Bądź!

Dziś dzień Świętego Józefa szczególnie obchodzony w niektórych krajach, głównie hiszpańskojęzycznych, jako Dzień Ojca. To wspomnienie przypomniało mi o pewnym temacie, o którym już od dawna chciałem napisać.

Mam na myśli jedną z najważniejszych ról, którą wielu z nas ma, lub będzie miało przywilej, czasem odczuwany jako duża uciążliwość, odgrywać, tj. bycie rodzicem.

Tę moją narastającą intencję pobudzały liczne obserwacje siebie i innych w rozmaitych sytuacjach rodzicielskich oraz kilka ciekawych rozmów z osobami, które są dopiero na początku swojej drogi jako rodzice.

Mimo, że bycie rodzicem, obok bycia małżonkiem, to chyba najtrudniejsza praca, jaką mamy do wykonania w swoim życiu, zwykle mało czasu poświęcamy na to, aby się w tym doskonalić. Dlaczego zamiast kilku mało potrzebnych w życiu przedmiotów w szkole nie wprowadzić zajęć dotyczących np. Rodzicielstwa? Co prawda są rozmaite formy edukacji takie jak „Przystosowanie do Życia w Rodzinie”, ale mają one tendencję do skupiania się zbytnio na sprawach prokreacji i seksu, a za mało na tym, co jest sednem bycia dobrym rodzicem.

Skoro mowa o prokreacji uderzyła mnie mocno pewna obserwacji w czasie rodzinnych wakacji spędzanych kilka razy w kilku wioskach Club Med na świecie. Wychodząc na poranny trening lub idąc wieczorem z całą rodziną na kolację w tych pięknych ośrodkach wypoczynkowych często dało się słyszeć gdzieś w tle lament i długotrwały płacz dzieci. Okazuje się, że wiele małżeństw przyjeżdżając na tego typu wakacje ze swoimi dziećmi oddaje je codziennie około 8:00 do tzw. mini klubów, w których dzieci spędzają czas aż do 21:00. Zdecydowana większość tych dzieci, jest głęboko nieszczęśliwa przebywając całe dnie z dala od swoich rodziców. Podejrzewam, że gdy wracają do swoich domów sytuacja ta się powtarza, gdy rodzice przebywają cały dzień w pracy.

Jest to chyba jedna z największych sprzeczności miotającymi ludźmi. Wielu osób marzy o tym, aby mieć potomstwo. Kiedy już je mamy, niejedna rodzina  stara się w rozmaity sposób „outsourcować” wychowanie dzieci na innych, np. na nianię, dziadków, minikluby, dozorowane place zabaw w centrach handlowych itd. Można to zrozumieć kiedy ma to charakter incydentalny, np. w czasie choroby dziecka, czy też chwili potrzebnego odpoczynku dla rodziców, którzy np. chcą wyjść sobie do teatru. Gdy jednak wysługujemy się permanentnie innymi w wychowaniu swoich dzieci tak naprawdę zrzekamy się swoich praw i obowiązków związanych z byciem rodzicem.

Ta postawa nieobecności w życiu dziecka przynosi bardzo negatywne owoce dla naszych dzieci i nas samych. Znamy wszyscy masę historii z dzieciństwa wielu osób, w których rodzice, lub przynajmniej jedno z nich, nie było obecne w życiu dziecka. Obniżona samoocena,  poczucie osamotnienia, niskie poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego czy fizycznego, problemy w budowaniu więzi z innymi, uzależnienia, doświadczanie przemocy fizycznej lub seksualnej to tylko kilka z długiej listy skutków braku obecności rodziców w wychowaniu dziecka.

Uderzyła mnie szczególnie statystyka dotycząca młodocianych przestępców w USA. Aż 85% z nich wychowywało się w rodzinie bez ojca (www.psychologytoday.com), a w przypadku dzieci, które uciekły z domu ten odsetek wynosił aż 90%.

Mam wrażenie, że to poczucie osamotnienia wśró dzieci to narastający problem. Jako dorośli często przedkładamy inne rzeczy jak dodatkowy czas spędzony w pracy, na siłowni, zakupach itd., nad czas, jaki poświęcamy naszym dzieciom. Mam za sobą podobne doświadczenia jako rodzic. Dzięki pewnym śmiałym decyzjom kilka lat temu, otrzeźwieniu oraz towarzyszącej im Łasce Bożej, udało mi się przegrupować dość mocno priorytety życiowe, nad rzecz czasu spędzanego z rodziną.

Jak tu być dobrym rodzicem? Zamiast snuć jakieś skomplikowane teorie i rozbudowane zalecenia na ten temat odwołam się znowu do mądrości dziecka, którą tak często przywołuję w swojej książce „Najpiękniejsza podróż”. Jedna z najczęściej powtarzanych próśb naszego najmłodszego dziecka do nas, rodziców, brzmi krótko: Bądź!

Mocno zapadł mi w pamięci zasłyszany kiedyś dialog między ojcem i synem:

Syn: Tato, ile zarabiasz za godzinę Twojej pracy?
Ojciec:  Dlaczego chcesz to wiedzieć? Nie dostajesz wystarczająco dużo ode mnie i od mamy!?
(po jakimś czasie, ojciec wraca do syna, czując, że był zbyt opryskliwy w swoim tonie)
Ojciec: Przepraszam, że tak Ciebie zbyłem i odburknąłem. Zarabiam 50 zł na godzinę. Ile potrzebujesz?
Syn: Mam 25 zł, a potrzebuję drugie tyle.
Ojciec: Na co ci te pieniądze?
Syn: Aby kupić jedną godzinę Twojego czasu…

 

Richarad Branson, znany przedsiębiorca, odkrywca, który zbudował setki rozmaitych firm i przedsięwzięć został kiedyś zapytany jak, po jego śmierci, powinniśmy oceniać jego liczne dokonania. Innymi słowy, które z jego osiągnięć będą, według niego, najbardziej miarodajne do oceny jego bogatej spuścizny. Odpowiedział w sposób zaskakujący; jeśli ktoś chce zobaczyć, co realnie zostawiłem po sobie na tym świecie, niech oceni to tylko na podstawie tego, na kogo wyrosły moje dzieci.

Ewangelia Mateusza mówi:

Poznacie ich po ich owocach… (Mt 7,20)

… a jakie owoce po nas zostaną, kiedy już wszystko przeminie?

Opublikowano Rodzicielstwo, rodzina, Rozwój | Otagowano , | Dodaj komentarz

Racja czy szczęście?

Kilka tygodni temu brałem udział w kolejnej części medytacji ignacjańskich. Miło było wrócić w znajome miejsce skupienia na „Górce” u Jezuitów w Zakopanem. Tym razem zanosiło się na trochę trudniejsze wyzwanie duchowe. Trzeba było wytrzymać w ciszy i  wyłącznie w swoim własnym towarzystwie przez 8 dni.

Po raz kolejny przekonałem się, że funkcjonowanie  bez mówienia, internetu, telefonu i książek przez dłuższy czas jest możliwe. O telewizji nie wspominam, bo od wielu lat jej generalnie nie oglądam. Wszystkim polecam taką „dietę słowną”. W ciszy wiele rzeczy staje się jaśniejszych, a i pokus do złego jest zdecydowanie mniej, o czym więcej za chwilę.

Taki okres wycieszenia i medytacji to skarbnica rozmaitych obserwacji siebie i refleksji nad życiem. Dziś chciałem się podzielić jedną z nich, która szczególnie w ostatnich dniach nabrała w dyskusji publicznej w Polsce szczególnego znaczenia. Chodzi o słowa czy też język, mowę, jaką posługujemy się na co dzień. Z wielu stron słychać apele o powstrzymanie się od tzw. mowy nienawiści. Nie mogę często oprzeć się wrażeniu, że ci apelujący zamiast łagodzić konflikty, często jeszcze je zaogniają. To homeopatyczne zaklinanie rzeczywistości językowej to słowa rzucane na wiatr.

O tym, że generalnie takie apele, czy też ludzkie słowa mają niewielką moc sprawczą czy też działają przeciw-produktywnie (taki neologizm przyszedł mi do głowy) celnie pisał blisko 2000 lat temu  Św. Jakub w swoim liście. Oto kilka cytatów:

Wiedzcie, bracia moi umiłowani: każdy człowiek winien być chętny do słuchania, nieskory do mówienia, nieskory do gniewu (Jk 1, 19)

Tak samo język, mimo że jest małym członkiem, ma powód do wielkich przechwałek. Oto mały ogień, a jak wielki las podpala (Jk 3, 5).

Wszystkie bowiem gatunki zwierząt (…) można ujarzmić i rzeczywiście ujarzmiła je natura ludzka. Języka natomiast nikt z ludzi nie potrafi okiełznać, to zło niestateczne, pełne zabójczego jadu. Przy jego pomocy wielbimy Boga i Ojca i nim przeklinamy ludzi, stworzonych na podobieństwo Boże. Z tych samych ust wychodzi błogosławieństwo i przekleństwo. (Jk 3, 7-10)

O tym jak trudno okiełznać język, aby służył dobru przekonałem się po raz kolejny na własnej skórze. Gdy naszedł niedzielny poranek wieńczący te osiem dni skupienia w Zakopanem czułem, że wielu rekolektantów nie może doczekać się, aby zacząć mówić. Mnie towarzyszyło pragnienie, aby ten okres ciszy jeszcze się nie kończył. Być może podświadomie przeczuwałem, że generalnie słowa niosą za sobą pewne niebezpieczeństwo, w które zaraz zacznę ponownie wpadać. I rzeczywiście. Tak się stało. Było to wtedy dla mnie szczególnie widoczne ze względu na dużo większy stan mojej uważności.

Jak trudno okiełznać słowa, które wychodzą z ust naszych? Doświadczyłem tego dylematu szczególnie klarownie zastanawiając się nad sensem i pożytkiem wypowiadanych przez siebie słów. Tej powściągliwości wcale nie ułatwiał mi fakt, że właśnie skończyłem ośmiodniową medytację, a jednym z głównych uczuć mi towarzyszących była wdzięczność. Skoro po takich ćwiczeniach duchowych miałem tak marne efekty, to co do dopiero mówić o normalnej codzienności.

Zastanawiałem się wtedy, czy jest jakiś skuteczny sposób, aby lepiej panować nad sobą w kwestii języka. Otrzymałem dwie podpowiedzi, w tym jedną od Św. Jakuba. Po pierwsze, jeśli już coś mówię, to warto, abym był wtedy szczególnie uważny na słowa, jeszcze zanim wypowie je mój język. Jeśli jednak nie muszę, to lepiej po prostu nie mówić. Ta druga metoda wydaje mi się szczególnie skuteczna i tak potrzebna w dzisiejszym zgiełku informacyjnym. Używając zmodyfikowanej terminologii ekologicznej chodziłoby o minimalizację  naszego „śladu słownego” (verbal footprint vs. carbon footprint).

W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera piękne pytanie o sens podejmowania utarczek słownych:

Czy wolisz mieć rację, czy być szczęśliwy?

Opublikowano sabbatical | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Oda do latania

Gdy już posmakowałeś lotu, zawsze będziesz chodził po ziemi z oczyma utkwionymi w niebo,  bo tam właśnie byłeś i tam zawsze będziesz pragnął powrócić.
Leonardo da Vinci

Są takie rzeczy w życiu, do których robienia nie trzeba nas szczególnie zachęcać. W książce „Najpiękniejsza podróż” piszę m.in. o  takich właśnie doświadczeniach, w których przeżywamy uczucie, które pięknie oddaje hebrajskie słowo tov (tłum. dobry, zgodny z przeznaczeniem).  Są to takie czynności, z których czerpiemy masę radości nawet wtedy, gdy innym kojarzą się one za jakimś uciążliwym obowiązkiem. Innymi słowy są to działania, które moglibyśmy wykonywać nawet za darmo.

Mam kilka takich pasji w swoim życiu, jak uprawianie sportu, nauka języków obcych, organizacja podróży. Obok tego mógłbym też godzinami przesiadywać na lotnisku, najlepiej gdzieś w pobliżu bardzo ruchliwego progu pasa startowego obserwując lądujące i startujące samoloty jednocześnie nasłuchując komunikacji radiowej.

Od jakiegoś czasu spełniam dość często, choć może to zabrzmi dziwnie, w ramach relaksu, tę pasję w sposób wirtualny. Wystarczy, że uruchomię dwie z moich ulubionych aplikacji na tablecie lub telefonie, tj. Flightradar24 oraz LiveATC. Dzięki tej pierwszej mogę się przenieść np. na dowolne lotnisko na ziemi i obserwować na ekranie ruch lotniczy na jego obszarze. Natomiast za pośrednictwem LiveATC mogę jednocześnie prowadzić nasłuch komunikacji lotniczej pomiędzy pilotami a kontrolą radarową danego obszaru oraz wieży lotniska. Czuję się wtedy trochę jak kontroler ruchu lotniczego.

Tak, tym razem będzie o lataniu, jednym z kilku moich zamiłowań. Pamiętam jak jeszcze w czasach 70 i 80 tych, jedną z największych moich atrakcji w ciągu roku był wyjazd z rodzinnego Grudziądza do Warszawy po odbiór, a kilka tygodni później odwóz, krewnego, który każdego roku przylatywał z Ameryki Pn. do Polski. Punktem kulminacyjnym tych dość długich podróży było wejście na stary taras widokowy na Okęciu, gdzie mogłem obserwować startujące i lądujące samoloty w oczekiwaniu na Wujka. Z tego samego tarasu można było też dobrze obserwować obsługę naziemną samolotów na płycie vis-a-vis tarasu. Jeszcze ten zapach paliwa lotniczego unoszący się w powietrzu, a potem „zapach zachodu”, który unosił się w ciasnej sali przylotów i nieco większej hali odlotów. Jak ja wtedy marzyłem, żeby chociaż raz w życiu oderwać się od ziemi?!

To marzenie towarzyszyło mi nie tylko na jawie, ale też i w snach. Najczęściej powtarzający się sen wyglądał tak, że wychodziłem na podwórko, rozkładałem ręce i zaczynałem nimi machać jak ptak… i tak jak ptak, zaczynałem wznosić się w górę i szybować sobie nad osiedlem.

Pewnego dnia rano tata obudził mnie i siostrę wcześnie rano i powiedział, że jedziemy na wycieczkę, tym razem pociągiem, do Warszawy. Wtedy zajmowało to generalnie całą noc od 24:00 do 7:00 z 2 przesiadkami i długimi oczekiwaniami na peronie. Tym razem nie był to sen.

Podejrzane wydawało mi się, że jedziemy do Warszawy pociągiem. Okazało się, że atrakcją dnia był mój pierwszy przelot w życiu na trasie Warszawa (Okęcie) – Gdańsk (Rębiechowo). Mimo, że miałem wtedy może 10 lat pamiętam wszystko ze szczegółami, np. typ samolotu An-24, układ siedzeń, co podano w czasie lotu, kto siedział wokół mnie, pogodę tego dnia itd. Ponieważ ten korytarz powietrzny na północny-zachód od Warszawy przechodzi nad Grudziądzem wspaniale było w końcu spojrzeć z tej górnej perspektywy na swoje rodzinne miasto. Tyle lat z balkonu obserwowałem przelatujące codziennie nad Grudziądzem setki samolotów czy to tych pasażerskich na wysokim pułapie, czy ruch lokalny, tzw. general aviation, za sprawą pobliskiego lotniska w Lisich Kątach.

Wiele lat później mój kontakt z lotnictwem ożywił się nieco, choć tylko w teorii. Kończąc pierwsze studia swoją pracę magisterską poświęciłem tematowi deregulacji rynku lotniczego w USA w latach 80tych. To w dużej mierze dzięki tamtemu wydarzeniu podróżowanie samolotem, z elitarnego sposobu podróżowania, stało się dziś czymś bardzo powszechnym.

Musiały minąć kolejne 22 lata, abym zrealizował praktyczne marzenie związane z lataniem, tj. nauczył się latać samolotem oraz uzyskał licencję pilota PPL(A). To właśnie stało się kilka tygodni temu po zdaniu praktycznego egzaminu państwowego i wcześniejszemu zdaniu egzaminów teoretycznych w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego w Warszawie.

Innym wymogiem dopuszczenia do końcowego egzaminu praktycznego było ukończenie kursu pilotażu. Przed podjęciem zajęć praktycznych ciekawiło mnie czy ta moja wieloletnia miłość do lotnictwa będzie odwzajemniona. Innymi słowy, czy moje naturalne predyspozycje okażą się dopasowane do trudnych wymogów związanych z lataniem.

Mój pierwszy lot szkoleniowy odbył się w bardzo wietrznych, a przez to turbulentnych, warunkach. Opanowanie samolotu, rzucanego co rusz w rozmaite strony przez porywy wiatru, przypomniało mi ujeżdżanie narowistego konia. Najgorsze turbulencje, jakie przeżyłem w samolotach pasażerskich wydawały się delikatnym wspomnieniem w porównaniu z tamtym doświadczeniem. Co za próba?! I to na pierwszy ogień! Na szczęście mnie to nie wystraszyło i pojawiłem się na kolejnej lekcji u mojego instruktora i bardzo doświadczonego pilota, tj. Pani Danuty z firmy Skyway. Zajęło mi trochę czasu zanim usłyszałem od Niej pierwszy komplement na temat swojego dobrego lądowania.

Miękkie lądowanie na lotnisku w Poznaniu – wideo

To ostatnie z czasem stało się dla mnie czymś naturalnym. Nauka latania w sposób bezlitosny obnaża nasze ograniczenia, poziom umiejętności, poziom przygotowania do lotu itp. Tu, tak jak i w sporcie, nie ma przypadków. Dobry pilotaż to sztuka, której trzeba się uczyć i ją stale doskonalić. Niepraktykowana zanika w zauważalnym tempie. Z tego też powodu licencję lotniczą, w przeciwieństwie np. do prawa jazdy, trzeba regularnie odnawiać potwierdzając swoje umiejętności praktyczne.

Zbiornik na Nysie Kłodzkiej niedaleko Paczkowa

Po starcie z lotniska Katowice Pyrzowice w kierunku południowym

Gdzieś nad Górnym Śląskiem

Przerwa na tankowanie i posiłek na lotnisku w Rybniku

Bez względu na posiadane licencje, wylatane godziny i doświadczenie dobry pilot zawsze powinien się rozwijać i nie popadać w rutynę. Ponad 90% wypadków lotniczych spowodowanych jest przez tzw. czynnik ludzki. W czasie kursu pilotażu jest wiele etapów jak latanie po kręgu, ćwiczenie startów i lądowań w rozmaitych konfiguracjach, lądowania awaryjne (bez silnika), zapobiegawcze, loty w strefach w okularach zaślepiających wszystko poza tablicą przyrządów i inne kluczowe manewry pilotażu. W drugiej części pojawiają się lot po trasach z lądowaniami na innych lotniskach. W ten sposób poznałem z lotu ptaka dużą część Polski. To poznawanie jest o tyle intensywne, że cały czas podstawowym narzędziem nawigacyjnym w czasie szkolenia jest kompas i mapa lotnicza, a nie np. GPS. Trzeba być zatem bardzo czujnym, aby się nie zgubić. Do tego wszystkiego dochodzi planowanie lotu i składanie planu lotu do odpowiednich służb, wywiad meteo, briefingi, komunikacja radiowa z kontrolą ruchu lotniczego oraz strefami lotnisk niekontrolowanych i kontrolowanych. Poruszanie się w tych ostatnich może czasem być dość emocjonujące. Jest tak wtedy, gdy w danej przestrzeni jest spory ruch lotniczy i trzeba dość sprawnie się komunikować przez radio i wykonywać manewry.

Niski przelot nad pasem 29 we Wrocławiu – wideo

Runda wokół Zamku Książ – wideo

Przelot nad Wisłą w Toruniu – wideo

Do tego wszystkiego dochodzi stała kontrola rozmaitych parametrów lotu i działania samolotu, przegląd sytuacji w powietrzu tak, aby nie zderzyć się z innym statkiem powietrznym, przeszkodą terenową czy też ptakami.  Roztargnienie czy utrata kontroli nad samolotem to ostatnie rzeczy, na które możemy sobie pozwolić pilotując samolot. Tu nie ma czas na to, aby „zatrzymać” się gdzieś w powietrzu i pomyśleć, co dalej. Bez względu na to co się dzieje w środku, czy na zewnątrz, trzeba stale pilotować samolot i być czujnym.

Wydaje mi się, że latanie zmienia ludzi. Rozwija w nich wiele cech, które albo były wcześniej uśpione, albo, dzięki niemu, osiągają dużo wyższy poziom. Mam tu na myśli takie umiejętności czy cechy jak planowanie, dyscyplina operacyjna, radzenie sobie ze stresem, szybka ocena sytuacji, odpowiedzialność, samoocena czy też pokora. Ta ostatnia wydaje mi się kluczowa. Jej przeciwieństwo w lotnictwie to brawura wynikająca ze zbytniej pewności siebie.

Pilot nigdy nie musi donikąd lecieć – to kolejna z zasad, która bezlitośnie sprowadza dosłownie na ziemię tych, którzy ośmielili się podjąć zbytnie ryzyko, np. wbrew trudnym warunkom pogodowym. Tak skończyła się m.in. jedna z największych katastrof lotniczych w dziejach RP.

Postój na tankowanie na lotnisku Ławica w Poznaniu

Pozycja „z wiatrem” do pasa 28 na lotnisku Ławica w Poznaniu. Widok z boku kabiny na pas i terminal.

Pozycja „z wiatrem” do pasa 28 na lotnisku Ławica w Poznaniu. Widok na miasto i stadion Lecha na godzinie 1:00.

Niedaleko Solca Kujawskiego. W tle wieże radiowej Jedynki.

Most kolejowy na Wiśle w Toruniu

Tężnie w Ciechocinku

Pozycja z wiatrem do pasa w Kruszynie (Włocławek)

Powrót do bazy w Mirosławicach

Widok od strony południowej na oba pasy na moim macierzystym lotnisku w Mirosławicach (EPMR)

Jelcz-Laskowice. Widok na część przemysłową.

Sanktuarium NMP Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II pod Toruniem

Gdy po swoim pierwszym locie szkoleniowym wsiadłem z powrotem do samochodu czułem, że jego prowadzenie stało się jeszcze prostsze. Jeszcze większą ekscytację przeżyłem pilotując po raz pierwszy samolot solo. Takie chwile pozostają w pamięci na zawsze. Jestem w kabinie tylko ja. Liczy się to, czego się nauczyłem i zaufanie we własne umiejętności. Niezwykle cenne w tym momencie jest też zaufanie, jakim obdarza mnie instruktor puszczając mnie samego w przestrzeń powietrzną. Nie chodzi tylko o umiejętności. Z lotniska Mirosławice, gdzie się szkoliłem, jest tylko kilka minut lotu Cesssną na międzynarodowe lotnisko Strachowice we Wrocławiu. Jakiejkolwiek wielkości statek powietrzny w nieodpowiedzialnych rękach może stworzyć olbrzymie problemy. Pokazał to ostatni atak dronów na lotnisku Gatwick pod Londynem.

Latanie. Niewiele jest słów, które wywołują tak silnie pozytywne skojarzenia i emocje. Oderwać się od ziemi, wzlecieć ku niebu, rozkoszować się pięknem stworzenia, przeżyć poczucie spełnienia, przygody czy też olbrzymiej satysfakcji płynącej z pokonania własnych ograniczeń.

Cieszę się nie tylko z nabytych umiejętności oraz uzyskanej licencji ale też z faktu, że to moja lotnicza miłość okazuje się odwzajemniona. Może warto by się tym zająć bardziej profesjonalnie?

Opublikowano sabbatical | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Wszyscy mamy wpływ

W moim poprzednim wpisie na temat niedawno wydanej przeze mnie książki „Najpiękniejsza podróż” wspominałem o konferencji The Global Leadership Summit (GLS), na której miałem przyjemność wystąpić niedawno jako mówca.

„Wszyscy mamy wpływ” to hasło przewodnie tej konferencji, na której spotykają się ludzie z różnych środowisk, którzy razem mogą stawać się lepszymi liderami, wywierając istotny wpływ na swoje rodziny, wspólnoty, firmy, instytucje, szkoły i społeczności.

Organizatorzy konferencji twierdzą, że dobre przywództwo jest kluczowe, jeśli chcemy zobaczyć dobre zmiany w świecie pełnym palących problemów, trudnych do rozwiązania konfliktów i nowych, nieznanych dotąd wyzwań. Przywództwo oparte na wartościach ma ogromną moc, by zmieniać świat, w którym żyjemy. Jednak, by dobre i znaczące zmiany miały miejsce, potrzebni są liderzy znający swoją tożsamość, wartości i kierunek, w którym podążają.

Absolutnie się zgadzam z powyższą opinią na temat roli przywództwa. Wiele pozytywnych jak i negatywnych przykładów z życia pokazuje dobitnie relacje między jakością przywódców a wynikami oraz stylem funkcjonowania organizacji, którym przewodzą. Nie od dziś wiadomo na przykład, że pracownicy zwykle zaczynają pracować dla firmy, a odchodzą z niej zwykle z powodu swoich niedomagających liderów. Z przywództwem mamy do czynienia dosłownie wszędzie: w biznesie, innych organizacjach jak szkoły, kościoły, sport, rodzina czy my sami. Tak, każdy z nas jest dla siebie też przywódcą, który siebie prowadzi korzystając ze swojej wolnej woli oraz rozmaitych talentów. Ponieważ żyjemy w czasach sporego kryzysu przywództwa, ta tematyka wydaje się bardzo istotna.

Wracając do GLSa, z tym wydarzeniem zetknąłem się po raz pierwszy cztery lata biorąc w nim udział jako uczestnik. Zaintrygowało mnie nie tylko to, że jest to największa konferencja na świecie dotycząca przywództwa ale też fakt, że rozmaici mówcy nie boją się odwoływać do wartości chrześcijańskich i do Boga w swoich wystąpieniach. Dla mnie, człowieka wierzącego, sfera duchowa ma fundamentalne znaczenie w życiu. Myślę, że jest tak w przypadku wielu innych osób. A jednak dajemy się często, w myśl politycznej poprawności lub asymetrycznie rozumianej tolerancji, spychać do katakumb z naszą wiarą.

Tym bardziej zadziwiło mnie pozytywnie, że tacy uznani mówcy jak Jim Collins, Bono, Jack Welch czy Brene Brown nie obawiają się przyznawać do Boga i Jemu oddawać cześć.

Innym atrakcyjnym elementem GLS jest to, że na konferencje w poszczególnych krajach zapraszani są też ciekawi mówcy. Jeden z nich, abp. Grzegorz Ryś, był dla mnie takim magnesem cztery lata temu podczas mojego pierwszego GLSa. Wśród innych zaproszonych gości bywali tu Anna Dymna, Krzysztof Zanussi, Szymon Hołownia czy Premier Jerzy Buzek.

Tym bardziej zobowiązujące było zaproszenie mnie w roli mówcy w tym roku. Zamiast pisać o samym moim wystąpieniu poniżej znajdziecie link do jego nagrania.

Prezentacja_video

To co mnie niezwykle urzekło tym razem na GLSie to bardzo pozytywna i spontaniczna reakcja na moją prezentację wielu uczestników, którzy dawali i dają mi to odczuć po dzień dzisiejszy. Mam trochę doświadczeń w wystąpieniach publicznych m.in. dotyczących tego jak reagują słuchacze. W USA, Wielkiej Brytanii jest dość typowe, że po wystąpieniu uczestnicy śmiało podchodzą do prezentera i dzielą się spontanicznie swoimi reakcjami. W Polsce nie zdarzyło mi się wiele razy usłyszeć wprost jakieś opinie po prezentacji. Tym razem było inaczej zarówno na konferencji w Krakowie i tydzień później w Warszawie. Była to wspaniała nagroda za trud związany z przygotowaniem.

Polska konferencja GLS jest organizowana od 12 lat przez wspaniałą ekipę ludzi pod przewodnictwem Piotra Gąsiorowskiego. To dzięki nim klimat tej dwudniowej konferencji odbywającej się rokrocznie pod koniec listopada jest unikalny. Energia organizatorów oraz jednoczące uczestników wartości udzielają się wszystkim bardzo pozytywnie.

Mam nadzieję, że zachęcę Was wszystkich do udziału w GLSie. Za każdym razem po dwóch dniach słuchania rozmaitych wystąpień wracam z konferencji z głęboką refleksją nad swoim przywództwem i zapałem do dalszej pracy.

Gwarantuję, że nie znajdziecie nigdzie w Polsce wydarzenia z zakresu przywództwa, które da Wam większą wartość. Poza tym wpisowe jest naprawdę symboliczne porównując do innych tego typu konferencji.

Gorąco polecam udział. Konferencja GLS_link

Opublikowano przywództwo, sabbatical | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Najpiękniejsza podróż

Ostatnie miesiące były dość intensywne w moim życiu. Z tego też powodu niewiele się w tym czasie działo na tym blogu. Obiecuję wrócić do dawnej regularności w najbliższym czasie tym bardziej, że nazbierało się sporo tematów.

Dziś chciałem napisać o kolejnym z owoców tegorocznego sabbaticalu, który po długim czasie przygotowywania ujrzał w końcu światło dzienne. Mam tu na myśli swoją pierwszą książkę, która ukazała się niedawno. Jej tytuł to „Najpiękniejsza podróż”.

najpiekniejsza podroz Obwoluta ksiazki

Zanim podejmiesz decyzję, aby kupić i przeczytać tę książkę, zadaj sobie jedno pytanie: O czym marzysz? Być szczęśliwym, tu i teraz – odpowiedziałaby większość ludzi.

Ale jak to osiągnąć? Jak sprawić, żeby życie było lepsze? Jak wykorzystać do tego czas, miejsce i własne możliwości? Z jakimi mitami zderzamy się przy myśleniu o własnym rozwoju? Czy naprawdę o jego istocie stanowią nasze sukcesy? I dlaczego warto zdecydować się na dłuższą przerwę od pracy zawodowej?

Czy zatem autentyczny rozwój osobisty jest w ogóle faktem czy jakimś mirażem? Czy jest zastrzeżony tylko dla ludzi wybitnych, czy dostępny nam wszystkim? Wreszcie,
co tak naprawdę stanowi o autentycznym rozwoju człowieka? Może to, co uważamy za rozwój, wcale nim nie jest. Być może dokonuje się on w miejscach i czasie,
w których się tego najmniej spodziewamy.

 Fragment

Książka w dobrym towarzystwie

Moja motywacja do napisania tej książki wynikała przede wszystkim z potrzeby podzielenia się pewnymi refleksjami i doświadczeniami dotyczącymi autentycznego rozwoju osobistego. Pisząc ją miałem też okazję uporządkować sobie wiele z tych przemyśleń w pewne ramy.

Żona, która jest psychoterapeutką i założycielką Centrum Rozwoju Osobistego i Pracy z Rodziną Ja-Ty-My (www.jatymy.info), mawiała mi często w trakcie mojego pisania, że ma ono też dla mnie wymiar terapeutyczny. Coś w tym jest. W trakcie jej powstawania i patrząc z większego dystansu na wiele spraw towarzyszył mi duży spokój oraz poczucie większej jasności skąd idę, gdzie jestem i dokąd zmierzam.

Pisząc zmuszamy się do tego, aby zwerbalizować nasze doświadczenia. Był to dla mnie nie lada wysiłek. Z jednej strony mam wrażenie, że niektóre rzeczy w miarę upływu lat zaczynam lepiej rozumieć, a z drugiej strony trudniej mi to rozumienie ubrać w słowa. Te ostatnie wydają się często takie banalne. A tu jeszcze chodzi o to, aby zamysł autora trafił do czytelnika.

W miarę postępu prac nad książką widziałem jednak, że to dłuższe doświadczenie pisarskie było dla mnie bardzo rozwojowe. Z każdym postępującym rozdziałem czułem większą lekkość pióra i łatwość w opisywaniu treści, które chciałem przekazać. Stało się to dla mnie szczególnie widoczne przy korekcie i redagowaniu książki wspólnie z wydawnictwem. Pierwsze rozdziały wymagały sporo pracy a manuskrypt w pierwszej jego części był dość czerwony od wszelakich uwag i komentarzy.

A propos procesu pisania już rok temu w czasie tzw. Fundamentu na rekolekcjach ignacjańskich zauważyłem, że pomaga ono w rozwoju duchowym. Nazywając rozmaite rzeczy, doświadczenia czy uczucia mam wrażenie, że stoję mocniej na nogach a nie dryfuję dokądś bez celu.

Mimo, że książka nie jest jeszcze powszechnie dostępna wydawnictwo Esprit wydrukowało na moją prośbę kilkaset sztuk na Globalną Konferencję Przywództwa w Krakowie i w Warszawie (www.gls.org.pl), na których miałem przyjemność wystąpić. O samej konferencji GLS napiszę więcej w kolejnym wpisie.

Ten pierwszy nakład rozszedł się bardzo szybko, co może być dobrym prognostykiem na przyszłość.

Podpisywania i krówki

Na koniec chciałem się podzielić pierwszą opinią o książce, którą otrzymałem niedawno od jednej z czytelniczek.

Skończyłam czytać „Najpiękniejszą Podróż”.. Jestem pod wrażeniem odwagi i równowagi w tak wielu aspektach życia! Książka jest bardzo inspirująca. Uczy i motywuje do działań… wymagania od siebie więcej.. aby być lepszym spełnionym człowiekiem.

Iwona Gajewska-Rodriguez

Korzystając z okazji chciałem zachęcić innych moich czytelników do dzielenia się swoimi opiniami i komentarzami. Tym, którzy już kupili książkę dziękuję za kredyt zaufania oraz życzę im inspirującej lektury.

Co ciekawe pierwszą osobą, która zakupiła książkę była sympatyczna Pani Beata z Wrocławia (patrz zdjęcie poniżej), którą spotkałem na konferencji GLS w Krakowie.

Pani Grażyno

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Esprit z Krakowa. W powszechnej dystrybucji i sprzedaży będzie dostępna ona od przełomu stycznia i lutego przyszłego roku. Dla zainteresowanych warto też sprawdzać stronę wydawnictwa www.esprit.com.pl

Opublikowano sabbatical | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Jasny cel

Pewnie niewielu ludzi, nawet katolików, zdaje sobie sprawę, że de facto, Polska cały czas Polska pozostaje monarchią. 1 kwietnia 1656 r. król Jan Kazimierz uroczyście ogłosił Maryję Królową Korony Polskiej. Spory wpływ na tę decyzję miała cud na Jasnej Górze, który wydarzył się rok wcześniej. Po długim oblężeniu i kilku próbach zdobycia Jasnej Góry wojska szwedzkie wycofały się z tego pomysłu. Te śluby lwowskie Jana Kazimierza zostały odnowione 300 lat później tj. 26.06.1956 za sprawą Prymasa Polski, ks. Kard. Stefana Wyszyńskiego. Dziś jest właśnie kolejna rocznica tamtego wydarzenia i święto Matki Boskiej Częstochowskiej, której oficjalne panowanie trwa już 362 lata. Mamy więcej swoją Królową.

W czasie mojego drugiego sabbaticalu zaplanowałem odbycie m.in. trzech pielgrzymek do trzech świętych miejsc. Mam już za sobą miesięczną wędrówkę szlakiem francuskim do Santiago de Compostela, mamy też odbytą wspólną rodzinną wyprawę do Ziemi Świętej w czasie Wielkanocy. Niedawno skończyłem swoją pierwszą pieszą pielgrzymkę do Częstochowy, do naszej Królowej. Od setek lat jest to miejsce, która przyciąga swoją niezwykłą mocą rzesze pielgrzymów z całego świata. Wyczytałem, że rocznie jest to około 4 milionów!

Przekonuję się, że pielgrzymowanie to fascynujący sposób na pogłębięnie swojej relacji nie tylko z Bogiem ale też z innymi ludźmi. Bywałem na Jasnej Górze wiele razy. Odwiedzałem też nieraz rowerem pielgrzymów w drodze do Częstochowy. Tym niemniej osobiste uczestnictwo odkładałem na ten właśnie rok. Zanim poczułem to grupowe pielgrzymowanie na własnej skórze zastanawiałem się, dlaczego tysiące ludzi w Polsce od lat poświęcają sporą część swoich urlopów, aby iść pieszo do Matki Boskiej Częstochowskiej każdego lata. Jest to bardzo szerokie spektrum pątników od bardzo małych dzieci, przez młodzież, studentów, osoby aktywne zawodowo kończąc na szerokim przedziale emerytów. Jako ciekawostka najmłodszy uczestnik tegorocznej Wrocławskiej Pieszej Pielgrzymki (WPP) miał 6 m-cy a najstarszy 84 lata.

Po tych kilku dniach pielgrzymowania chyba lepiej rozumiem tę motywację. Wyobraźcie sobie, że jedziecie na urlop pod namiotem, z dużą ilością aktywności fizycznej codziennie, z ludźmi, którzy modlą się radośnie, śpiewają, bawią się tańcząc i grając itd. Jeśli dodam do tego, że generalnie wszyscy są bardzo życzliwi wobec siebie, dzielą się tym co, mają, są uśmiechnięci, to wydaje się, że tego typu pakiety wakacyjne miałby duże wzięcie. Tak niestety nie jest. Mimo, że np. w XXXVIII Wrocławskiej Pieszej Pielgrzymce uczestniczyło w sumie około 1500 osób z roku na rok jest to tendencja malejąca.

Myślę, że jest tak m.in. dlatego, że nasze wyobrażenia o pielgrzymowaniu są często bardzo ubogie i odległe od tego, jak to rzeczywiście wygląda. Mimo, że piesze pielgrzymowanie stanowi trud fizyczny większość ludzi żałuje pod koniec, że ten czas już się kończy. Wielu doświadczonych pielgrzymów, z którymi rozmawiałem zapewniało mnie, że wracają do domów wypoczęci i z naładowanymi akumulatorami. Ja też się tak czuję, mimo, że do pielgrzymki dołączyłem po dość wyczerpujących zawodach triatlonowych a w trakcie pielgrzymki spałem średnio po 4-5 godzin na dobę. Mam wrażenie, że dużo rzadziej towarzyszy nam taki stan, kiedy wracamy z wakacyjnych wyjazdów.

Typowy dzień pielgrzymowania może wydawać się dość męczący. Pobudka około 5 choć zdarzały się dni, że było to już o 3:45 rano. W ciągu godziny trzeba się ogarnąć, zjeść śniadanie, załatwić poranną toaletę, zwinąć namiot i spakować się, aby przekazać swoje rzeczy na miejsce transportu do kolejnej bazy noclegowej. Godzinę po pobudce jest wymarsz poszczególnych grup. W WPP tych grup było około 20. Mi akurat przypadło iść w grupie studenckiej nr 12 Wawrzyny. Dziennie pielgrzymi pokonują około 25-33 km. Te przejścia są podzielone są na kilka 2-2,5 etapów, które przedzielają odpoczynki trwające około 30 min. Poranne wyjścia to coś, co bardzo mocno zapamiętam z tego pielgrzymowania. Maszerowanie do śpiewu Kiedy ranne wstają zorze przy wschodzie słońca i zapachu świeżo skoszonych zbóż to doświadczenie mistyczne. Potem jest wspólne śpiewanie Godzinek o Niepokalanem Poczęciu N.M.P. Jeszcze dziś, kilka tygodni po zakończeniu WPP brzmią mi w uszach słowa wielokrotnego zawołania z Godzinek:

Przybądź nam miłościwa Pani ku pomocy,
A wyrwij nas z czartowskiej nieprzyjaciół mocy.
Chwała Ojcu i Synowi jego przedwiecznemu,
I równemu im w Bóstwie Duchowi świętemu:
Jak była na początku i zawsze i ninie,
Niech Bóg w Trójcy jedyny na wiek wieków słynie.

Tych wzruszeń i poruszeń w trakcie pielgrzymowania przeżyłem sporo. Po drodze często witają nas mieszkańcy i dzielą się czymś do jedzenia i do picia. Na wielu postojach nie mogłem się nadziwić hojności ludzkiej. Wielkie kotły zupy, kompotu, hałdy kanapek i to wszystko za darmo. Robi to wielkie wrażenie szczególnie w czasach kiedy stajemy się coraz bardziej interesowni i zaczynamy wyliczać sobie rozmaite rzeczy.
Kolejna rzecz, która mnie bardzo ujęła to autentyczna pozytywna atmosfera mimo czasem wielkich upałów i zmęczenia. Na jednym z moich pierwszych postojów zauważyłem, że spora grupa ludzi ustawia się w wielkim kole i zaczyna tańczyć jakiś obco wyglądających taniec, w którym jest dużo biegania i skakania i ciągłego wymieniania się partnerami. Na moje pytanie co to, otrzymałem odpowiedź-pytanie: to ty nie wiesz, że to Belgijka. Ponieważ nigdy wcześniej tego nie widziałem nagrałem ten taniec (poniżej link) przy jakieś kolejnej wieczornej okazji i posłałem do znajomego Belga Christopha w celu weryfikacji. Potwierdził, że rzeczywiście to taniec Belgijka, do którego to tańca zmuszano go dzień w dzień w szkole. A tu na pielgrzymce nikogo zmuszać nie trzeba było. Ludzie nawet z pęcherzami i wyraźnymi oznakami zmęczenia podskakiwali jak nowo narodzeni. No cóż, ta energia to pewnie zastrzyk od Królowej, do której wszyscy zmierzaliśmy przez tych kilka dni. Nawet pod koniec każdego intensywnego dnia pielgrzymi tryskają energią. Zresztą sami zobaczcie.

Taniec Belgijka. Film

W naszej pielgrzymce uczestniczyło też kilku obcokrajowców z Meksyku, Nikaragui, Ukrainy, Ugandy czy Indii. Na nich wszystkich ten polski sposób pielgrzymowania robił też olbrzymie wrażenie. Przy okazji mogli poznać po drodze piękno naszego kraju. Wrocławska Pielgrzymka jest wytyczona bardzo malowniczymi i głównie polnymi i leśnymi drogami. To dodaje jej szczególnego uroku.

Wśród pielgrzymujących w każdej grupie jest też sporo księży i kleryków. Ich świadectwo w czasie drogi było bardzo piękne. Szli dzielnie cały czas ubrani w swoje czarne sutanny, które suszyły się od potu na każdym postoju. W czasie drogi wielu z nich pełniło też posługę spowiedników i generalnie angażowali się jak mogli w pomaganie przy różnych sprawach, np.noszenie wielkich tub z nagłosnieniem. Dla wszystkich, łącznie z duchownymi, wśród których był też bp. Jacek, takie pielgrzymowanie to piękna lekcja pokory. Wszyscy idą, śpią, jedzą czy myją się w tych samych warunkach.

A propos zajęcia tzw. YouTubera, w trakcie niesienia przeze mnie tuby na dość długim odcinku w jego połowie poczułem ucisk na pęcherz. Ponieważ tuba, którą się niesie jest przyczepiona do innych tub za pomocą kabla nie ma możliwości, aby z tubą skoczyć w bok do lasu za potrzebą. Wyglądanie kolejnego postoju przez około godzinę było chyba jedną z najdłuższych godzin w moim życiu. Pod koniec miałem już taką wizję, że pobiegnę z lasu z moją tubą i pociągnę za sobą pozostałych Teletubisiów (to inną nazwa dla niosących tuby). Proszę się nie doczytywać innych podtekstów.

O autentycznych ludziach wiary mówi się, że są do tańca i do różańca. Spotkałem wielu takich pielgrzymów w wielu z grup pielgrzymujących. Myślę, że w przyszłym roku też się wybiorę na WPP w odwiedziny do Królowej. Cel jest jasny – Jasna Góra.

Tak się bawią Wawrzyny. Film

Opublikowano sabbatical | Dodaj komentarz

Cudze chwalicie …

Od wielu już lat na mojej liście marzeń była dłuższa rodzinna podróż po tzw. Kresach wschodnich Polski. Wstyd się przyznać, że dzięki wielu podróżom zagranicznym, np. po USA, lepiej poznałem dotąd tamten kraj, niż swój własny. Jeszcze miesiąc temu na mapie Polski była spora lista miejsc, w których w życiu nie byłem: Suwałki, Augustów, Białystok, Białowieża, Lublin czy Zamość.

Mój obecny sabbatical stworzył więc okazję, aby przeznaczyć na ten wspólny rodzinny projekt blisko miesiąc wspólnego podróżowania. Tak się też stało, z czego się ogromnie cieszę. Właśnie kończymy naszą wschodnią eskapadę i czas na trochę podsumowań.

Kresy wschodnie postanowiliśmy zwiedzać jadąc wzdłuż wschodniej granicy od północy na południe. Zrobiliśmy około 2000 km, a ja dodatkowo ok 1000 km na rowerze i biegnąc. Czasem w tych rowerowych wycieczkach towarzyszyła mi też reszta rodziny, o czym za chwilę.

W drodze z Wrocławia na Suwalszczyznę zatrzymaliśmy się na noc niedaleko Warszawy w urokliwym mieście Serock, nad Zalewem Zegrzyńskim, w miejscu, gdzie spotykają się Bug i Narew.

Jest to bardzo zadbane i malowniczo położone miasto z pięknymi ścieżkami rowerowymi, plażą nad Narwią, dobrymi restauracjami jak Złoty Lin, oraz uroczym rynkiem i kościołem.

Z Serocka ruszyliśmy nad Jezioro Wigry do miejscowości Bryzgiel w Wigierskim Parku Narodowym. Jest to doskonałe miejsce do poznawania tamtej części Polski. Mniej niż pół godziny drogi do Suwałk, Augustowa czy też do pięknego kompleksu budynków poklasztornych Zakonu Kamedułów, gdzie w czasie jednej ze swoich pielgrzymek do Polski w 1999 roku odpoczywał przez kilka dni Jan Paweł II. Czy może być lepsza rekomendacja na wybór miejsca odpoczynku?

Klasztor w Wigrach. Film

Mimo, że pogoda nie rozpieszczała nas od samego początku lipca nie poddaliśmy się tej słocie. Nieopodal naszej bazy wypadowej w Bryzgielu (chyba się to tak odmienia) jest m.in. stacja Wigierskiej Kolei Wąskotorowej. Dwu i półgodzinna wycieczka z kilkoma postojami po drodze pozwala lepiej poznać uroki Wigierskiego Parku Narodowego. Teraz rozumiem, dlaczego wielu polskich królów i książat traktowało ten obszar jako miejsce swojego wypoczynku i rozrywki takiej jak polowania.

Będąc tak blisko Augustowa nie mogliśmy opuścić innej atrakcji, tj. żeglugi Kanałem Augustowskim. Tu też natrafiliśmy na ślady wizyty Ojca Świętego. Mimo, że to okres wakacyjny w tym rejonie Polski jest cisza i spokój. Nie czuje się nachalności innych turystów. Dzięki temu łatwiej nam rozkoszować się otaczającą naturą.

Ponieważ mieliśmy ze sobą rowery, niektóre wycieczki odbywaliśmy właśnie na nich. Na dalsze eskapady jak np jazda z Bryzgiela do Trójstyku granic Polski, Rosji i Litwy wzdłuż Czarnej Hańczy i najgłębszego jeziora z tej części Europy, tj. Jeziora Hańcza (108,5m) udawałem się sam lub z Wojtkiem Jr.

Mimo, że jakość niektórych dróg pozostawia nadal wiele do życzenia, tak iż jadąc po nich rowerem szosowym można pogubić plomby w zębach, krajobrazy mijane pozwalają zapomnieć o niewygodach jazdy. Jadąc rowerem czuje się, jak mocno działały tu lodowce kształtując ten bardzo pofałdowany teren. Na przejechane jednego dnia 130 km trudno było znaleźć mi jakikolwiek płaski odcinek. Stale tylko w górę i z górki.

Jeżdząc rowerem po tej części Polski zacząłem się każdego dnia natykać na ciekawe znaki przydrożne informujące mnie, że jadę słynnym szlakiem rowerowym Green Velo. Ciągnie się on meandrując trochę wzdłuż wschodniej rubieży Rzeczpospolitej licząc w sumie ponad 1800 km. Szlak ten jest doskonale oznakowany. Co jakiś czas można się też natknąć na tzw. MORy, czyli miejsca obsługi rowerów. Naprawdę ta infrastruktura dla rowerzystów robi wrażenie. Jeśli idzie o kolarzy to niestety szlak GreenVelo czasem wiedzie drogami polnymi i szutrowymi, po których cieżko się jedzie na cienkich oponach.

Jednego dnia wypuściłem się z synem na rajd rowerowy wokół Jeziora Wigry. Trasa jest bardzo urozmaicona i niełatwa technicznie. Ten wysiłek wynagradzają zapierające dech widoki i zakamarki Wigierskiego Parku Narodowego. Udało się nam w dobrej formie objechać jezioro ale mój zegarek z GPSem poddał się gdzieś na 3/4 przebytej trasy.

Suwalszyczyzna zaskakuje mnie sporą liczbą kopalń odkrywkowych piasku, żwiru i innych surowców wykorzystywanych w budownictwie. Rzuca się też w oczy spora liczba gości z krajów bałtyckich i powszechne nazewnictwo w wielu wersjach językowych.

Charakterystyczny jest też język tutejszych i kuchnia z wpływami wschodnimi. W menu królują kartacze, pelmieni, soczewiaki czy bliny. Dla mnie, który spala codziennie na treningach ponad 4000 kalorii, zjedzenie takiej bomby węglowodanowej nie stanowi problemu. Inni członkowie rodziny zapadają w poobiedni stupor po takiej degustacji.

Po ponad tygodniu pobytu na Suwalszczyznie ruszyliśmy w kierunku Białowieskiego Parku Narodowego. Zaplanowany mieliśmy nocleg w bardzo malowniczej podlaskiej zagrodzie nieopodal granic parku.

Po drodze zatrzymaliśmy się w dość unikalnym miejscu na mapie Polski, tj. w miejscowości Sokółka. W tamtejszym kościele 12.10.2008 miał miejsce cud Eucharystyczny. W czasie porannej Mszy Św. kapłanowi rozdzielającemu Komunię Świętą upadł na stopień ołtarza konsekrowany komunikant. Ksiądz przeniósł hostię do naczynia z wodą (vasculum), by mogła się rozpuścić zgodnie z procedurą liturgiczną. Komunikant może rozpuszczać się kilka dni. Gdy po jakimś czasie siostra zakonna, otworzyła sejf, w którym było vasculum, by sięgnąć po jakąś potrzebną rzecz, poczuła zapach kwaszonego chleba. W vasculum zobaczyła prawie rozpuszczony komunikant z lśniącą jak żywa, czerwoną plamką jakby lekko skrzepniętej krwi, wielkości paznokcia. Resztka śnieżnobiałego Komunikantu była zespolona z plamką krwi, jakby przyfastrygowana nicią.

Badania patomorfologiczne wykazały, że pobrany fragment Komunikantu przybrał postać tkanki mięśnia sercowego człowieka w stanie agonii. Nauka Kościoła mówi, że poddana badaniom Hostia jest Ciałem samego Chrystusa na mocy Jego własnych słów wypowiedzianych podczas Ostatniej Wieczerzy.

Co ciekawe, na świecie, w tym w Polsce w Legnicy, jest wiele takich miejsc, gdzie na przestrzeni setek lat miały miejsce podobne przemiany. Cechą łączącą wszystkie te cuda jest rodzaj tkanki i grupa krwi mężczyzny w agonii, do którego powstała tkanka mięśnia sercowe miałaby należeć.

Będąc tam pomyślałem, że mimo istnienia takich cudów istnieje cała masa ludzi, którzy domagają się dowodów na istnienie Boga i cud ofiary i Zmartwychwstania Jego Syna.

Uczestniczenie w niedzielnej Eucharystii w tak szczególnym miejscu było dla nas szczególnym przeżyciem.

Po odwiedzeniu kościoła Św. Antoniego Padewskiego polecamy też cukiernio-kawiarnię w starej szkole nieopodal kościoła. Wybór lodów i ciast jest tam wyśmienity. Wystrój wewnątrz też robi wrażenie.

Z Sokółki pojechaliśmy na obiad i spacer do Białegostoku. Miasto ma charakterystyczny trójkątny rynek. Inna atrakcją jest Pałac Branickich. Mi jeszcze wpadł w oko ciekawy mural z dziewczynką podlewającą żywe drzewo.

Wracając do regionu Podlasia naszym głównym celem było tam odwiedzenie Białowieży i okalającego parku. Znany jest on głównie z dwóch rzeczy. Po pierwsze jest to ostatni fragment pierwotnego lasu Europy, jaki przetrwał do naszych czasów. Po drugie, to tutaj ocalono od zagłady żubra, który prawie doszczętnie wyginął w XVIII w. W czasie wspólnej rowerowej wycieczki po parku odwiedziliśmy m.in. dęby królewskie oraz rezerwat z żubrami.

Dwa dni poźniej w czasie treningu biegowego w okolicach naszej sielskiej zagrody spotkała mnie niesamowita rzecz. Po około 3 km biegu przez las zauważyłem kątem oka, że na jednej z ścieżek odchodzących w bok od głównej stoi coś czarnego na drodze. Gdy tak biegłem dalej główną drogą leśną ciekawość nie dawała za wygraną. Po 300 metrach zawróciłem, aby wbiec w tę boczną ścieżkę i zobaczyć, co to jest. Gdy już się znalazłem na niej zauważyłem, że jakieś 100 m ode mnie coś czarnego stoi na drodze i się porusza. Przestałem biec, aby nie spłoszyć tego czegoś i zacząłem filmować tę scenę podchodząc coraz bliżej.

Spotkanie z żubrami w czasie biegu po Puszczy Białowieskiej. Film

To czego ten film nie oddaje to niesamowite wrażenie bliskości z tymi dostojnymi zwierzętami w ich naturalnym środowisku. Podchodząc do nich zastanawiałem się, czy mogę się spodziewać ataku z ich strony, czy to raczej one będą ode mnie uciekać. Pomyślałem, że w przypadku tego pierwszego scenariusza jestem rozgrzany i w stroju sportowym to pewnie uda mi się uciec. Kolega, który widział ten film, znalazł gdzieś informacje, że żubr potrafi biec 45 km/h. Więc pewnie nie miałbym szans. Na szczęście dla mnie, gdy byłem już dość blisko, żubry się spłoszyły i zaczęły uciekać. Ziemia dudniała wtedy tak, jakby było jakieś trzęsienie ziemi. Dorosły żubr waży blisko tonę. Było ich w sumie około 10 sztuk, większość raczej średniej wielkości. Jednak po mojej lewej stronie za krzewami, czego nie widać dobrze na filmie, znajdował się jeden wielki okaz z młodych żubrem. Gdy się spłoszyły były naprawdę blisko ode mnie.

Po kilku dniach biesiadowania w bliskości Puszczy Białowieskiej ruszyliśmy w dalszą drogę na południe. Naszym kolejnym przystankiem było urokliwe miejsce nieopodal Zamościa, tj. miejscowość Ujazdów. Po drodze był postój na obiad w Kazmierzu Dolnym oraz na kawę w Lublinie.

Kazmierz, mimo swojego pięknego położenia, odstraszał trochę zgiełkiem masy turystów. Niespodzianką in plus były okalające miasto naturalne wąwozy wydrążone w glebie iłowej przez deszcze. Z dróg, które niegdyś szły szlakiem owych wąwozów, pozostały tylko okalające drzewa. Wrażenie spaceru w takim wąwozie jest baśniowe.

Lublin oczarował nas pięknem Starego Miasta. Czuje się klimat historii. Widać, że sporo kamienic czeka jeszcze dużo pracy restauracyjnej. A propos słowa restauracja, polecam restaurację Trybunalska, w której zjedliśmy drobną przekąskę, m.in. lokalny specjał, gęsie żołądki z hummusem, aromatycznym sosem z bakaliami i ogórkiem kiszonym. Świetna była też mozzarela burrata. Na inną specjalność miejscowej kuchni, czyli forszmak lubelski z cebularzem, zdecyduję się innym razem.

W końcu dotarliśmy do Ujazdowa. Znaleźliśmy tam bardzo urokliwie położony pałac wraz z przylegającym hotelem. Cały ten obiekt jest utrzymywany, restaurowany i prowadzony przez rodzinę pasjonatów z Chełma.

Gorąco polecamy to miejsce. Obok jego pięknej lokalizacji nad meandrującą rzeką Wieprz jest to też świetna baza wypadowa do poznawania Zamojszczyzny i Roztocza.

Mówiąc o Zamojszczyźnie jego szczególną perłą jest Zamość. Nawet brzydka pogoda nie mogła nam popsuć złego wrażenia z wizyty w tym przepięknym mieście. Miłą niespodzianką był też odbywający się tam akurat festiwal folkloru z wieloma zespołami z zagranicy. Jedząc w ormiańskiej restauracji na rynku słuchaliśmy melodii fado śpiewanych przez zespół z Portugalii.

Udając się na treningi rowerowe w tej części Polski znowu zobaczyłem przy drogach znajomy znaczek szlaku rowerowego GreenVelo. Ta infrastruktura naprawdę robi wrażenie.

Gdy wyjeżdżaliśmy na miejsce naszego ostatniego miejsca pobytu w podróży po kresach ruszyłem z Ujazdowa jako pierwszy. Chciałem wykorzystać okienko w pogodzie oraz jeszcze lepiej poczuć klimat Roztoczańskiego Parku Narodowego. Po drodze natknąłem się na miasto, znane głównie ze swojej trudnej do wymówienia dla obcokrajowców nazwy. Aby im pomóc w tej trudniej sztuce nagrałem przy wjeździe do miasta krótki film.

Językowe wyzwanie dla obcokrajowców. Film

Po drodze w Bieszczady odebraliśmy jeszcze Wojtka z pociągu relacji Wrocław – Przemyśl. Na kilka dni odłączył się od nas uczestnicząc w koncercie w naszym mieście.

Na sam koniec spędziliśmy kila dni w Bieszczadach rozkoszując się niezwykłą ciszą i dziczą tamtych terenów. Jeżdżąc po tamtych górzystych drogach rowerem nie raz towarzyszyły mi zwierzęta. Trzeba było uważać szczególnie na zjazdach.

A propos jazdy rowerem, w drodze powrotnej do Wrocławia wysiadłem gdzieś za Gliwicami i „wijąc się” raz po prawej a raz po lewej stronie Odry kontynuowałem podróż rowerem podziwiając uroki Opolszczyzny i Dolnego Śląska.

Nasze wrażenia z objazdu Kresów Wschodnich są bardzo poztywyne. Są to tereny bezkresnej dzikiej przyrody, ciszy i pełne urokliwych zakątków. Ludzie żyjący w tamtej części Polski zaskoczyli nas swoją gościnnością i pozytywną energią. Chyba następnym razem wybiorę się tam na podróż całym szlakiem Green Velo. Polecam!

Opublikowano sabbatical | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz