojdziemy na czas zważywszy na nadal spory dystans do pokonania. Czułem, że Leszek coś tam trzyma w zanadrzu. Na pierwszym postoju oświadczył, że Eucharystia będzie jednak o 14:00. Widać, że intuicja mnie nie zawiodła.

Plusem tak wczesnego wyjścia był mały ruch na trasie oraz okazja, aby podziwiać gwiazdozbiory na czystym i czarnym niebie. W dużym mieście nie ma na to szans. Ten spokój sprzyjał też dobremu skupieniu i medytacji. Zaczęły się też pojawiać refleksje na temat tego zimowego pielgrzymowania. Jak niewiele potrzeba, aby wyjść w drogę? Aby poświęcić czas na to, co szczególnie cenne – zajrzenie w głąb swojej duszy. Na docenienie tego, co na codzień wydaje się oczywiste. Na dostrzeżenie rzeczy na codzień nie zauważanych jak różne fazy dnia, uprzejmość ludzi na „prowinicji” czy rozmaitą etykietę kierowców wobec pieszych.

Nie sposób nie wspomnieć też o dobrym towarzystwie, w którym pielgrzymowałem. Była w nim przestrzeń na autentyczny dialog, poczucie humoru, pomoc wzajemną. Jednym słowem kameraderia, o jaką bardzo trudno w dzisiejszym świecie.

Około 13:40 docieramy pod klasztor jasnogórski. Współczuję Robertowi, że prosto z drogi, bez odpoczynku, będzie odprawiać Mszę Św. Ja czuję się bardzo zmęczony i widzę, że On też. Będzie to prawdziwa ofiara i to w dzień Ofiarowania Pańskiego. W życiu nie ma przypadków.

Po Eucharystii idziemy jeszcze do naszej ulubionej restauracji w mieście na obiad. Po jednej Uczcie, druga uczta. Tym razem, obok wspaniałego jedzenia, delektujemy się też muzyką na żywo. Pan Jerzy pięknie snuje składanki rozmaitych szlagierów na fortepianie. Ta, jak i wiele innych chwil z tej pielgrzymki, zostaną mi na długo w pamięci.

Medytacja 4

Dzisiaj święto Ofiarowania Pańskiego. Jaka piękna pointa do tej mojej pielgrzymki! Jaka piękna podpowiedź na pytania, które mnie nurtują.

Ofiarowanie, czyli składanie w darze. Składanie siebie, swojego życia w darze Bogu. Nie wystarczy deklaracja chęci. Potrzeba do tego autentycznej wiary.

Opublikowano pielgrzymka, sabbatical | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Zimowe pielgrzymowanie – Dzień 3

Trasa: Kluczbork – Przystajń
Dystans: 39 km (Razem: 134,3 km)

Dzisiejszy dzień zaczął się od pozytywnego akcentu i tak było już do samego końca. Niby kościół kościołowi równy, ale jednak od razu czuję się dobrą energię celebransa i podążających za nim wiernych. W drugą stronę niestety też to działa. Poza tym zaskoczyła nas niesamowita frekwencja na sobotniej porannej Mszy Św. (7:00) w świątyni p.w. Matki Bożej Wspomożenia Wiernych w Kluczborku.

Moja intuicja się potwierdziła. Robert usłyszał w zakrystii od księdza, z którym odprawiał Eucharystię, że w przyszłym roku nie ma możliwości, abyśmy się nie zatrzymali na tutejszej plebanii na nocleg. Piękna polska gościnność. Może skorzystamy?



Po odśpiewaniu godzinek w trasie ni stąd ni zowąd wpadła mi do głowy melodia „Pod Pagugami”. To pewnie przez mijany po drodze, lecz nie „szeroko niklowany Bar”.
Potem jeszcze nie raz przychodziły Robertowi lub mi rozmaite piosenki – niekoniecznie religijne. Oto próbka.

Dziś generalnie szło się lepiej. Po części to zasługa dobrych humorów i rozmaitych pieśni na ustach. Mniej doskwierał dzisiaj też ruch uliczny. Wiadomo – sobota. Poza tym dziś nie spadła kropelka deszczu a miejscami było bardzo wiosennie i słonecznie.

Lunch w przydrożnej restauracji zjedliśmy tuż przed zaczynającym się tam weselem. Chcieliśmy zostać ale nasz przewodnik-kierownik Leszek ponaglał. Miło się czasem niczym nie przejmować i mieć takiego świetnego organizatora. Zwykle to ja przy różnych okazjach organizuję wyprawy rodzinne i nie tylko.

Pobożny nawet w Dino

Taneczno-wokalny klimat trwał do samego końca. W zajeździe w miejscowości Przystajń, dokąd dochodzimy wieczorem na nocleg trwa impreza. Tym razem są to Złote Gody. Zapowiada się kolejna krótka noc tym bardziej, że pokój mamy nad salą biesiadną a jutro pobudka o 4:10 rano.

Medytacja 3

On wstał, rozkazał wichorwi o rzekł do jeziora: milcz, ucisz się. Wtedy rzekł do nich: Czemu tak bojażliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?
Mk 4, 35-41

Co za sprawczość Jezusa! Skutecznie rozkazać wichrowi, aby umilkł.
Warto ćwiczyć w sobie taką umiejętność wyciszania np. wybuchów gniewu. Wybuchnąć cholerykowi jest strasznie łatwo. Ten obraz uspokojonego jeziora może jednak pomagać.
No i to piękne panaceum na lęk – czyli wiara. Nic dziwnego, że dzisiaj coraz więcej lęku na świecie: koronawirus, globalne ocieplenie, przeludnienie, dobrobyt…
Kiedy wiary coraz mniej lista naszych lęków się tylko powiększa. A może by tak iść w odwrotną stronę …?

Opublikowano sabbatical | Dodaj komentarz

Zimowe pielgrzymowanie – Dzień 2

Trasa: Namysłów – Kluczbork
Dystans: 38 km (Razem: 95,3 km)

Po nieprzespanej nocy wstałem dziś rano z uczuciem niepewności. Jak daleko zdołam dziś dojść? Dystans jest co prawda znacznie krótszy niż wczoraj ale, jak na standardy pielgrzymkowe, i tak długi.

Po porannej Mszy Św. ruszamy w drogę. Już po 0,5km postój na kawę na stacji benzynowej. Tak się dobrze siedziało, że Robertowi i mnie nie chciało się ruszać. Leszek, który przeszedł już całą trasę pielgrzymki dwukrotnie sam, daje nam jednak sygnał, że dziś też sporo przed nami więc najwyższy czas …

Dzisiejsza trasa jest wymagająca pod innym względem. Wiedzie praktycznie cały czas wzdłuż ruchliwej drogi nr 42, gdzie praktycznie nie ma utwardzonego pobocza. Trzeba zatem stale być czujnym idąc bądź to asfaltem bądź uskakując przed jadącymi samochodami na grząski teren. Wykorzystując dłuższy fragment ścieżki rowerowej idziemy razem i odmawiamy róźaniec. W niektórych miejscowościach zaczepiają nas miejscowi pytając dokąd idziemy. Co charakterystyczne szczególnie skorzy do rozmów są ci na tzw. rauszu. Nie, żebym pochwalał nadmierne spożycie. Uderza mnie jednak jak często są to weseli i autentyczni ludzie- przynajmniej będąc „w stanie wskazującym”. Poza tym często słyszy się Dzień Dobry, pozdrowienie, którego w dużych polskich miastach raczej nie uświadczysz.

Zestaw pielgrzyma

Obiad jemy w Wołczynie w restauracji, w której akurat odbywa się stypa. Nastrój biesiadników jest jednak raczej pogodny. Podoba mi się ten „meksykański” klimat, o którym wspominam w swoim literackim testamencie. Tak mogłoby być na moim pogrzebie.

Pozostaje nam jeszcze 13 km marszu. Stopy palą coraz bardziej. Już w oddali widać łunę świateł znad Kluczborka. Piękny ten nasz kraj. Nawet zimą. Tylko dni mogłby być trochę dłuższe. Gdy docieramy na Rynek, gdzie jest nasz hotel i miejsce kolacji jest już 19:00. Widać, że tempo tego dnia było dużo wolniejsze. Ważne, aby posuwać się do przodu.

Medytacja 2

Dziś miałem w planie medytować fragment przypowieści o ziarnku gorczycy. Ruchliwa trasa i zmęczenie, a być może i coś jeszcze, nie pozwalały mi się dobrze na tym skupić. Co ciekawe, częściej wracała mi do głowy dzisiejsza historia z Księgi Samuela o niecnym czynie Króla Dawida wobec swojego wiernego wojownika Uriasza. Ciekawe dlaczego?


Wracając do historii z królem, co za okrutność! Po czymś takim według naszej ludzkiej logiki Król Dawid nie powinien się już raczej podnieść cierpiąc za swoje przewinienia do końca swoich dni. A jednak stało się inaczej? Niezmierzone jest Boże Miłosierdzie!

Opublikowano pielgrzymka, sabbatical | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Zimowe pielgrzymowanie – Dzień 1

Trasa: Wrocław – Namysłów
Dystans: 57,3 km

Dawno nie byłem w życiu tak zmęczony. Nie wiem czy dam radę ukończyć dzisiaj ten wpis … (tak też się stało. Resztę wpisu kończę pod koniec drugiego dnia pielgrzymki).

Robiłem w życiu wielokrotnie rzeczy bardziej wymagające fizycznie jednego dnia jak ukończenie w dobrym czasie Ironmana (226 km) przy temperaturze w cieniu dochodzącej do 38 C. A jednak, szczególnie ostatnie 8 km dzisiejszego marszu było ciężkie. Odezwała się niezaleczona lekka kontuzja po niedawnym bieganiu. Na marginesie chyba o to m.in. chodzi w pielgrzymowaniu. Trud jest niezbędnym składnikiem refleksji i rozwoju. Trudno pamiętać o tym w takich momentach cierpienia – choć naprawdę warto. Zmienia się perspektywa.

Dzień zaczął się bardzo wcześnie. Po przejściu pierwszego kilometra dotarłem na miejsce pierwszego postoju. Co tak szybko, możecie się dziwić? Otóż w Domu Ojców Klaretynów na wrocławskim Zalesiu zaczęliśmy, wspólnie z Leszkiem i jego mieszkańcami, klerykami oraz ojcami misjonarzami klaretyńskim, dzień od Eucharystii. Jeden z rezydentów, Ojciec Robert, będzie nam również towarzyszył pielgrzymowaniu.

Dzisiejsza trasa będzie baaardzo długa. Jeszcze nigdy nie przeszedłem takiego dystansu na raz. I to tak na dzień dobry.

Pierwsze 4 godz bezustannego marszu przebiegło spokojnie i w dobrej aurze. Szliśmy do Czernicy wzdłuż lekko meandrującej Odry. Potem lunch w Jelczu-Laskowicach i po kolejnych kilometrach spotykamy Roberta, który od około 25tego kilometra planuje nam towarzyszyć do samego końca. Niestety deszcz coraz bardziej zacina i wieje. Kolejne 6 godzin do samego Namysłowa idziemy już tylko w deszczu. Trudy marszu łagodzi dobrych humor moich kompanów, sympatyczne SMSy od rodziny i znajomych oraz wiatr lekko w plecy. Zbyt rzadkie odpoczynki na początku naszego marszu dają mi się w znaki pod koniec. Po dotarciu do hotelu padam na łóżko. Gdyby mnie widziała rodzina i znajomi mocno by się zdziwili. Ten, co zwykle ma niespożyte siły, nawet po wielogodzinnych zawodach sportowych, leży i nie może nawet sklecić jednego zdania tego wpisu. Udało się mnie złamać, mimo, że tego nie planowałem. Najlepsze rzeczy przychodzą do nas spontanicznie.

Na przedostatnim postoju piję soczek Tymbarka z charakterystycznymi sentencjami od wewnętrznej strony kapsla. Co widzę? „Zwrot o 180 stopni”. Czyżbym miał wracać do Wrocławia. Nie mogąc zasnąć obolały w nocy przelatują mi takie myśli. Szybko je rozwiewam oddając się Opatrzności.

Medytacja 1

Czy po to wnosi się światło, by je postawić pod korcem lub łóżkiem? Czy nie po to, aby je postawić na świeczniku?
Uważajcie na to, czego słuchacie.

Mk 4, 21

Wychodząc z Wrocławia widzę wszędobylską łunę światła wielkich z siechnickich szklarni. Przypomina mi ona o wybranym do mojej dzisiejszej medytacji w drodze fragmencie dzisiejszej Ewangelii.

Bez wątpienia światłem dla mnie jest Słowo Boże. Ono zawsze daje mi właściwą wskazówkę. W każdej sprawie. Ale czy zawsze Go słucham? Tak, uważajcie na to, czego słuchacie … Czego słucham z uwagą i przejęciem a powinienem raczej ignorować? Swoje opinie, opinie innych, tyle słów codziennie wypowiadanych bez ładu i składu, bez dobrych intencji. Po co się tak tym wszystkim przejmować, identyfikować, dawać swojemu ego się tym przejmować. Wciągać się w bezsensowne debaty. Nauczyć się pozytywnie ignorować to, co nieistotne, złe, głupie, przemijające. Nie wkładać w walkę z tym energii. Zachować ją dla światła. Jakie to uwalniające!

Ktoś powiedział, że uśmiech jest jednym z odblasków nieba na ziemi. To piękna symbolika i konkret.

Uśmiech rozprasza chmury nagromadzone w duszy.
św. Urszula Ledóchowska

Opublikowano pielgrzymka, sabbatical | Otagowano , , , | 1 komentarz