To był rok

Siedzę właśnie w pociągu w drodze do Krakowa, aby zacząć dziś swoją nową pracę w nowej dla mnie firmie. Ostatni raz taki stan przeżywałem 14 lat temu dołączając jako Dyrektor Finansowy do, wtedy średniej wielkości firmy, AmRest.

Gdy tak mknę wraz z innymi pasażerami Intercity Wyspiański patrząc na swój rower w przedziale bagażowym pojawiają się w mojej głowie i sercu rozmaite myśli i emocje. Jedną z nich jest olbrzymia wdzięczność za swoje życie, za to co udało się zrobić w ciągu ostatnich 14 lat i za kolejny rok szabasowy (sabbatical), a w zasadzie 18 miesięcy, który pozostawiam za sobą.

Z perspektywy 14 lat od mojej poprzedniej zmiany pracy widzę jak wiele miałem szczęście osiągnąć w bardzo ciekawej organizacji, jaką jest AmRest, współpracując ze wspaniałym zespołem ludzi. Trafiłem na bardzo interesujący i płodny okres rozwoju tej firmy, która urosła blisko 30-sto krotnie w okresie kilkunastu lat.

Ostatnie 7 lat od okresu naszego wspólnego rodzinnego sabbaticalu, z inspiracji którego powstał również ten blog, to również bardzo niezwykły okres w moim życiu. Opowiadałem trochę o tym w swojej prezentacji (link) na Global Leadership Summit i książce Najpiękniejsza podróż.

Dziś myślę głównie o tym, czego doświadczyłem przez ostatnie półtora roku przerwy od pracy zawodowej.  Podsumowuję ten okres między innymi dlatego, aby zobaczyć, czy nie zmarnowałem tego pięknego roku przerwy od pracy zawodowej. Żona, która zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny, twierdzi, że przez pierwsze 12 m-cy byłem bardzo zajętym człowiekiem, może nawet bardziej niż pracując zawodowo. Dopiero okres ostatnich 6 miesięcy, przyniósł trochę więcej odpoczynku mimo, że był to dla mnie niełatwy okres poszukiwania nowych wyzwań zawodowych.

Jak pewnie część z czytelników tego bloga pamięta, zaczynając mój drugi sabbatical na początku 2018 roku wspominałem o 10 projektach, które chciałem zrealizować w trakcie kolejnego roku. O realizacji wielu z nich pisałem w kolejnych postach na tym blogu. Oto kompletna lista:

Małżeństwo
1. Regularne wieczorne rozmowy z żoną przy lampce wina i świecach
2. Kurs tanga argentyńskiego
3. Wspólny kurs uważności



Rodzina

4. Miesiąc wakacji w USA
5. Miesięczna podróż po tzw. Ścianie Wschodniej Polski – od trójstyku granic do Bieszczad
6. Pielgrzymka do Ziemi Świętej w czasie Paschy
7. Opieka nad najmłodszym Jasiem i poświęcenie więcej czasu Wojtkowi i Ani

Nowe umiejętności
8. Zrobienie licencji pilota PPL(A)
9. Poziom zaawansowany w języku hiszpańskim
10. Napisanie i wydanie książki „Najpiękniejsza podróż”
11. Nauka gry na fortepianie – poziom średniozaawansowany

Coś dla ciała i ducha
12. Kolejny start w Ironman
13. Przejście szlaku francuskiego Camino de Santiago de Compostela
14. Piesza pielgrzymka z Wrocławia do Częstochowy
15. Udział w kolejnym etapie Rekolekcji Ignacjańskich (Pierwszy Tydzień)

Projekty nieudane lub częściowo nieudane
-> Nie pobiłem rekordu życiowego w maratonie
-> Mogłem jeszcze więcej czasu poświęcić starszym dzieciom i żonie
-> W sumie mało odpocząłem fizycznie choć ze snem bywało o niebo lepiej
-> Przegląd tysięcy zdjęć cyfrowych z wielu poprzednich lat będzie musiał poczekać na kolejną okazję.

Jak widać, tych projektów wyszło trochę więcej, bo też i miałem trochę więcej nieplanowanej przerwy.

Piszę o tym wszystkim, żeby sobie to podsumować dla siebie samego, trochę się pochwalić :-), ale głównie dla inspiracji. Kiedy zachęcam ludzi do zrobienia sobie takiej dłuższej przerwy od pracy zawodowej czuję, że wielu wydaje się, że taki rok to, poza jakąś formą odpoczynku, generalnie strata czasu i pieniędzy, które można by w tym czasie zarobić.

A propos tego ostatniego jechałem kilka tygodni temu samochodem z bardzo majętnym biznesmenem i tak sobie rozmawialiśmy o priorytetach życiowych. Gdy zapytał mnie dlaczego właściwie zrobiłem sobie takie dwie roczne przerwy odpowiedziałem nieco retorycznie:

Gdy będziemy odchodzić z tego świata, czego będziemy żałować? Czy tego, że nie mamy kolejnych zer na naszym koncie bankowym? Czy może raczej tego, że nie mieliśmy dość odwagi, aby realizować w życiu nasze marzenia i dawać coś z siebie innym?

Swój drugi sabbatical zaczynałem od miesięcznej pieszej pielgrzymki do Santiago de Compostela (jej codzienny przebieg można było śledzić też na tym blogu). Zupełnie nieplanowanie w taki sam sposób zakończyłem ten piękny okres jadąc do rowerze z grupą innych kolarzy na Jasną Górę w ostatni weekend. Te 350 km w siodełku mimo wczorajszego upału (prawie 40 C w cieniu) w drodze powrotnej jakoś minęło mi szybko i dość lekko. Wiadomo nie od dziś, że z grupą można jechać dalej, a w kolarstwie nawet szybciej.

 

To marzenie/skojarzenie sportowe towarzyszy mi dziś, gdy podejmuję się nowej roli bycia liderem bardzo ciekawej firmy, której produkty są bardzo dobrze znane nie tylko w Polsce, lecz w kilkudziesięciu innych krajach.

Opublikowano sabbatical | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Uważność inaczej

Kilka tygodni temu wspólnie z Anią ukończyliśmy tzw. kurs uważności. To ostatnie słowo robi w ostatnim czasie sporą karierę. W wielu miejscach na świecie oferuje się rozmaite kursy uważności czy też znane pod nazwą angielską warsztaty mindfulness.

Wydaje się, że jednym z głównych powodów wzrostu zainteresowania tematem ćwiczenia się w uważności, czyli najogólniej rzecz ujmując byciu „tu i teraz”, jest rosnąca frustracja coraz bardziej tzw. przebodźcowanym (chyba to neologizm, bo edytor podkreśla na czerwono :-)) życiem. Wielu z nas żyje bardzo intensywnie, w poczuciu częstego pośpiechu i wielozadaniowości. Nasz umysł jest bombardowany niezliczoną ilością informacji. Jakby tego było mało my sami jeszcze bardziej zaprzęgamy go codziennie do pracy tysiącami rozmaitych myśli, rozważań i innych zajęć, które coraz bardziej absorbują naszą uwagę.

W wyniki tego rozproszenia uwagi tracimy kontakt z samymi sobą i zwykle dobrowolnie pozwalamy innym, np. poprzez media społecznościowe, internet i inne popularne „rozpraszacze”, odbierać nam dwie z najcenniejszych rzeczy, jakie posiadamy, tj. nasz czas i uwagę. To ciągłe rozproszenie i stres z nim związany to chyba największa zmora ludzkości zabierająca nam pozytywną energię i poczucie szczęścia.

Jak temu zaradzić? Kursy uważności, które bardzo mocno sięgają do tradycji wschodnich technik medytacji, proponują pewien program praktyk medytacji i innych działań, które, jeśli praktykowane w sposób regularny i zdyscyplinowany, mają nam pozwolić być bardziej uważnymi na co dzień. Gdyby to tylko było takie proste, żeby po każdym szkoleniu móc wcielić w życie jakąś dobrą praktykę. Jak to zrobić!?

Poza tym, jak zwykle w rozmaitego rodzaju kursach i szkoleniach pojawia się pewnego rodzaju iluzja czy poczucie ekskluzywności. Wzmacniane jest ono promocją samej idei przez twórców programu i certyfikowanych prowadzących, że jest to najlepsza, a czasem wręcz jedyna metoda na osiągnięcie konkretnego celu. Ostatecznie kursy uważności są w przeważającej mierze prowadzone odpłatnie a uczestnikom trzeba w końcu trzeba jakoś sprzedać taką usługę.

Uczestnicząc w tym szkoleniu zauważyłem, że po początkowej ciekawości i w miarę regularnej praktyce zalecanych na kursie ćwiczeń przyszedł regres. Zacząłem się zastanawiać dlaczego, co już samo w sobie było piękną praktyką uważności. Zwykle jestem osobą bardzo zdyscyplinowaną jeśli już się za coś biorę. Odkryłem, że mój słabnący zapał do wprowadzenia nowych praktyk uważności brał się m.in. stąd, że w swojej rutynie życia praktykuję już od wielu lat dość mocno uważność w inny sposób, tylko tak tego wcześniej nie nazywałem. Te sposoby to regularna modlitwa, ignacjański rachunek sumienia, uprawianie sportu, spacery, gra na pianinie, czy np. wspólne z żoną lekcje tanga argentyńskiego. Dla tych, którzy się nigdy nie zetknęli z tą ostatnią formą tańca, uczy ona szczególnej uważności na siebie obojga tańczących. Nie ma tu bowiem żadnych ustalonych z góry kroków, układów. Sztuka w tangu leży w nawiązaniu i utrzymywaniu właściwej komunikacji ciałem między prowadzącym partnerem i podążającą dziewczyną, jak mawia nasz sympatyczny instruktor Tomek. O tym, że dobra modlitwa, medytacja czy np. gra na instrumencie wymaga sporej uważności nie muszę chyba przekonywać. Tak samo jest w sporcie, co okazuje się, dotąd było dla mnie w pewnym sensie kolejnym ukrytym motywatorem do jego uprawiania.

Wszystkie te wymienione powyżej praktyki oprócz okazji do ćwiczenia się w uważności niosą jeszcze wiele innych korzyści, których często pozbawione są promowane na kursach techniki uważności, np. godzinna medytacja z oddechem. Wspólny taniec z żoną to obok praktyki uważności świetna okazja na dobre spędzanie wspólnego czasu, pogłębienie wzajemnej relacji. Dobra modlitwa czy medytacja to też okazja do pogłębienia relacji z Bogiem czy z innymi ludźmi itd.

Jeśli zatem interesuje Ciebie temat pogłębiania swojej uważności, bycia tu i teraz proponuję, aby zastanowić się, jak możesz wykorzystać do tego to, co robisz już dzisiaj. Sam kurs uważności nie nauczył mnie niczego nowego i nie wprowadziłem w jego wyniku żadnej nowej praktyki w swoje życie. Jednak dzięki uczestnictwu w tym kursie zobaczyłem dodatkowy walor uważności w wielu swoich codziennych działaniach zyskując jakby dodatkową motywację do ich codziennej praktyki.

Opublikowano sabbatical, uważność | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Bądź!

Dziś dzień Świętego Józefa szczególnie obchodzony w niektórych krajach, głównie hiszpańskojęzycznych, jako Dzień Ojca. To wspomnienie przypomniało mi o pewnym temacie, o którym już od dawna chciałem napisać.

Mam na myśli jedną z najważniejszych ról, którą wielu z nas ma, lub będzie miało przywilej, czasem odczuwany jako duża uciążliwość, odgrywać, tj. bycie rodzicem.

Tę moją narastającą intencję pobudzały liczne obserwacje siebie i innych w rozmaitych sytuacjach rodzicielskich oraz kilka ciekawych rozmów z osobami, które są dopiero na początku swojej drogi jako rodzice.

Mimo, że bycie rodzicem, obok bycia małżonkiem, to chyba najtrudniejsza praca, jaką mamy do wykonania w swoim życiu, zwykle mało czasu poświęcamy na to, aby się w tym doskonalić. Dlaczego zamiast kilku mało potrzebnych w życiu przedmiotów w szkole nie wprowadzić zajęć dotyczących np. Rodzicielstwa? Co prawda są rozmaite formy edukacji takie jak „Przystosowanie do Życia w Rodzinie”, ale mają one tendencję do skupiania się zbytnio na sprawach prokreacji i seksu, a za mało na tym, co jest sednem bycia dobrym rodzicem.

Skoro mowa o prokreacji uderzyła mnie mocno pewna obserwacji w czasie rodzinnych wakacji spędzanych kilka razy w kilku wioskach Club Med na świecie. Wychodząc na poranny trening lub idąc wieczorem z całą rodziną na kolację w tych pięknych ośrodkach wypoczynkowych często dało się słyszeć gdzieś w tle lament i długotrwały płacz dzieci. Okazuje się, że wiele małżeństw przyjeżdżając na tego typu wakacje ze swoimi dziećmi oddaje je codziennie około 8:00 do tzw. mini klubów, w których dzieci spędzają czas aż do 21:00. Zdecydowana większość tych dzieci, jest głęboko nieszczęśliwa przebywając całe dnie z dala od swoich rodziców. Podejrzewam, że gdy wracają do swoich domów sytuacja ta się powtarza, gdy rodzice przebywają cały dzień w pracy.

Jest to chyba jedna z największych sprzeczności miotającymi ludźmi. Wielu osób marzy o tym, aby mieć potomstwo. Kiedy już je mamy, niejedna rodzina  stara się w rozmaity sposób „outsourcować” wychowanie dzieci na innych, np. na nianię, dziadków, minikluby, dozorowane place zabaw w centrach handlowych itd. Można to zrozumieć kiedy ma to charakter incydentalny, np. w czasie choroby dziecka, czy też chwili potrzebnego odpoczynku dla rodziców, którzy np. chcą wyjść sobie do teatru. Gdy jednak wysługujemy się permanentnie innymi w wychowaniu swoich dzieci tak naprawdę zrzekamy się swoich praw i obowiązków związanych z byciem rodzicem.

Ta postawa nieobecności w życiu dziecka przynosi bardzo negatywne owoce dla naszych dzieci i nas samych. Znamy wszyscy masę historii z dzieciństwa wielu osób, w których rodzice, lub przynajmniej jedno z nich, nie było obecne w życiu dziecka. Obniżona samoocena,  poczucie osamotnienia, niskie poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego czy fizycznego, problemy w budowaniu więzi z innymi, uzależnienia, doświadczanie przemocy fizycznej lub seksualnej to tylko kilka z długiej listy skutków braku obecności rodziców w wychowaniu dziecka.

Uderzyła mnie szczególnie statystyka dotycząca młodocianych przestępców w USA. Aż 85% z nich wychowywało się w rodzinie bez ojca (www.psychologytoday.com), a w przypadku dzieci, które uciekły z domu ten odsetek wynosił aż 90%.

Mam wrażenie, że to poczucie osamotnienia wśró dzieci to narastający problem. Jako dorośli często przedkładamy inne rzeczy jak dodatkowy czas spędzony w pracy, na siłowni, zakupach itd., nad czas, jaki poświęcamy naszym dzieciom. Mam za sobą podobne doświadczenia jako rodzic. Dzięki pewnym śmiałym decyzjom kilka lat temu, otrzeźwieniu oraz towarzyszącej im Łasce Bożej, udało mi się przegrupować dość mocno priorytety życiowe, nad rzecz czasu spędzanego z rodziną.

Jak tu być dobrym rodzicem? Zamiast snuć jakieś skomplikowane teorie i rozbudowane zalecenia na ten temat odwołam się znowu do mądrości dziecka, którą tak często przywołuję w swojej książce „Najpiękniejsza podróż”. Jedna z najczęściej powtarzanych próśb naszego najmłodszego dziecka do nas, rodziców, brzmi krótko: Bądź!

Mocno zapadł mi w pamięci zasłyszany kiedyś dialog między ojcem i synem:

Syn: Tato, ile zarabiasz za godzinę Twojej pracy?
Ojciec:  Dlaczego chcesz to wiedzieć? Nie dostajesz wystarczająco dużo ode mnie i od mamy!?
(po jakimś czasie, ojciec wraca do syna, czując, że był zbyt opryskliwy w swoim tonie)
Ojciec: Przepraszam, że tak Ciebie zbyłem i odburknąłem. Zarabiam 50 zł na godzinę. Ile potrzebujesz?
Syn: Mam 25 zł, a potrzebuję drugie tyle.
Ojciec: Na co ci te pieniądze?
Syn: Aby kupić jedną godzinę Twojego czasu…

 

Richarad Branson, znany przedsiębiorca, odkrywca, który zbudował setki rozmaitych firm i przedsięwzięć został kiedyś zapytany jak, po jego śmierci, powinniśmy oceniać jego liczne dokonania. Innymi słowy, które z jego osiągnięć będą, według niego, najbardziej miarodajne do oceny jego bogatej spuścizny. Odpowiedział w sposób zaskakujący; jeśli ktoś chce zobaczyć, co realnie zostawiłem po sobie na tym świecie, niech oceni to tylko na podstawie tego, na kogo wyrosły moje dzieci.

Ewangelia Mateusza mówi:

Poznacie ich po ich owocach… (Mt 7,20)

… a jakie owoce po nas zostaną, kiedy już wszystko przeminie?

Opublikowano Rodzicielstwo, rodzina, Rozwój | Otagowano , | 3 Komentarze

Racja czy szczęście?

Kilka tygodni temu brałem udział w kolejnej części medytacji ignacjańskich. Miło było wrócić w znajome miejsce skupienia na „Górce” u Jezuitów w Zakopanem. Tym razem zanosiło się na trochę trudniejsze wyzwanie duchowe. Trzeba było wytrzymać w ciszy i  wyłącznie w swoim własnym towarzystwie przez 8 dni.

Po raz kolejny przekonałem się, że funkcjonowanie  bez mówienia, internetu, telefonu i książek przez dłuższy czas jest możliwe. O telewizji nie wspominam, bo od wielu lat jej generalnie nie oglądam. Wszystkim polecam taką „dietę słowną”. W ciszy wiele rzeczy staje się jaśniejszych, a i pokus do złego jest zdecydowanie mniej, o czym więcej za chwilę.

Taki okres wycieszenia i medytacji to skarbnica rozmaitych obserwacji siebie i refleksji nad życiem. Dziś chciałem się podzielić jedną z nich, która szczególnie w ostatnich dniach nabrała w dyskusji publicznej w Polsce szczególnego znaczenia. Chodzi o słowa czy też język, mowę, jaką posługujemy się na co dzień. Z wielu stron słychać apele o powstrzymanie się od tzw. mowy nienawiści. Nie mogę często oprzeć się wrażeniu, że ci apelujący zamiast łagodzić konflikty, często jeszcze je zaogniają. To homeopatyczne zaklinanie rzeczywistości językowej to słowa rzucane na wiatr.

O tym, że generalnie takie apele, czy też ludzkie słowa mają niewielką moc sprawczą czy też działają przeciw-produktywnie (taki neologizm przyszedł mi do głowy) celnie pisał blisko 2000 lat temu  Św. Jakub w swoim liście. Oto kilka cytatów:

Wiedzcie, bracia moi umiłowani: każdy człowiek winien być chętny do słuchania, nieskory do mówienia, nieskory do gniewu (Jk 1, 19)

Tak samo język, mimo że jest małym członkiem, ma powód do wielkich przechwałek. Oto mały ogień, a jak wielki las podpala (Jk 3, 5).

Wszystkie bowiem gatunki zwierząt (…) można ujarzmić i rzeczywiście ujarzmiła je natura ludzka. Języka natomiast nikt z ludzi nie potrafi okiełznać, to zło niestateczne, pełne zabójczego jadu. Przy jego pomocy wielbimy Boga i Ojca i nim przeklinamy ludzi, stworzonych na podobieństwo Boże. Z tych samych ust wychodzi błogosławieństwo i przekleństwo. (Jk 3, 7-10)

O tym jak trudno okiełznać język, aby służył dobru przekonałem się po raz kolejny na własnej skórze. Gdy naszedł niedzielny poranek wieńczący te osiem dni skupienia w Zakopanem czułem, że wielu rekolektantów nie może doczekać się, aby zacząć mówić. Mnie towarzyszyło pragnienie, aby ten okres ciszy jeszcze się nie kończył. Być może podświadomie przeczuwałem, że generalnie słowa niosą za sobą pewne niebezpieczeństwo, w które zaraz zacznę ponownie wpadać. I rzeczywiście. Tak się stało. Było to wtedy dla mnie szczególnie widoczne ze względu na dużo większy stan mojej uważności.

Jak trudno okiełznać słowa, które wychodzą z ust naszych? Doświadczyłem tego dylematu szczególnie klarownie zastanawiając się nad sensem i pożytkiem wypowiadanych przez siebie słów. Tej powściągliwości wcale nie ułatwiał mi fakt, że właśnie skończyłem ośmiodniową medytację, a jednym z głównych uczuć mi towarzyszących była wdzięczność. Skoro po takich ćwiczeniach duchowych miałem tak marne efekty, to co do dopiero mówić o normalnej codzienności.

Zastanawiałem się wtedy, czy jest jakiś skuteczny sposób, aby lepiej panować nad sobą w kwestii języka. Otrzymałem dwie podpowiedzi, w tym jedną od Św. Jakuba. Po pierwsze, jeśli już coś mówię, to warto, abym był wtedy szczególnie uważny na słowa, jeszcze zanim wypowie je mój język. Jeśli jednak nie muszę, to lepiej po prostu nie mówić. Ta druga metoda wydaje mi się szczególnie skuteczna i tak potrzebna w dzisiejszym zgiełku informacyjnym. Używając zmodyfikowanej terminologii ekologicznej chodziłoby o minimalizację  naszego „śladu słownego” (verbal footprint vs. carbon footprint).

W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera piękne pytanie o sens podejmowania utarczek słownych:

Czy wolisz mieć rację, czy być szczęśliwy?

Opublikowano sabbatical | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Oda do latania

Gdy już posmakowałeś lotu, zawsze będziesz chodził po ziemi z oczyma utkwionymi w niebo,  bo tam właśnie byłeś i tam zawsze będziesz pragnął powrócić.
Leonardo da Vinci

Są takie rzeczy w życiu, do których robienia nie trzeba nas szczególnie zachęcać. W książce „Najpiękniejsza podróż” piszę m.in. o  takich właśnie doświadczeniach, w których przeżywamy uczucie, które pięknie oddaje hebrajskie słowo tov (tłum. dobry, zgodny z przeznaczeniem).  Są to takie czynności, z których czerpiemy masę radości nawet wtedy, gdy innym kojarzą się one za jakimś uciążliwym obowiązkiem. Innymi słowy są to działania, które moglibyśmy wykonywać nawet za darmo.

Mam kilka takich pasji w swoim życiu, jak uprawianie sportu, nauka języków obcych, organizacja podróży. Obok tego mógłbym też godzinami przesiadywać na lotnisku, najlepiej gdzieś w pobliżu bardzo ruchliwego progu pasa startowego obserwując lądujące i startujące samoloty jednocześnie nasłuchując komunikacji radiowej.

Od jakiegoś czasu spełniam dość często, choć może to zabrzmi dziwnie, w ramach relaksu, tę pasję w sposób wirtualny. Wystarczy, że uruchomię dwie z moich ulubionych aplikacji na tablecie lub telefonie, tj. Flightradar24 oraz LiveATC. Dzięki tej pierwszej mogę się przenieść np. na dowolne lotnisko na ziemi i obserwować na ekranie ruch lotniczy na jego obszarze. Natomiast za pośrednictwem LiveATC mogę jednocześnie prowadzić nasłuch komunikacji lotniczej pomiędzy pilotami a kontrolą radarową danego obszaru oraz wieży lotniska. Czuję się wtedy trochę jak kontroler ruchu lotniczego.

Tak, tym razem będzie o lataniu, jednym z kilku moich zamiłowań. Pamiętam jak jeszcze w czasach 70 i 80 tych, jedną z największych moich atrakcji w ciągu roku był wyjazd z rodzinnego Grudziądza do Warszawy po odbiór, a kilka tygodni później odwóz, krewnego, który każdego roku przylatywał z Ameryki Pn. do Polski. Punktem kulminacyjnym tych dość długich podróży było wejście na stary taras widokowy na Okęciu, gdzie mogłem obserwować startujące i lądujące samoloty w oczekiwaniu na Wujka. Z tego samego tarasu można było też dobrze obserwować obsługę naziemną samolotów na płycie vis-a-vis tarasu. Jeszcze ten zapach paliwa lotniczego unoszący się w powietrzu, a potem „zapach zachodu”, który unosił się w ciasnej sali przylotów i nieco większej hali odlotów. Jak ja wtedy marzyłem, żeby chociaż raz w życiu oderwać się od ziemi?!

To marzenie towarzyszyło mi nie tylko na jawie, ale też i w snach. Najczęściej powtarzający się sen wyglądał tak, że wychodziłem na podwórko, rozkładałem ręce i zaczynałem nimi machać jak ptak… i tak jak ptak, zaczynałem wznosić się w górę i szybować sobie nad osiedlem.

Pewnego dnia rano tata obudził mnie i siostrę wcześnie rano i powiedział, że jedziemy na wycieczkę, tym razem pociągiem, do Warszawy. Wtedy zajmowało to generalnie całą noc od 24:00 do 7:00 z 2 przesiadkami i długimi oczekiwaniami na peronie. Tym razem nie był to sen.

Podejrzane wydawało mi się, że jedziemy do Warszawy pociągiem. Okazało się, że atrakcją dnia był mój pierwszy przelot w życiu na trasie Warszawa (Okęcie) – Gdańsk (Rębiechowo). Mimo, że miałem wtedy może 10 lat pamiętam wszystko ze szczegółami, np. typ samolotu An-24, układ siedzeń, co podano w czasie lotu, kto siedział wokół mnie, pogodę tego dnia itd. Ponieważ ten korytarz powietrzny na północny-zachód od Warszawy przechodzi nad Grudziądzem wspaniale było w końcu spojrzeć z tej górnej perspektywy na swoje rodzinne miasto. Tyle lat z balkonu obserwowałem przelatujące codziennie nad Grudziądzem setki samolotów czy to tych pasażerskich na wysokim pułapie, czy ruch lokalny, tzw. general aviation, za sprawą pobliskiego lotniska w Lisich Kątach.

Wiele lat później mój kontakt z lotnictwem ożywił się nieco, choć tylko w teorii. Kończąc pierwsze studia swoją pracę magisterską poświęciłem tematowi deregulacji rynku lotniczego w USA w latach 80tych. To w dużej mierze dzięki tamtemu wydarzeniu podróżowanie samolotem, z elitarnego sposobu podróżowania, stało się dziś czymś bardzo powszechnym.

Musiały minąć kolejne 22 lata, abym zrealizował praktyczne marzenie związane z lataniem, tj. nauczył się latać samolotem oraz uzyskał licencję pilota PPL(A). To właśnie stało się kilka tygodni temu po zdaniu praktycznego egzaminu państwowego i wcześniejszemu zdaniu egzaminów teoretycznych w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego w Warszawie.

Innym wymogiem dopuszczenia do końcowego egzaminu praktycznego było ukończenie kursu pilotażu. Przed podjęciem zajęć praktycznych ciekawiło mnie czy ta moja wieloletnia miłość do lotnictwa będzie odwzajemniona. Innymi słowy, czy moje naturalne predyspozycje okażą się dopasowane do trudnych wymogów związanych z lataniem.

Mój pierwszy lot szkoleniowy odbył się w bardzo wietrznych, a przez to turbulentnych, warunkach. Opanowanie samolotu, rzucanego co rusz w rozmaite strony przez porywy wiatru, przypomniało mi ujeżdżanie narowistego konia. Najgorsze turbulencje, jakie przeżyłem w samolotach pasażerskich wydawały się delikatnym wspomnieniem w porównaniu z tamtym doświadczeniem. Co za próba?! I to na pierwszy ogień! Na szczęście mnie to nie wystraszyło i pojawiłem się na kolejnej lekcji u mojego instruktora i bardzo doświadczonego pilota, tj. Pani Danuty z firmy Skyway. Zajęło mi trochę czasu zanim usłyszałem od Niej pierwszy komplement na temat swojego dobrego lądowania.

Miękkie lądowanie na lotnisku w Poznaniu – wideo

To ostatnie z czasem stało się dla mnie czymś naturalnym. Nauka latania w sposób bezlitosny obnaża nasze ograniczenia, poziom umiejętności, poziom przygotowania do lotu itp. Tu, tak jak i w sporcie, nie ma przypadków. Dobry pilotaż to sztuka, której trzeba się uczyć i ją stale doskonalić. Niepraktykowana zanika w zauważalnym tempie. Z tego też powodu licencję lotniczą, w przeciwieństwie np. do prawa jazdy, trzeba regularnie odnawiać potwierdzając swoje umiejętności praktyczne.

Zbiornik na Nysie Kłodzkiej niedaleko Paczkowa

Po starcie z lotniska Katowice Pyrzowice w kierunku południowym

Gdzieś nad Górnym Śląskiem

Przerwa na tankowanie i posiłek na lotnisku w Rybniku

Bez względu na posiadane licencje, wylatane godziny i doświadczenie dobry pilot zawsze powinien się rozwijać i nie popadać w rutynę. Ponad 90% wypadków lotniczych spowodowanych jest przez tzw. czynnik ludzki. W czasie kursu pilotażu jest wiele etapów jak latanie po kręgu, ćwiczenie startów i lądowań w rozmaitych konfiguracjach, lądowania awaryjne (bez silnika), zapobiegawcze, loty w strefach w okularach zaślepiających wszystko poza tablicą przyrządów i inne kluczowe manewry pilotażu. W drugiej części pojawiają się lot po trasach z lądowaniami na innych lotniskach. W ten sposób poznałem z lotu ptaka dużą część Polski. To poznawanie jest o tyle intensywne, że cały czas podstawowym narzędziem nawigacyjnym w czasie szkolenia jest kompas i mapa lotnicza, a nie np. GPS. Trzeba być zatem bardzo czujnym, aby się nie zgubić. Do tego wszystkiego dochodzi planowanie lotu i składanie planu lotu do odpowiednich służb, wywiad meteo, briefingi, komunikacja radiowa z kontrolą ruchu lotniczego oraz strefami lotnisk niekontrolowanych i kontrolowanych. Poruszanie się w tych ostatnich może czasem być dość emocjonujące. Jest tak wtedy, gdy w danej przestrzeni jest spory ruch lotniczy i trzeba dość sprawnie się komunikować przez radio i wykonywać manewry.

Niski przelot nad pasem 29 we Wrocławiu – wideo

Runda wokół Zamku Książ – wideo

Przelot nad Wisłą w Toruniu – wideo

Do tego wszystkiego dochodzi stała kontrola rozmaitych parametrów lotu i działania samolotu, przegląd sytuacji w powietrzu tak, aby nie zderzyć się z innym statkiem powietrznym, przeszkodą terenową czy też ptakami.  Roztargnienie czy utrata kontroli nad samolotem to ostatnie rzeczy, na które możemy sobie pozwolić pilotując samolot. Tu nie ma czas na to, aby „zatrzymać” się gdzieś w powietrzu i pomyśleć, co dalej. Bez względu na to co się dzieje w środku, czy na zewnątrz, trzeba stale pilotować samolot i być czujnym.

Wydaje mi się, że latanie zmienia ludzi. Rozwija w nich wiele cech, które albo były wcześniej uśpione, albo, dzięki niemu, osiągają dużo wyższy poziom. Mam tu na myśli takie umiejętności czy cechy jak planowanie, dyscyplina operacyjna, radzenie sobie ze stresem, szybka ocena sytuacji, odpowiedzialność, samoocena czy też pokora. Ta ostatnia wydaje mi się kluczowa. Jej przeciwieństwo w lotnictwie to brawura wynikająca ze zbytniej pewności siebie.

Pilot nigdy nie musi donikąd lecieć – to kolejna z zasad, która bezlitośnie sprowadza dosłownie na ziemię tych, którzy ośmielili się podjąć zbytnie ryzyko, np. wbrew trudnym warunkom pogodowym. Tak skończyła się m.in. jedna z największych katastrof lotniczych w dziejach RP.

Postój na tankowanie na lotnisku Ławica w Poznaniu

Pozycja „z wiatrem” do pasa 28 na lotnisku Ławica w Poznaniu. Widok z boku kabiny na pas i terminal.

Pozycja „z wiatrem” do pasa 28 na lotnisku Ławica w Poznaniu. Widok na miasto i stadion Lecha na godzinie 1:00.

Niedaleko Solca Kujawskiego. W tle wieże radiowej Jedynki.

Most kolejowy na Wiśle w Toruniu

Tężnie w Ciechocinku

Pozycja z wiatrem do pasa w Kruszynie (Włocławek)

Powrót do bazy w Mirosławicach

Widok od strony południowej na oba pasy na moim macierzystym lotnisku w Mirosławicach (EPMR)

Jelcz-Laskowice. Widok na część przemysłową.

Sanktuarium NMP Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II pod Toruniem

Gdy po swoim pierwszym locie szkoleniowym wsiadłem z powrotem do samochodu czułem, że jego prowadzenie stało się jeszcze prostsze. Jeszcze większą ekscytację przeżyłem pilotując po raz pierwszy samolot solo. Takie chwile pozostają w pamięci na zawsze. Jestem w kabinie tylko ja. Liczy się to, czego się nauczyłem i zaufanie we własne umiejętności. Niezwykle cenne w tym momencie jest też zaufanie, jakim obdarza mnie instruktor puszczając mnie samego w przestrzeń powietrzną. Nie chodzi tylko o umiejętności. Z lotniska Mirosławice, gdzie się szkoliłem, jest tylko kilka minut lotu Cesssną na międzynarodowe lotnisko Strachowice we Wrocławiu. Jakiejkolwiek wielkości statek powietrzny w nieodpowiedzialnych rękach może stworzyć olbrzymie problemy. Pokazał to ostatni atak dronów na lotnisku Gatwick pod Londynem.

Latanie. Niewiele jest słów, które wywołują tak silnie pozytywne skojarzenia i emocje. Oderwać się od ziemi, wzlecieć ku niebu, rozkoszować się pięknem stworzenia, przeżyć poczucie spełnienia, przygody czy też olbrzymiej satysfakcji płynącej z pokonania własnych ograniczeń.

Cieszę się nie tylko z nabytych umiejętności oraz uzyskanej licencji ale też z faktu, że to moja lotnicza miłość okazuje się odwzajemniona. Może warto by się tym zająć bardziej profesjonalnie?

Opublikowano sabbatical | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Wszyscy mamy wpływ

W moim poprzednim wpisie na temat niedawno wydanej przeze mnie książki „Najpiękniejsza podróż” wspominałem o konferencji The Global Leadership Summit (GLS), na której miałem przyjemność wystąpić niedawno jako mówca.

„Wszyscy mamy wpływ” to hasło przewodnie tej konferencji, na której spotykają się ludzie z różnych środowisk, którzy razem mogą stawać się lepszymi liderami, wywierając istotny wpływ na swoje rodziny, wspólnoty, firmy, instytucje, szkoły i społeczności.

Organizatorzy konferencji twierdzą, że dobre przywództwo jest kluczowe, jeśli chcemy zobaczyć dobre zmiany w świecie pełnym palących problemów, trudnych do rozwiązania konfliktów i nowych, nieznanych dotąd wyzwań. Przywództwo oparte na wartościach ma ogromną moc, by zmieniać świat, w którym żyjemy. Jednak, by dobre i znaczące zmiany miały miejsce, potrzebni są liderzy znający swoją tożsamość, wartości i kierunek, w którym podążają.

Absolutnie się zgadzam z powyższą opinią na temat roli przywództwa. Wiele pozytywnych jak i negatywnych przykładów z życia pokazuje dobitnie relacje między jakością przywódców a wynikami oraz stylem funkcjonowania organizacji, którym przewodzą. Nie od dziś wiadomo na przykład, że pracownicy zwykle zaczynają pracować dla firmy, a odchodzą z niej zwykle z powodu swoich niedomagających liderów. Z przywództwem mamy do czynienia dosłownie wszędzie: w biznesie, innych organizacjach jak szkoły, kościoły, sport, rodzina czy my sami. Tak, każdy z nas jest dla siebie też przywódcą, który siebie prowadzi korzystając ze swojej wolnej woli oraz rozmaitych talentów. Ponieważ żyjemy w czasach sporego kryzysu przywództwa, ta tematyka wydaje się bardzo istotna.

Wracając do GLSa, z tym wydarzeniem zetknąłem się po raz pierwszy cztery lata biorąc w nim udział jako uczestnik. Zaintrygowało mnie nie tylko to, że jest to największa konferencja na świecie dotycząca przywództwa ale też fakt, że rozmaici mówcy nie boją się odwoływać do wartości chrześcijańskich i do Boga w swoich wystąpieniach. Dla mnie, człowieka wierzącego, sfera duchowa ma fundamentalne znaczenie w życiu. Myślę, że jest tak w przypadku wielu innych osób. A jednak dajemy się często, w myśl politycznej poprawności lub asymetrycznie rozumianej tolerancji, spychać do katakumb z naszą wiarą.

Tym bardziej zadziwiło mnie pozytywnie, że tacy uznani mówcy jak Jim Collins, Bono, Jack Welch czy Brene Brown nie obawiają się przyznawać do Boga i Jemu oddawać cześć.

Innym atrakcyjnym elementem GLS jest to, że na konferencje w poszczególnych krajach zapraszani są też ciekawi mówcy. Jeden z nich, abp. Grzegorz Ryś, był dla mnie takim magnesem cztery lata temu podczas mojego pierwszego GLSa. Wśród innych zaproszonych gości bywali tu Anna Dymna, Krzysztof Zanussi, Szymon Hołownia czy Premier Jerzy Buzek.

Tym bardziej zobowiązujące było zaproszenie mnie w roli mówcy w tym roku. Zamiast pisać o samym moim wystąpieniu poniżej znajdziecie link do jego nagrania.

Prezentacja_video

To co mnie niezwykle urzekło tym razem na GLSie to bardzo pozytywna i spontaniczna reakcja na moją prezentację wielu uczestników, którzy dawali i dają mi to odczuć po dzień dzisiejszy. Mam trochę doświadczeń w wystąpieniach publicznych m.in. dotyczących tego jak reagują słuchacze. W USA, Wielkiej Brytanii jest dość typowe, że po wystąpieniu uczestnicy śmiało podchodzą do prezentera i dzielą się spontanicznie swoimi reakcjami. W Polsce nie zdarzyło mi się wiele razy usłyszeć wprost jakieś opinie po prezentacji. Tym razem było inaczej zarówno na konferencji w Krakowie i tydzień później w Warszawie. Była to wspaniała nagroda za trud związany z przygotowaniem.

Polska konferencja GLS jest organizowana od 12 lat przez wspaniałą ekipę ludzi pod przewodnictwem Piotra Gąsiorowskiego. To dzięki nim klimat tej dwudniowej konferencji odbywającej się rokrocznie pod koniec listopada jest unikalny. Energia organizatorów oraz jednoczące uczestników wartości udzielają się wszystkim bardzo pozytywnie.

Mam nadzieję, że zachęcę Was wszystkich do udziału w GLSie. Za każdym razem po dwóch dniach słuchania rozmaitych wystąpień wracam z konferencji z głęboką refleksją nad swoim przywództwem i zapałem do dalszej pracy.

Gwarantuję, że nie znajdziecie nigdzie w Polsce wydarzenia z zakresu przywództwa, które da Wam większą wartość. Poza tym wpisowe jest naprawdę symboliczne porównując do innych tego typu konferencji.

Gorąco polecam udział. Konferencja GLS_link

Opublikowano przywództwo, sabbatical | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Najpiękniejsza podróż

Ostatnie miesiące były dość intensywne w moim życiu. Z tego też powodu niewiele się w tym czasie działo na tym blogu. Obiecuję wrócić do dawnej regularności w najbliższym czasie tym bardziej, że nazbierało się sporo tematów.

Dziś chciałem napisać o kolejnym z owoców tegorocznego sabbaticalu, który po długim czasie przygotowywania ujrzał w końcu światło dzienne. Mam tu na myśli swoją pierwszą książkę, która ukazała się niedawno. Jej tytuł to „Najpiękniejsza podróż”.

najpiekniejsza podroz Obwoluta ksiazki

Zanim podejmiesz decyzję, aby kupić i przeczytać tę książkę, zadaj sobie jedno pytanie: O czym marzysz? Być szczęśliwym, tu i teraz – odpowiedziałaby większość ludzi.

Ale jak to osiągnąć? Jak sprawić, żeby życie było lepsze? Jak wykorzystać do tego czas, miejsce i własne możliwości? Z jakimi mitami zderzamy się przy myśleniu o własnym rozwoju? Czy naprawdę o jego istocie stanowią nasze sukcesy? I dlaczego warto zdecydować się na dłuższą przerwę od pracy zawodowej?

Czy zatem autentyczny rozwój osobisty jest w ogóle faktem czy jakimś mirażem? Czy jest zastrzeżony tylko dla ludzi wybitnych, czy dostępny nam wszystkim? Wreszcie,
co tak naprawdę stanowi o autentycznym rozwoju człowieka? Może to, co uważamy za rozwój, wcale nim nie jest. Być może dokonuje się on w miejscach i czasie,
w których się tego najmniej spodziewamy.

 Fragment

Książka w dobrym towarzystwie

Moja motywacja do napisania tej książki wynikała przede wszystkim z potrzeby podzielenia się pewnymi refleksjami i doświadczeniami dotyczącymi autentycznego rozwoju osobistego. Pisząc ją miałem też okazję uporządkować sobie wiele z tych przemyśleń w pewne ramy.

Żona, która jest psychoterapeutką i założycielką Centrum Rozwoju Osobistego i Pracy z Rodziną Ja-Ty-My (www.jatymy.info), mawiała mi często w trakcie mojego pisania, że ma ono też dla mnie wymiar terapeutyczny. Coś w tym jest. W trakcie jej powstawania i patrząc z większego dystansu na wiele spraw towarzyszył mi duży spokój oraz poczucie większej jasności skąd idę, gdzie jestem i dokąd zmierzam.

Pisząc zmuszamy się do tego, aby zwerbalizować nasze doświadczenia. Był to dla mnie nie lada wysiłek. Z jednej strony mam wrażenie, że niektóre rzeczy w miarę upływu lat zaczynam lepiej rozumieć, a z drugiej strony trudniej mi to rozumienie ubrać w słowa. Te ostatnie wydają się często takie banalne. A tu jeszcze chodzi o to, aby zamysł autora trafił do czytelnika.

W miarę postępu prac nad książką widziałem jednak, że to dłuższe doświadczenie pisarskie było dla mnie bardzo rozwojowe. Z każdym postępującym rozdziałem czułem większą lekkość pióra i łatwość w opisywaniu treści, które chciałem przekazać. Stało się to dla mnie szczególnie widoczne przy korekcie i redagowaniu książki wspólnie z wydawnictwem. Pierwsze rozdziały wymagały sporo pracy a manuskrypt w pierwszej jego części był dość czerwony od wszelakich uwag i komentarzy.

A propos procesu pisania już rok temu w czasie tzw. Fundamentu na rekolekcjach ignacjańskich zauważyłem, że pomaga ono w rozwoju duchowym. Nazywając rozmaite rzeczy, doświadczenia czy uczucia mam wrażenie, że stoję mocniej na nogach a nie dryfuję dokądś bez celu.

Mimo, że książka nie jest jeszcze powszechnie dostępna wydawnictwo Esprit wydrukowało na moją prośbę kilkaset sztuk na Globalną Konferencję Przywództwa w Krakowie i w Warszawie (www.gls.org.pl), na których miałem przyjemność wystąpić. O samej konferencji GLS napiszę więcej w kolejnym wpisie.

Ten pierwszy nakład rozszedł się bardzo szybko, co może być dobrym prognostykiem na przyszłość.

Podpisywania i krówki

Na koniec chciałem się podzielić pierwszą opinią o książce, którą otrzymałem niedawno od jednej z czytelniczek.

Skończyłam czytać „Najpiękniejszą Podróż”.. Jestem pod wrażeniem odwagi i równowagi w tak wielu aspektach życia! Książka jest bardzo inspirująca. Uczy i motywuje do działań… wymagania od siebie więcej.. aby być lepszym spełnionym człowiekiem.

Iwona Gajewska-Rodriguez

Korzystając z okazji chciałem zachęcić innych moich czytelników do dzielenia się swoimi opiniami i komentarzami. Tym, którzy już kupili książkę dziękuję za kredyt zaufania oraz życzę im inspirującej lektury.

Co ciekawe pierwszą osobą, która zakupiła książkę była sympatyczna Pani Beata z Wrocławia (patrz zdjęcie poniżej), którą spotkałem na konferencji GLS w Krakowie.

Pani Grażyno

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Esprit z Krakowa. W powszechnej dystrybucji i sprzedaży będzie dostępna ona od przełomu stycznia i lutego przyszłego roku. Dla zainteresowanych warto też sprawdzać stronę wydawnictwa www.esprit.com.pl

Opublikowano sabbatical | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz