Być jak Newton

W połowie XVII wieku Europę dotknęła wielka zaraza, która przetoczyła się przez kilka krajów jak Hiszpania, Niderlandy, Włochy. Uważa się, że została ona przywieziona na statkach przez bakterię, której roznosicielami były szczury.

Po upływie kilku lat dżuma trafiła też na Wyspy Brytyjskie, gdzie zaatakowała szczególnie mocno w dużych miastach. Londyn stracił wtedy około 20% swojej populacji. Aby przeciwdziałać jej rozprzestrzenianiu wprowadzono wiele ograniczeń podobnych do dzisiejszych. Wśród nich było zamknięcie uniwersytetów. W czasie tej narzuconej izolacji społecznej pewien ambitny miłośnik matematyki i fizyki, wrócił na swoją rodzinną farmę. Eksperymentując w samotności wpadł on tam na rewolucyjną ideę dotyczącą grawitacji. Wiele lat później, Izaak Newton, o którym mowa, wspominał lata wielkiej dżumy jako najbardziej płodny intelektualnie okres w swoim życiu. Uważał, że dojście do prawdy było możliwe dzięki jego wyciszeniu się i medytacji.

W naszych czasach, kiedy szczególnie mocno promujemy wszelkiego rodzaju aktywność i działanie, warto pamiętać o niezwykłej mocy ciszy i refleksji, której często mają bardziej fundamentalny wpływ na nasze życie niż tysiące, często bezrefleksyjnych działań.

Drugi przykład, jak dobrze można wykorzystać kryzysy, może być swego rodzaju pociechą dla świata biznesu, który przechodzi teraz ciężkie chwile. Okazuje się bowiem, że  połowa z 500 największych firm według czasopisma Fortune powstała właśnie w czasach rozmaitych kryzysów. Dotyczy to m.in. platformy LinkedIn, na której publikuję niniejszy wpis.

Przeszkody, na jakie trafiamy, często wyzwalają w nas niezwykły potencjał. Ważne jest, abyśmy rzeczywiście skupiali się na ich pokonywaniu a nie na traceniu energii na rzeczy, na które nie mamy wpływu.

Opublikowano sabbatical | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Szkoda zmarnować ten kryzys – Część 1


Gdybyśmy nagle stanęli przed wyborem: pieniądze albo życie, zdecydowana większość z nas nie wahałaby się ani chwili wybierając życie. Kiedy jednak zmienić okoliczności tego pytania na bardziej komfortowe nasze wybory okazują się często zupełnie odwrotne.

Kiedy wspólnie z żoną i dziećmi udawaliśmy się wiele lat temu w roczną podróż z plecakami dookoła świata obok wielu wyzwań logistycznych musieliśmy się zmierzyć sami z tym dylematem. Odpowiedź nie była dla nas wtedy wcale taka oczywista. Czuliśmy, że podejmujemy ryzyko, ale jakaś siła pchała nas mocno w nieznane. Niektórzy znajomi pukali się nawet w czoło pytając, czy aby niezbyt lekkomyślnie rezygnujemy na rok z zarabiania pieniędzy, czy też za bardzo ryzykujemy, że po powrocie nie znajdziemy sobie równie dobrej pracy.

Jak pokazało życie decyzja o odbyciu naszego pierwszego rodzinnego sabbaticalu (dłuższej przerwy od pracy zawodowej) okazała się jednym z najlepszych naszych wyborów życiowych. Wróciliśmy odmienieni z innym spojrzeniem na wiele spraw. Ta nowa perspektywa przyniosła w kolejnych latach wiele pozytywnych zmian w naszym życiu osobistym, rodzinnym i zawodowym.

Niestety zbyt często odkładamy lepsze życie na później i poświęcamy zbyt wiele na gonienie za tym pierwszym. Pracy poświęcamy najwięcej czasu każdego dnia. Jest to jeden z najbardziej popularnych tematów rozmaitych rozmów. Nawet w naszym wolnym czasie nasze myśli często uciekają właśnie w kierunku pracy. Rzadko kiedy zdarza nam się, nawet na urlopie, całkowicie wyłączyć z bycia w pracy i wykrzyknąć w zachwycie: czuję, że żyję!  Jakkolwiek ludzkość na całym świecie boryka się z wyzwaniem zachowania harmonii między tymi dwiema sferami mam wrażenie, że w naszym kraju ten problem szczególnie nasilił się w ostatnich latach.

Miałem szczęście przez ostatnie kilkanaście lat pracować w bardzo ciekawych i dynamicznie rozwijających się firmach. Jednym z niezaprzeczalnych walorów tego doświadczenia była współzarządzanie biznesem w wielu krajach. Dawało mi to nie tylko możliwość poznawania rozmaitych kultur, rozwijania swojej pasji poligloty czy też budowania relacji i komunikacji w takim międzynarodowym tyglu. Było to dla mnie też cenna obserwacja tego, jak wygląda kultura pracy Polaków na tle tak różnorodnym jak USA, Chiny, czy też rozmaite kraje Europy Wschodniej i Zachodniej.

Wśród pozytywnych stron obserwowałem duże zaangażowanie, kreatywność, elastyczność i ambicje wielu moich rodaków. Po stronie tych mniej chlubnych cech rzucały się w oczy powściągliwość w wyrażaniu własnej opinii, pewnego rodzaju służalczość i dość mocny stan ogólnego napięcia, tzw. „spinka”. Miałem wrażenie, że generalnie sposób pracy w Polsce jakoś szczególnie eksploatuje ludzi powodując, że trudniej niż innym nacjom przychodzi nam zachować równowagę.

Dane porównujące zadowolenie z pracy między rozmaitymi krajami, na które trafiłem dość niedawno, zdają się potwierdzać te moje obserwacje. Blisko 90% pracowników w Polsce skłonna byłaby w 2016 zmienić swoją firmę na inną. Poziom satysfakcji z pracy oraz tzw. wskaźnik zaangażowania (rekomendacja swojej firmy jako preferowanego pracodawcy) były niższe niż w wielu innych krajach europejskich.

Te dane znajdują też potwierdzenie w wielu moich rozmowach z ludźmi aktywnymi zawodowo i to na wszystkich poziomach organizacji. Trudno jest spotkać rodaka, który autentycznie byłby zadowolony ze swojej pracy i z pełnym sercem zarekomendował swoją firmę jako preferowanego pracodawcę. Ktoś może powiedzieć, że to przez zwykłe polskie narzekanie. Myślę, że problem jest tu nieco głębszy.

Za nami ponad 30 lat rozwoju kapitalizmu w Polsce. Jest to dobry czas do refleksji. Z jednej strony mamy ogólny wzrost dobrobytu. Rzeczy, które kiedyś były uważane za luksusowe czy trudno dostępne dziś są czymś powszechnym. Według raportu agencji Wealth-X Polska jest europejskim liderem jeśli idzie o procentowy przyrost liczby milionerów (HNWI – High Networth Individuals), tj. osób posiadających majątek większy niż USD 1 mln. Ich liczba w Polsce przekracza już 50 tys i rośnie rocznie o około 10%. Według GUS średnie miesięczne wynagrodzenie w ciągu ostatnich 30 lat wzrosło ponad pięćdziesięciokrotnie ze 100 zł (stary milion złotych) do ponad 5 tys zł, a w ujęciu dewizowym z około 100 dolarów do około 1.500 USD miesięcznie. Wskaźnik parytetu siły nabywczej (PPP) per capita wzrósł z około 5.000 do ponad 30.000 USD na głowę zmniejszając znacząco dystans do wielu krajów Europy Zachodniej, a niektóre z nich (Grecja, Portugalia) nawet prześcigając.

Mimo tych i wielu innych statystyk pokazujących stałe bogacenie się naszego społeczeństwa wyczuwa się pewien niedosyt, a czasem rozczarowanie. Wielu znajomych ze świata biznesu mówi o olbrzymich kosztach osobistych tego wzrostu. Zaniedbane zdrowie, relacje, rodziny, rozwój intelektualny czy duchowy. To, co kosztowało często wiele wyrzeczeń mniej lub bardziej świadomych, bardzo często nie przynosi oczekiwanego rezultatu. Szczególnie boleśnie odczuwa się to w czasach kryzysów finansowych czy momentach utraty pracy. Nie mam wątpliwości, że obecna pandemia jest też takim egzystencjalnym katalizatorem.  Kolejne zera na koncie zamiast zapewnić większy spokój ducha często wywołują jeszcze większy niepokój o ich utratę, o to, że trzeba płacić coraz wyższe podatki czy znajdować skuteczne sposoby inwestowania. Z perspektywy przeciętnego pracownika, który raczej żyje od pierwszego do pierwszego, sytuacja też nie wygląda zbyt różowo. Często słyszę, że właśnie teraz wielu przeżywa szczególne rozczarowanie postawą swoich pracodawców. Wiele firm, które jeszcze do niedawna tak bardzo szczyciło się swoją unikalną reputacją inwestując w tzw. employer branding czy też działania zwiększające zaangażowania swoich pracowników dziś okazuje się bez skrupułów wyrzucać ich z dnia na dzień na bruk.

Wiele ludzi definiuje się przez swoją pracę. Tam upatruje swojego poczucia wartości. Gdy się zaczyna sypać tamten świat cierpi na tym nie tylko kieszeń ale też nasza samoocena. Poczucie własnej wartości podkopywane jest też często przez zjawisko zwane „dzobizmem” (ang. jobism).  Jest to rodzaj pewnej gradacji zawodowej, która uznaje często w sposób zawoalowany ludzi pracujących w domu za obywateli gorszej kategorii. Pokutuje przekonanie, że tylko praca zarobkowa, w firmie, to prawdziwa praca. Jak pokazuje życie i moje własne doświadczenie taka praca ma często olbrzymią wartość w skali rodziny i nawet całej gospodarki. Jak słusznie zauważa Paul H. Dembinski gotowanie zupy też ma wartość ekonomiczną i przyczynia się do rozwoju tzw. gospodarki domowej, która już dziś stanowi około 50% naszej aktywności.

A propos rozmów na temat pracy, dość często w dialogach między nieznajomymi w krajach, szczególnie tych bogatych, pada pytanie o to, czym się kto zajmuje? Nierzadko służy ono do szybkiej oceny, kto w tej rozmowie jest ważniejszy i czy warto w ogóle z taką osobą rozmawiać. Jest to niestety dość typowy schemat rozmów w środowiskach biznesowych np. przy tzw. networkingu. Z rozmaitych znajomości, które w swoim życiu zawarłem, najmniej trwałe okazały się właśnie te biznesowe. Można powiedzieć, że są to raczej relacje między stanowiskami a nie osobami. Jeśli ktoś ma wątpliwości proponuję zmienić nazwę swojego stanowiska na mniej ważną lub w ogóle ją usunąć z mediów społecznościowych takich jak LinkedIn.  

Rozmawiając z innymi często potwierdzają oni podobne rozczarowanie, którego często doświadcza były pracownik. Uknułem na to swoje powiedzenie, że „spadłem u kogoś z listy kontaktów”. Lubię od czasu do czasu wykonać telefon do takiej osoby, tak bez żadnego szczególnego powodu, aby zwyczajnie zapytać co słychać.

Wracając do mierników naszego rozwoju za ostatnie lata mam świadomość ułomności danych ekonomicznych, które pokazuje tylko pewien wycinek. Trudno jest o miarodajne wskaźnik pokazujące dobrostan, pojęcie nieco szersze niż dobrobyt. Część z nich, jak np. odsetek osób ze zdiagnozowaną depresją wydaje się w Polsce nieco zaniżony. Z drugiej strony według NFZ blisko 4 miliony Polaków wykupiło w 2019 roku leki przeciwdepresyjne.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że coraz bardziej tracimy jako społeczeństwo równowagę zatracając się w naszej pogoni za pieniądzem i w samej pracy. Nie jest to nowy problem ludzkości. R.W. Emerson żyjący w XIX wieku zauważył, że pieniądze często kosztują zbyt wiele a Sokrates w swojej mowie obronnej  wygłoszonej w 399 roku p.n.e. karcił Ateńczyków za to, że troszczą się o gromadzenie bogactwa, o swoje uznanie i reputację a zaniedbują mądrość, poszukiwanie prawdy i doskonalenie swojej duszy (Apologia, Platon).

Czy zatem jesteśmy kompletnie bezsilni? Czy przez tysiące lat naszego istnienia nie wypracowaliśmy sposobów, aby radzić sobie lepiej z zachowaniem pewnej harmonii życiowej i nie dać się stale miotać naszym namiętnościom? A gdyby tak wyjść z tego schematu, w którym praca jest głównie postrzegana jako coś koniecznego, przykrego, zabierającego nam nasze siły witalne.

Ciąg dalszy nastąpi …

Opublikowano sabbatical | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Nie ma tego złego …

Gdzieś na początku marca gdy w wielu krajach pojawiły się pierwsze obostrzenia dotyczące tzw. dystansowania społecznego miałem ciekawą rozmowę. Mój hiszpański przyjaciel w czasie jednej z naszych regularnych konwersacji przez Skype stwierdził, że te obostrzenia będą bardzo trudne dla niego i wielu jego rodaków. Ci, co zetknęli się bliżej z kulturą hiszpańską czy szerzej latynoską, wiedzą, jak istotny jest w niej dotyk. Całowanie się na powitanie i pożegnanie jest normą, nawet wśród nieznajomych. Pamiętam z czasu naszego długiego pobytu w Ameryce Łacińskiej wytarte miejsca na wielu figurkach w miejscach kultu religijnego. Nie wystarczy modlić się przed figurką; trzeba jeszcze ją dotknąć.

Innym przykładem dziejącej się społecznej rewolucji związanej z pandemią jest zmiana, choć dość oporna, kultury jedzenia w Chinach. W przeciwieństwie do USA, gdzie tzw. double-dipping (dosłownie chodzi o unikanie ze względów higienicznych sytuacji, w których zanurza się np kawałek jedzenia w jakimś wspólnym sosie więcej niż raz) w Chinach był on do niedawna normą. Głównym „sprawcą” chińskiego double-dipping’u były pałeczki, które nie tylko są podstawowym narzędziem jedzenia ale też służą do dzielenia się jedzeniem i częstowania nim innych.

Mimo tych i wielu innych ograniczeń wywołanych przez chińską grupę zaobserwowałem na sobie i u znajomych całą listę pozytywnych efektów. Podejrzewam, że wiele z nich ma szansę przetrwać te trudne czasy i stać się dla przynajmniej części z nas nowym i dobrym nawykiem.

Nie ukrywam, że ten trudny czas, który przeżywamy na całym świecie ma też sporo dobrych stron. Jak się teraz płynnie jeździ przez miasto samochodem! Żadnych korków. Inna sprawa, że samo korzystanie z samochodu jest mocno ograniczone. Wielu z nas pracuje z domu i dzięki temu nie traci cennych godzin na dojazdy. Jak to była wielka nieefektywność w skali całego świata! Coś mi się zdaje, że telepraca stanie się dużo bardziej popularna, nawet gdy już pandemia ustanie. Przykład eksperymentu przeprowadzonego przez Microsoft w Japonii daje sporo do myślenia. Otóż po skróceniu tygodnia pracy z 5 do 4 dni okazało się, że produktywność wzrosła o 40%.

Osobiste doświadczenie biznesowe podpowiada mi, że rzeczywiście czas spędzany w biurze jest nie tylko mało efektywny ale też bardzo ubogi od strony kreatywnej. Wielu, w tym i ja sam, na pytanie, gdzie udaje nam się najwięcej zrobić od strony kreatywnej zwykle podaje inne miejsca niż biuro, tj. podczas długiego lotu, na wakacjach, na balkonie, pod prysznicem …. wszędzie tylko nie w biurze. Jak trafnie podsumował to kiedyś Jason Fried w swojej prezentacji na TEDx ludzie w organizacjach są nieefektywni z dwóch głównych powodów, tj swoich absorbujących przełożonych i spotkań. Niestety z nadmiarem jednego i drugiego czynnika mamy do czynieniach właśnie w biurach.

Skoro już mowa o podróżowaniu i biznesie czuję w kościach innego rodzaju zmianę, która nadchodzi. Miałem w swojej karierze czas, kiedy sporo czasu spędzałem w podróżach służbowych. Znam też osoby, które od lat pracują w rytmie ciągłych podróży wracając do domu tylko na weekendy i to nie każde. I nagle to wszystko się skończyło. W dobie doskonałych narzędzi komunikacyjnych duża część podróży służbowych wydaje się trącić myszką.

Ciekawe, że najwięcej podróżuje się służbowo w tzw. korporacjach, gdzie zazwyczaj dość niska jest troska o efektywność tego rodzaju kosztów. W końcu płaci za nie firma, czyli jakiś bliżej niezidenfikowany i anonimowy byt. A skoro inni to robią to dlaczego nie ja. Ilekroć stykałem się z tego rodzaju bezsensownym wydawaniem pieniędzy pytałem pracowników: „gdyby to była tylko Twoja firma i prywatne pieniądze, czy wydawałbyś je w ten sam sposób”? Szczerze mówiąc niewiele dawała tego typu próba wzbudzenia postawy „przedsiębiorczości”. Pandemia pokazuje jednak dobitnie, że bez większości tego typu podróży można się rzeczywiście obyć. Czyżby „klasa biznes” miała przejść do lamusa?

Czas pandemii to wspaniały czas dla wielu par i małżeństw. Wiem to po sobie. Swoją drogą, słyszę też przeciwne historie ludzi, którzy nie mogą już siebie bardziej znieść będąc zmuszonymi do częstszego spędzania czasu ze sobą. Wracając do dobrych stron. Jesteśmy częściej ze sobą i z naszymi dziećmi. Czas, który kiedyś trwoniliśmy kiedyś np. na dojazdy, spędzamy teraz na częstych spacerach, rozmowach, wspólnym gotowaniu, sprzątaniu etc. Ileż to nowych potraw i przepisów wypróbowałem w ostatnim czasie. Trudno o większą satysfakcję w życiu, kiedy rodzina zachwyca się kolejnym posiłkiem biorąc sobie dokładkę. Tak. Z takich wielu drobnych sukcesów składa się nasze życie.

Nowa specjalność: tatar z łososia z awokado, mango i …

Mam też więcej czasu na rozmaite pasje jak gra na pianinie, gotowanie, czy czytanie książek. To ostatnie polecam szczególnie jako alternatywę dla wszelkiego rodzaju innych mediów, które zwykle zamiast nas relaksować niepotrzebnie nas emocjonują lub ogłupiają. Tym, którym się wydaje, że nie mogą żyć bez telewizji, radia, Netflixa, YouTuba, FB, LI itp polecam eskperymentalny detox. Tygodniowe moratorium na używanie jakichkolwiek mediów. Taki „digital distancing (cyfrowe dystansowanie)” idąc tropem dystansowania społecznego. Zdecydowana większość treści tam zawartych nie służy naszemu dobrostanowi. Zamiast tego serwuje nam się rozmaite ekstremalne emocje, fake newsy, rozmaite mądrości i odkrycia podlane pseudonaukowym sosem czy też newsy celebryckie często podgrzewane przez samych bohaterów, którzy czerpią rozmaite profity ze swojej „klikalności”.

Polecam dobrą lekturę książki czy też selektywnych artykułów prasowych czy jakieś inspirujące podcasty. Miarą dobrej selekcji niech będzie efekt po. Czy to mnie rzeczywiście relaksuje, inspiruje, uduchawia, poprawia mój nastrój, sen, relacje z innymi?

Przy okazji rekomenduję gorąco książkę, którą ostatnio przeczytałem „Na skraju imperium i inne wspomnienia” M. Jałowieckiego. Fascynująca lektura, którą czyta się jak powieść, książkę historyczną, analizę socjologiczną. Swoją drogą czytając tę książkę mam wrażenie, że świat, ludzie, polityka … niewiele się zmieniły przez ostatnie 100 lat.

Było już o nowych nawykach biznesowych, rodzinnych, duchowych. Czas na coś dla ciała. Aktywność fizyczna, której poświęcam prawie 1000 godzin rocznie (większość to jazda na rowerze), zajmuje dość ważne miejsce w moim życiu. Jak tu jednak trenować kiedy baseny pozamykane, maseczki jeszcze do wczoraj obowiązkowe a służba zdrowia sparaliżowana? Nie chciałbym akurat teraz złapać jakiejś kontuzji. Trzeba by wtedy chyba skorzystać z jakieś telemedycyny albo nie daj Boże samemu zrobić sobie jakiś zabieg?

Okazuje się, że kilka miesięcy temu do moich łask wrócił pewien sprzęt, który sprawiłem sobie kilka lat temu, tj. trenażer. Jest to urządzenie, do którego można, zwykle wyjmując tylne koło, podpiąć swój rower i dzięki temu robić sobie trening jadąc w miejscu. Zaawansowane trenażery w połączeniu aplikacjami, np. ZWIFT, symulują bardzo wiernie jazdę w rozmaitym terenie i to nie tylko samotnie. Tego typu aktywność ma wiele zalet i przewag nad jazdą np. po prawdziwej szosie. Po pierwsze, jest to bardzo bezpieczne. Nikt nie trąbi, nie zajeżdża drogi szczególnie teraz kiedy ludzie zrobili się jacyś bardziej nerwowi na drogach. Po drugie, trening jest bardziej efektywny, gdyż nic nas po drodze nie wybija z rytmu jak sygnalizacja świetlna, korki, nagłe zdarzenia, czy też zła pogoda. Po trzecie, dzięki dedykowanym aplikacjom można się umawiać na wirtualny wspólny trening z kimś z innego miasta, kraju lub dołączyć do rozmaitych grup.

Jak komuś się nudzi, może sobie w trakcie jazdy włączyć muzykę, serial itp. Tego ostatniego, jak wspominałem wcześniej nie polecam, chyba, że jest to coś, co dodaje nam energii. Niestety wiele seriali na Netflix czy HBO daje efekt odwrotny. Sprawdziłem to na sobie w sposób obiektywny, tzn porównując moc generowaną na rowerze w czasie treningów z serialem w tle lub bez. Generalnie widzę sporą przyszłość dla E—Sportu, szczególnie E-kolarstwa, przynajmniej w wersji treningowej.

Spotykam się z opiniami, że część z nas wcale nie chce powrotu do tzw. normalności. Obecny czas wydaje się służyć szczególnie introwertykom, którzy czują się dobrze w domowym zaciszu, nie szukają rozgłosu, taniego poklasku, których onieśmiela świat zorganizowany w dużej mierze przez ekstrawertyków.

Myślę, że bez względu na to czy jesteśmy bardziej intro czy bardziej ekstrawertykami mamy szansę wykorzystać tę szczególą okazję, aby wprowadzić pewne zmiany na lepsze w swoim życiu.

Opublikowano ciekawostki, przywództwo, Refleksje, sabbatical, Sport, uważność | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Nadzieja matką mądrych

Trochę się ostatnio zmagałem z dylematem czy jest sens pisać cokolwiek w tym trudnym czasie. Tak łatwo jest wpaść w jakieś banały czy też sidła własnej próżności, gdy tylko człowiek zaczyna coś komunikować. Z drugiej strony zastanawiałem się, czy ta niechęć to aby nie zachęta tej „drugiej centrali”, która jest bardzo aktywna również i teraz. Ileż to zła można czynić pod płaszczykiem dobra, nawet niosąc pomoc innym.
Dzisiejsze Słowo Boże z czytania z Księgi Izajasza na Niedzielę Palmową dało mi jednak ostateczną zachętę i odpowiedź na ten mój dylemat pisarski.

Pan Bóg mnie obdarzył językiem wymownym, bym umiał przyjść z pomocą strudzonemu przez słowo krzepiące.

Iz 50, 4

Skoro dostałem taki talent od Boga to nie ma co się krygować – byleby służyło to pokrzepieniu innych.

Dziś chciałem podzielić się czymś optymistycznym w kontekście lawiny złych wiadomości. Obecny czas jest dla wielu osób bardzo trudny. Nie chodzi mi tylko o te sfery, o których się dzisiaj mówi i pisze w mediach najwięcej, tj. bezpośrednia walka z wirusem i jej skutki ekonomiczne. Czuję, że niemniejszym wyzwaniem dla wielu jest bycie ze swoją rodziną, z mężem, żoną, dziećmi czy też ze samym sobą. Szczerze współczuję tym, którzy nie potrafią się dogadywać sami ze sobą, ze swoim dziećmi itd. Dla wielu praca stała się wcześniej azylem od swoich osobistych problemów, od swoich bliskich. Z drugiej strony, w normalnych czasach nie jeden żałował, że nie ma więcej czasu dla siebie, dla swoich bliskich … aż tu niespodzianie wielu z nas wydaje się, że tego wolnego czasu czy bliskości jest aż nadto.

Pamiętam, jak 8 lat temu wróciliśmy z naszej rocznej rodzinnej podróży dookoła świata niektórzy w przypływie osobistej szczerości pytali mnie: jakżeś ty człowieku wytrzymał będąc ze swoją rodziną 24 h na dobę przez cały rok, skoro mi się często dłuży ze swoją rodziną dwutygodniowy urlop.

Mogę powiedzieć, że w pewnym sensie moja rodzina i ja rozwinęliśmy przez ostatnie lata sporą odporność na taki stan dłuższego wyjścia z naszych codziennych rutyn oraz bycia ze sobą na dobre i na złe. Nasze dzieci mają za sobą doświadczenie rocznej edukacji domowej, co znacznie ułatwia im teraz zdalną naukę. Czas, który poświęcam ponownie na babysitting najmłodszego Jasia, sądząc po jego generalnym podekscytowaniu i zaangażowaniu, też wydaje się mieć swoją jakość. Żona, która po rocznej przerwie zamieniła kilka lat temu dość dobrze płatną pracę w biznesie na arcytrudny zawód psychoterapeuty też nie narzeka na brak zajęć. Codzienna medytacja, modlitwa, szklanka wody cytryną na czczo, wspólne gotowanie, posiłki, sprzątanie, regularne ćwiczenia fizyczne (teraz głównie jazda na trenażerze z aplikacją Zwift.com), codzienny rachunek sumienia w tym czas wdzięczności za doświadczane dobro, telefon czy wiadomość do przyjaciela, spacer z psami, to tylko kilka z wielu codziennych rutyn, które trzymają mnie w niezłej kondycji fizycznej, społecznej i duchowej.

Gdy tak obserwuje głębiej to, co stoi za tą naszą odpornością to wyłania się jedna dość istotna sprawa, którą chciałbym się podzielić. Zauważam, że to, co bardzo wielu za nas frustruje na dzień dzisiejszy to niepewność, brak pełnej wiedzy.
Podczas gdy prawie cały świat boryka się pandemią tu i ówdzie pojawiają się spekulacje ile to jeszcze potrwa. Wypowiadają się rozmaici eksperci i nie tylko. Niektórzy mówią, że miesiąc, inni, że jeszcze 3 a może nawet 6 miesięcy. Przywoływane są rozmaite ekstrapolacje, doświadczenie Chin itd. No cóż, słynna grypa Hiszpanka trwała 3 lata. A była to jedna z wielu epidemii, które dotknęły ludzkość na przestrzeni wieków.

Dziwna jest ta nasza potrzeba, aby wiedzieć wszystko. Ma się wrażenie, że od czasów słynnego powiedzenia Kartezjusza „Myślę, więc jestem” to nasza wiedza określa nasz byt. Ale to co za marny byt, skoro jest on oparty na czymś tak ograniczonym jak wiedza. Czyż nie jest to wyrazem jakieś ludzkiego szaleństwa? Przecież jest oczywiste, że wiele rzeczy stanowi dla nas tajemnicę. Tak było zawsze i nawet największa ludzka pycha nie jest w stanie skutecznie zaklinać takiego stanu rzeczy.

Jak pokazuje nasze życie my ludzie zupełnie nieźle radzimy sobie z niepewnością. Weźmy przykład pierwszy z brzegu, tj. założenie rodziny. Gdy łączymy się z drugą osobą na dobre i na złe ileż w tym wszystkim jest niepewności?! Ktoś może powiedzieć, że zawsze można się rozwieść. To idźmy dalej: potomstwo. Ileż tu niepewności!? Czy nasze dzieci będą zdrowe? Czy zapewnimy im odpowiednią edukację? Czy wyrosną na przyzwoitych ludzi? A jednak w obu przypadkach idziemy mocno w ciemno stawiając bardzo wiele a czasem wszystko na szali.

Co jest zatem tym kluczem, tym antidotum na tę naszą niepewność? Jest nią nadzieja. Wśród całej listy bzdurnych powiedzeń jest to: że nadzieja jest matką głupich. Nic bardziej mylnego. Jest wręcz przeciwnie. Nadzieja to matka mądrych. Gdyby nie nasza nadzieja to świat by nie istniał. Nie byłoby prokreacji, rozwoju, przedsiębiorczości. Jeśli nie wierzylibyśmy w lepszą przyszłość to nasze życie straciłoby sens.

Ale skąd czerpać tę nadzieję możecie zapytać. No cóż. Musimy odłożyć na bok rozum, który zwykle takie właśnie pytanie podsuwa. Nadzieja leży poza jego zasięgiem. Ma w sobie coś bardzo irracjonalnego, co jednocześnie jest wielką mądrością. Jako osoba wierząca mógłbym tu zrobić skrót i podeprzeć się wiarą Bożym obietnicom, które jest fundamentem mojej nadziei. Nadzieja to nie tylko wyraz naszej wiary ale też akceptacji, że nie na wszystko mamy i będziemy mieli wpływ. Taka akceptacja leży w zasięgu wolnej woli nas wszystkich niezależnie od tego w co wierzymy.

Jednakże akceptacja nie zwalnia nas wcale z potrzeby działania, szczególnie tam gdzie jest to potrzebne i możliwe. Tę relację między akceptacją i działaniem pięknie podsumowują słowa modlitwy o pogodę ducha powszechnie używanej przez grupy Anonimowych Alkoholików i innych grup samopomocy:

Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości,
abym odróżniał jedno od drugiego.

Tej pogody ducha życzę Wam wszystkich na zaczynający się Wielki Tydzień oraz zbliżające się Święta Wielkanocne.

Opublikowano Biblia, Medytacja, myśli, Mądrość, Refleksje, sabbatical | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Globalne rekolekcje

Niedawno wróciłem z kolejnych już rekolekcji ignacjańskich w moim ulubionym miejscu na Górce u Jezuitów w Zakopanym. Tym razem kontemplowałem tzw. Drugi Tydzień, czyli rozmaite sceny z życia Jezusa od Jego narodzenia aż do Niedzieli Palmowej. Przebywanie przez 8 dni w absolutnej ciszy i odcięciu od świata zniosłem wyjątkowo dobrze. W przeciwieństwie do Pierwszego Tygodnia czas płynął mi szybko. Drugi Tydzień kończy się medytacją na temat reformowania swojego życia, tak aby żyć bardziej zgodnie z wolą i na chwałę Boga. Jak się okazało później tematyka tych rekolekcji okazała się być bardzo na czasie.

Jedno z głównych pytań i osobistych wyzwań, które zwykle sobie zadaję na koniec tego typu doświadczeń jest jak wpłynie ono na moje dalsze życie. Trwanie przez 8 dni w pewnej „bańce duchowej” nie daje żadnych gwarancji a jedynie podsuwa pewne pozytywne poruszenia duszy. Jak skutecznie zaszczepić dobre praktyki medytacyjne oraz owoce rekolekcji w normalne życie? Wiadomo, że nasze nawyki to nasza druga natura, a zmienić je jest bardzo trudno, szczególnie te w sferze duchowej.

Wracając po 8 dnia bycia offline do rzeczywistości nie zdawałem sobie, że w międzyczasie zaczęły się właśnie „globalne rekolekcje” dla całej ludzkości. Takie mam nieodparte skojarzenie obserwując to, co się teraz dzieje wokół mnie. Jak słusznie zauważył kiedyś Alexis de Tocqueville pisząc o demokracji w Ameryce:

„(…) Zapał ludzi, całą duszą oddanych pogoni za dobrobytem, obraca się ku małym sprawom i nie starcza go na wielkie”.

Ta ciągła pogoń, która dla wielu z nas jest tak nieodzownym elementem życia bardzo mocno wyhamowała w ostatnich tygodniach. Dzieje się tak mimo tego, że większość z nas ani tego sobie nie zaplanowała, ani nawet nie życzyła. Epidemia wydaje się dla wielu z nas wielkim zaskoczeniem, mimo, że takie i gorsze kataklizmy spotykały już ludzkość wcześniej.

Choć jesteśmy dopiero na początku tych „rekolekcji” obok niewątpliwego cierpienia i dyskomfortu widać już też wiele dobrych owoców. Słyszy się często stwierdzenie, że po tym doświadczeniu świat nie będzie już nigdy taki sam. Wypowiada się je głównie w kontekście geopolitycznym czy też ekonomicznym. Spekuluje się, że być może idea globalizacji zacznie być wypierana przez powrót do większej samowystarczalności indywidualnych państw. Jest też prawdopodobne, że takie trendy jak telepraca, teleusługi, edukacja domowa, odejście od papierowego pieniądza, troska o higienę osobistą itp zaczną być coraz bardziej popularne.

To wszystko wydaje się ciekawe i dość istotne choć nie kluczowe dla mnie. Zadaję sobie pytanie, jak to doświadczenie zmieni mnie samego, moje myślenie, działanie. Używając języka twórcy rekolekcji ignacjańskich, Św. Ignacego, jak to zreformuje moje życie. Do tego samego pytania zachęcam też wszystkich innych.

Ten trudny czas próby naszego człowieczeństwa, naszego przywództwa, naszej wiary, naszych relacji, naszej odporności, to czas w pewnym sensie błogosławiony. Dziękuję za wielkie dobro, jakie się teraz rozlewa po całym świecie. Rodziny jednoczące się w trosce o siebie, małżonkowie poświęcający znacznie więcej czasu swoim dzieciom i sobie nawzajem, sąsiedzi uruchamiający wzajemną pomoc …

Modlę się, abyśmy nie zmarnowali tych globalnych rekolekcji.

Jeśli upokorzy się mój lud, nad którym zostało wezwane moje Imię, i będą błagać, i będą szukać mego oblicza, a odwrócą się od swoich złych dróg, Ja z nieba wysłucham i przebaczę im grzechy, a kraj ich ocalę.

2 Krn 7, 14

Opublikowano epidemia, Medytacja, Refleksje, sabbatical | Otagowano , , , | 2 Komentarze

W zgodzie z naturą

Gdy przedmiot jakiś z okna spadł
(choćby to rzecz najmniejsza była)
jak zwala się ciążenia siła
potężnie niby wichru bat
na piłkę, która się odbiła,
i niesie ją w oś ziemi, w świat!

Nad każdą rzeczą czuwa moc,
skora do lotu, dobroć jakaś,
nad głazem, kwiatem i jednaka
nad każdem małem dzieckiem w noc.

Tylko my, w pysze swej, lecimy,
z kilku swych związków wciąż dążymy
w jakiejś wolności pusty świat,
miast oddać się rozumnym siłom
i w górę podnieść się jak kwiat.

CDN …

Podziwiając ostatnio wielokrotnie zachody słońca nad Zatoką Meksykańską przeżywałem zachwyt nad pięknem stworzenia. To niesamowite jak niewiele potrzeba, aby wpaść w taki stan. Kontakt z naturą niezmącony tysiącami codziennych myśli. To pewnie głównie dzięki temu, a nie naszym rozmaitym naszym dodatkowych zabiegom, udaje nam się czasami wypocząć w trakcie wakacji.

Jezuici, do których wybieram się niedługo na moje coroczne medytacje ignacjańskie, zalecają, aby zaraz po przebudzeniu pierwszą swoją myśl skierować ku Bogu. Jaki wspaniały sposób na dobry początek dnia! Choć próbuję zaprowadzić taki zwyczaj w swoim rytmie dnia wychodzi to na razie dość marnie. Tak czy inaczej warto o to zawalczyć. Kontakt z Bogiem i z naturą przez Niego stworzoną wyciszają, niosą radość, uczucie wdzięczności, wspomnianego wcześniej zachwytu i wiele innych pozytywnych owoców. Może po kolejnych 8 dniach medytacji uda mi się zaprowadzić nową rutynę w moim życiu.

A propos nowych nawyków, pojawił się w naszym małżeńskim życiu od początku roku nowy zwyczaj chodzenia na długie i żwawe spacery. Bardzo polecam. Satysfakcja gwarantowana! Mimo, że mieszkamy już od 15 lat w przepięknej części Wrocławia zachwycamy się nią ostatnio tak, jakbyśmy dopiero co tu przyjechali. Taki „power walk” to też okazja do modlitwy, dobrej rozmowy. Przy okazji można jeszcze się dotlenić i spalić nieco kalorii.

Raz jeszcze okazuje się, że to co najlepsze jest w zasięgu naszej ręki i często przychodzi darmo. Nie ma się co silić, puszyć i zaklinać rzeczywistość po swojemu, stawiać się w centrum wszystkiego. Tak po prostu jest i żaden ludzkich postęp, oświecenie, modernizm czy postmodernizm nie są w stanie tego zmienić. Poza tym jakie to męczące to wieczne odgrywanie roli Boga przez nas samych. Można zawołać za Tomasem Halikiem, Hurra … nie jestem Bogiem!

Przypominam sobie rozmowę ze znajomy sprzed kilku lat. Po powrocie z inspirującego szkolenia próbował mnie przekonać, że nauka znalazła już odpowiedzi na wszelkie wyzwania ludzkości w tym opanowanie plagi nowotworów, przedłużenie żywotności człowieka do nawet killuset lat, połączenie ludzkiego mózgu ze sztuczną inteligencją i generalny upgrade ludzkości. Minęło kilka lat i co … Jakoś nie widzę, aby te przekonania znajdywały potwierdzenie w rzeczywistości. Ostatnie tygodnie pokazują dobitnie jak kruche jest ludzkie życie i jak niewiele potrzeba, aby wprowadzić, na razie lekki, paraliż na świecie.

Przy całej masie komplikacji i cierpienia, które niesie wpływ koronawirusa daje on nam kolejną okazję, aby zastanowić się na tym, co i kto jest naprawdę dla nas istotny. Gdy zatem podejmujemy rozmaite przygotowania kierowani swoją roztropnością warto wrócić do samego siebie, do wnętrza, gdzie jest ukryty nasz skarb, którym możemy autentycznie dzielić się z innymi. Częstszy i głębszy kontakt za naturą i jej Stwórcą może nam w tym tylko pomóc.

(…) Zamiast w najszersze, boże szyny
włączyć się cicho i ochotnie,
my wielorako się łączymy, —
a kto się wyrwie z koleiny,
bezbrzeżnie czuje się samotnie.

I musi uczyć się od rzeczy,
jak dziecko znowu zacząć sam,
bo ci, co byli w Boga pieczy,
ci nie odeszli odeń tam.

Jedno znów musi umieć: padać,
w ciążeniu swem jak głaz spoczywać,
on, co pokusił się, by zadać
kłam ptakom i wyżej wzlatywać.


R. M. Rilke, fragment z Księga godzin w tłumaczeniu W. Hulewicza

Opublikowano Refleksje, sabbatical | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Najlepszy „towar” eksportowy

Wielu moich rodaków ubolewa, że niewiele jest polskich produktów eksportowych znanych na całym świecie. Kiedyś były to niektóre marki wódek, jakieś wyroby mięsne, tzw. polskie złoto, czyli węgiel, kryształy czy bursztyny itp. Mam wrażenie, że ta lista mimo sporego wzrostu gospodarczego Polski w ostatnich 30 latach zamiast się powiększać raczej się kurczy. Słynne polskie marki wódki już nie są polskie. Ten samo los spotkał polskie wędliny, a duma z „polskiego złota” zamieniła się w eko-obciach.

Jest jednak jedna rzecz, która od lat pozostaje bardzo cennym „towarem eksportowym” znanym na całym świecie…

Właśnie byliśmy z rodziną na niedzielnej Mszy Św w kościele w naszym ulubionym miejscu na Florydzie, które lubimy odwiedzać rodzinnie w czasie ferii. Eucharystię sprawował tym razem bardzo jowialny ksiądz. Już po pierwszych Jego słowach wypowiadanych po angielsku wyczułem swojsko brzmiący akcent. Moje przypuszczenia potwierdziły się podczas kazania, w czasie którego mówiąc o istocie smaku dzisiejszej soli ewangelicznej ksiądz podawał m.in przykład ze słynnej kopalni soli w Wieliczce z Jego rodzinnego kraju. No to byliśmy już w domu.

Słuchając niezwykle pogodnego kazania oraz sprawowanej z uwagą i radością Eucharystii odczuwałem dumę i satysfakcję, że mamy tu takiego wspaniałego ambasadora.

W drodze do domu zaczęły przypominać mi się rozmaite historie moich osobistych spotkań z polskimi misjonarzami w rozmaitych zakątkach świata. Był wśród nich niesamowity tydzień spędzony w Rio de Janeiro u Ojca Jana prowadzącego tam wtedy misję katolicką dla lokalnej społeczności dokładnie 20 lat temu, była niezwykła gościnność Ojca Stanisława w czasie naszego pobytu na Gold Coast w Australii w trakcie naszego rodzinnego sabbaticalu 10 lat temu. Było to też wiele innych miejsc w obu Amerykach. Do tego dochodzą też rozmaite historie zasłyszane z trzeciej ręki o niesamowitej pracy polskich księży, którzy od setek lat głoszą Ewangelię poza naszymi granicami.

Co za wspaniała praca i konkretne świadectwo misyjne, które często pozostaje na zawsze w dobrej pamięci lokalnych wiernych.

W czasie długiego lotu do USA zwrócił moją uwagę dość smutny a jednocześnie radosny ranking zamieszczony przez Financial Timesa. Chodziło o funkcje, z którymi stykamy się na codzień, które przyczyniają się do naszego stanu nieszczęścia. Na pierwszym miejscu tej niechlubnej listy byli nasi szefowie, na ostatnim, duchowni. Pokazuje to, jak bardzo ważną i pozytywną funkcję pełnią ci ostatni i jaki wpływ mają na szerzenie autentycznie Dobrej Nowiny na całym świecie.

Tak trzymać i na większą chwałę Bożą!

Opublikowano Refleksje, sabbatical | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Zimowe pielgrzymowanie – Dzień 4. Meta

Trasa: Przystajń – Jasna Góra (Częstochowa)
Dystans: 33 km (Razem: 168 km)

Ostatnia noc była rzeczywiście krótka. Złote Gody w sali biesiadnej pod naszym pokojem przebiegały hucznie. Co prawda zdarzały się przerwy w graniu dla orkiestry, ale kiedy tylko udawało się zmrużyć oczy, muzyka znowu dawała się we znaki. Tak to już w życiu bywa w życiu. Coś co dla jednego jest przyjemnością, dla drugiego może być nie lada utrapieniem.

Dzień zaczął się wcześnie rano. Pobudka 4:10, wymarsz niewiele poźniej. Tak wczesne wyjście spowodowane było planem Leszka, abyśmy zdążyli na 13:00 na Mszę Św na Jasnej Górze. Gdy jednak liczyłem w tył godziny, jakie nam zostały, wydawało się mało realne, że dojdziemy na czas zważywszy na nadal spory dystans do pokonania. Czułem, że Leszek coś tam trzyma w zanadrzu. Na pierwszym postoju oświadczył, że Eucharystia będzie jednak o 14:00. Widać, że intuicja mnie nie zawiodła.

Plusem tak wczesnego wyjścia był mały ruch na trasie oraz okazja, aby podziwiać gwiazdozbiory na czystym i czarnym niebie. W dużym mieście nie ma na to szans. Ten spokój sprzyjał też dobremu skupieniu i medytacji. Zaczęły się też pojawiać refleksje na temat tego zimowego pielgrzymowania. Jak niewiele potrzeba, aby wyjść w drogę? Aby poświęcić czas na to, co szczególnie cenne – zajrzenie w głąb swojej duszy. Na docenienie tego, co na codzień wydaje się oczywiste. Na dostrzeżenie rzeczy na codzień nie zauważanych jak różne fazy dnia, uprzejmość ludzi na „prowinicji” czy rozmaitą etykietę kierowców wobec pieszych.

Nie sposób nie wspomnieć też o dobrym towarzystwie, w którym pielgrzymowałem. Była w nim przestrzeń na autentyczny dialog, poczucie humoru, pomoc wzajemną. Jednym słowem kameraderia, o jaką bardzo trudno w dzisiejszym świecie.

Około 13:40 docieramy pod klasztor jasnogórski. Współczuję Robertowi, że prosto z drogi, bez odpoczynku, będzie odprawiać Mszę Św. Ja czuję się bardzo zmęczony i widzę, że On też. Będzie to prawdziwa ofiara i to w dzień Ofiarowania Pańskiego. W życiu nie ma przypadków.

Po Eucharystii idziemy jeszcze do naszej ulubionej restauracji w mieście na obiad. Po jednej Uczcie, druga uczta. Tym razem, obok wspaniałego jedzenia, delektujemy się też muzyką na żywo. Pan Jerzy pięknie snuje składanki rozmaitych szlagierów na fortepianie. Ta, jak i wiele innych chwil z tej pielgrzymki, zostaną mi na długo w pamięci.

Medytacja 4

Dzisiaj święto Ofiarowania Pańskiego. Jaka piękna pointa do tej mojej pielgrzymki! Jaka piękna podpowiedź na pytania, które mnie nurtują.

Ofiarowanie, czyli składanie w darze. Składanie siebie, swojego życia w darze Bogu. Nie wystarczy deklaracja chęci. Potrzeba do tego autentycznej wiary.

Opublikowano pielgrzymka, sabbatical | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Zimowe pielgrzymowanie – Dzień 3

Trasa: Kluczbork – Przystajń
Dystans: 39 km (Razem: 134,3 km)

Dzisiejszy dzień zaczął się od pozytywnego akcentu i tak było już do samego końca. Niby kościół kościołowi równy, ale jednak od razu czuję się dobrą energię celebransa i podążających za nim wiernych. W drugą stronę niestety też to działa. Poza tym zaskoczyła nas niesamowita frekwencja na sobotniej porannej Mszy Św. (7:00) w świątyni p.w. Matki Bożej Wspomożenia Wiernych w Kluczborku.

Moja intuicja się potwierdziła. Robert usłyszał w zakrystii od księdza, z którym odprawiał Eucharystię, że w przyszłym roku nie ma możliwości, abyśmy się nie zatrzymali na tutejszej plebanii na nocleg. Piękna polska gościnność. Może skorzystamy?



Po odśpiewaniu godzinek w trasie ni stąd ni zowąd wpadła mi do głowy melodia „Pod Pagugami”. To pewnie przez mijany po drodze, lecz nie „szeroko niklowany Bar”.
Potem jeszcze nie raz przychodziły Robertowi lub mi rozmaite piosenki – niekoniecznie religijne. Oto próbka.

Dziś generalnie szło się lepiej. Po części to zasługa dobrych humorów i rozmaitych pieśni na ustach. Mniej doskwierał dzisiaj też ruch uliczny. Wiadomo – sobota. Poza tym dziś nie spadła kropelka deszczu a miejscami było bardzo wiosennie i słonecznie.

Lunch w przydrożnej restauracji zjedliśmy tuż przed zaczynającym się tam weselem. Chcieliśmy zostać ale nasz przewodnik-kierownik Leszek ponaglał. Miło się czasem niczym nie przejmować i mieć takiego świetnego organizatora. Zwykle to ja przy różnych okazjach organizuję wyprawy rodzinne i nie tylko.

Pobożny nawet w Dino

Taneczno-wokalny klimat trwał do samego końca. W zajeździe w miejscowości Przystajń, dokąd dochodzimy wieczorem na nocleg trwa impreza. Tym razem są to Złote Gody. Zapowiada się kolejna krótka noc tym bardziej, że pokój mamy nad salą biesiadną a jutro pobudka o 4:10 rano.

Medytacja 3

On wstał, rozkazał wichorwi o rzekł do jeziora: milcz, ucisz się. Wtedy rzekł do nich: Czemu tak bojażliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?
Mk 4, 35-41

Co za sprawczość Jezusa! Skutecznie rozkazać wichrowi, aby umilkł.
Warto ćwiczyć w sobie taką umiejętność wyciszania np. wybuchów gniewu. Wybuchnąć cholerykowi jest strasznie łatwo. Ten obraz uspokojonego jeziora może jednak pomagać.
No i to piękne panaceum na lęk – czyli wiara. Nic dziwnego, że dzisiaj coraz więcej lęku na świecie: koronawirus, globalne ocieplenie, przeludnienie, dobrobyt…
Kiedy wiary coraz mniej lista naszych lęków się tylko powiększa. A może by tak iść w odwrotną stronę …?

Opublikowano sabbatical | Dodaj komentarz

Zimowe pielgrzymowanie – Dzień 2

Trasa: Namysłów – Kluczbork
Dystans: 38 km (Razem: 95,3 km)

Po nieprzespanej nocy wstałem dziś rano z uczuciem niepewności. Jak daleko zdołam dziś dojść? Dystans jest co prawda znacznie krótszy niż wczoraj ale, jak na standardy pielgrzymkowe, i tak długi.

Po porannej Mszy Św. ruszamy w drogę. Już po 0,5km postój na kawę na stacji benzynowej. Tak się dobrze siedziało, że Robertowi i mnie nie chciało się ruszać. Leszek, który przeszedł już całą trasę pielgrzymki dwukrotnie sam, daje nam jednak sygnał, że dziś też sporo przed nami więc najwyższy czas …

Dzisiejsza trasa jest wymagająca pod innym względem. Wiedzie praktycznie cały czas wzdłuż ruchliwej drogi nr 42, gdzie praktycznie nie ma utwardzonego pobocza. Trzeba zatem stale być czujnym idąc bądź to asfaltem bądź uskakując przed jadącymi samochodami na grząski teren. Wykorzystując dłuższy fragment ścieżki rowerowej idziemy razem i odmawiamy róźaniec. W niektórych miejscowościach zaczepiają nas miejscowi pytając dokąd idziemy. Co charakterystyczne szczególnie skorzy do rozmów są ci na tzw. rauszu. Nie, żebym pochwalał nadmierne spożycie. Uderza mnie jednak jak często są to weseli i autentyczni ludzie- przynajmniej będąc „w stanie wskazującym”. Poza tym często słyszy się Dzień Dobry, pozdrowienie, którego w dużych polskich miastach raczej nie uświadczysz.

Zestaw pielgrzyma

Obiad jemy w Wołczynie w restauracji, w której akurat odbywa się stypa. Nastrój biesiadników jest jednak raczej pogodny. Podoba mi się ten „meksykański” klimat, o którym wspominam w swoim literackim testamencie. Tak mogłoby być na moim pogrzebie.

Pozostaje nam jeszcze 13 km marszu. Stopy palą coraz bardziej. Już w oddali widać łunę świateł znad Kluczborka. Piękny ten nasz kraj. Nawet zimą. Tylko dni mogłby być trochę dłuższe. Gdy docieramy na Rynek, gdzie jest nasz hotel i miejsce kolacji jest już 19:00. Widać, że tempo tego dnia było dużo wolniejsze. Ważne, aby posuwać się do przodu.

Medytacja 2

Dziś miałem w planie medytować fragment przypowieści o ziarnku gorczycy. Ruchliwa trasa i zmęczenie, a być może i coś jeszcze, nie pozwalały mi się dobrze na tym skupić. Co ciekawe, częściej wracała mi do głowy dzisiejsza historia z Księgi Samuela o niecnym czynie Króla Dawida wobec swojego wiernego wojownika Uriasza. Ciekawe dlaczego?


Wracając do historii z królem, co za okrutność! Po czymś takim według naszej ludzkiej logiki Król Dawid nie powinien się już raczej podnieść cierpiąc za swoje przewinienia do końca swoich dni. A jednak stało się inaczej? Niezmierzone jest Boże Miłosierdzie!

Opublikowano pielgrzymka, sabbatical | Otagowano , , , | Dodaj komentarz