6 lutego, 2018: Dzień II

Trasa: Pampeluna – Puente la Reina
Dystans: 28 km

Pierwszy etap wędrówki za mną. Dzień zacząłem od wizyty w pięknej katedrze w Pampelunie licząc na to, że tam dostanę tzw. Credencial, czyli paszport pielgrzymi, który przyda mi się w czasie całej wędrówki i w Santiago de Compostela.
Tak się też stało. Miła, starsza pani zaprowadziła mnie do zakrystii, gdzie kościelny wyciągnął z szafki nowiuteńki credencial i przystawił mi w nim pierwszą pieczątkę.

Idąc do i z Katedry podziwiałem urodę startego miasta Pampeluny. To tutaj na początku lipca odbywają się słynne na cały świat gonitwy przed bykami, tj. San Fermin. Pewnie nie jest to wtedy dobry czas na pielgrzymowanie, gdyż miasto jest pełne turystów. Teraz generalnie są pustki. Idąc głównym placem przykuwa moją uwagę obecność jednej z restauracji mojej firmy, marki La Tagliatella. Szkoda, że jest tak wcześnie i jest jeszcze zamknięta. Zjadłbym coś dobrego. Przeczuwam podświadomie, że dobre jedzenie nie będzie mi dane przez najbliższe tygodnie. Z drugiej strony, może i dobrze, bo bym za dużo zjadł i ciężko byłoby wspinać się po górach. Dzisiejszy etap, choć nie ekstremalnie długi, będzie miał trochę przewyższeń.

Czuję, że mimo lekkiego przeziębienia wszystko mi dziś sprzyja. Jeszcze krótkie zakupy jedzenia, śniadanie i wyruszam energicznie w kierunku południowo-zachodnim. Po drodze obchodzę wielką cytadelę, która przywołuję jeszcze jedno ważne wydarzenie z historii miasta. Około 500 lat temu w czasie oblężenia miasta przez wojska francuskie został ranny jeden z dzielniejszych rycerzy hiszpańskich w owym czasie. To doświadczenie oraz długie leczenie i rekonwalescencja były momentem wielkiego nawrócenia tego człowieka, który jakiś czas później założył Zakon Jezuitów i został po śmierci ogłoszony świętym. Mowa tu o Św. Ignacym z Loyoli. To ten sam człowiek, który stworzył też ignacjańskie ćwiczenia duchowe, o których pisałem w jednym z wcześniejszych wpisów. Ciekawe, że nasze drogi się znowu krzyżują.

Po obejściu cytadeli widzę już charakterystyczne znaki oznaczające szlaki Św. Jakuba, które prowadzą do celu mojej wędrówki, tj. Grobu Św. Jakuba w Santiago de Compostela. Tym znakiem jest charkterystyczna muszla. Jak ktoś lubi przegrzebki, zwane też małżami Św. Jakuba, to właśnie w takich muszlach się one rozwijają.
Gdy już obieram właściwy azymut wychodząc z miasta, na horyzoncie wyłania się pasmo gór pokrytych śniegiem, które będę musiał dziś przejść. Mimo zimna pogoda jest super. Słoneczko, lekki wiatr w plecy. To chyba jakiś pirenejski halny mnie popycha do przodu.

Po kilku kilometrach zaczynam iść już pod górę i czuję, że mimo zimna muszę zdjąć jedną warstwę bo się „grzeje pod maską”. Idąc szlakiem, przez wsie i domostwa uderza mnie pustka. Gdzie są wszyscy ludzie? Czy był jakiś atak nuklearny? Na szlaku też nie ma nikogo poza kilkoma miejscowymi, którzy albo idą sobie na spacer z pieskiem albo biegają i pozdrawiają mnie serdecznym Buen Camino.

Po ponad 2 godzinach marszu docieram na szczyt Alto del Perdon, czyli góry przebaczenia (770 n.p.m.). Szlak jest generalnie w dobrym stanie. Trzeba tylko uważać miejscami na spore błoto, śliskie kamienie lub miejscowe oblodzenie. Mówi się, że po osiągnięciu tego szczytu przez pielgrzymów otrzymują oni odpuszczenie swoich grzechów, a przez to duchowe zdrowie na resztę wędrówki.

Rzeczywiście schodząc ze szczytu czuję jakąś większą lekkość. No ale nie oszukujmy się z tym odpuszczaniem grzechu. Tu nie ma żadnej magii, tylko są potrzebne konkretne działania. Pan Bóg jest konkretny i tego samego oczekuje od nas. Nie ma co liczyć wyłącznie na tzw. spowiedź powszechną. Trzeba się od czasu do czasu przyglądnąć trochę lepiej swojemu życiu i pewne rzeczy wypowiedzieć z żalem i dobrym postanowieniem i zadośćuczynieniem na głos.
Ciekawe, że np. w wielu firmach ludzie dość powszechnie akceptują tzw. ocenę roczną robioną przez przełożonego. Z drugiej strony dla wielu tzw. wierzących niepraktykujących myśl o spowiedzi często jest im odległa. Można jeszcze, jak na Zachodzie, chodzić do psychoterapeuty, choć też to nie wystarczy, aby leczyć swojego ducha.

Wracając na szlak uderza mnie poczucie, że Bóg mi stale towarzyszy. Ponieważ jest wtorek odmawiam Tajemnice Bolesne Różańca i co widzę po drodze w trakcie rozważania Ukrzyżowania …. cierniste krzaki. Ponieważ jest sporo błota muszę jedną ręką trzymać te ciernie z dala od siebie, aby nie porwać sobie kurtki. Przypadek? Nieeee. On tu jest. Kolejne dowody będą na trasie.

Po blisko 3,5 godzinach zrobiłem krótki postój aby znaleźć coś do jedzenia w plecaku. Wszystko po drodze pozamykane. W Polsce mamy pod tym względem dużą wygodę. Zawsze można znaleźć otwarty jakiś sklep ogólnospożywczy i bar. Tu między 14 a 17:00 głucha cisza. Siesta w środku zimy. Na szczęście moja wytrzymałość też dotyczy niejedzenia przez dłuższy czas.
Krótko przed 15:00 myślę o tym żeby odmówić Koronkę do Miłosierdzia w godzinie Jego śmierci i … wyłania się przede mną ławka a przed nią drzewo i figura maryjna. Jest 14:58. Nie żartuję. Czy jest to przypadek? Coś za dużo tych przypadków.

Fizycznie taki trekking nie jest dla mnie szczególnym wyzwaniem dzięki mojemu dobremu wytrenowaniu wytrzymałościowemu. Obawiam się tylko jednego – odcisków. Czuję, że od schodzenia z gór zaczynają mnie trochę „palić” stopy. Oby to nie był początek pęcherzy. Pewnie i tak mnie to nie ominie.

Po około 4,5 godzinach czystego marszu docieram do miejsca swojego pierwszego pielgrzymiego noclegu w Puente la Reina. Po okazaniu swojego Credencial i zapłaceniu 5 EUR dostaję pryczę w wieloosobowym pokoju. Ku memu zaskoczeniu jest w nim już zakwaterowanych kilka innych pielgrzymów. Podejrzewam, że wiele z tych twarzy będę widział na trasie lub w schroniskach po drodze.

Medytacja I – Pokój Boży zamiast troski

Słowo jakie sobie wziąłem dziś na medytacją pielgrzymią to jeden z moich ulubionych fragmentów z Listu do Filipian:

O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem! A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie
(Flp 4, 6-7)

W tym tekście szczególnie przykuwa moją uwagę sformułowanie „zbytnio” oraz „pokój Boży”.
Kiedy wiadomo, że coś jest robione „zbytnio”, zadawałem sobie pytanie? Nie mam na to żadnej mądrej definicji. Mam natomiast całą listę spraw, które robię zbytnio. Podoba mi się ta droga aby moją „zbytnią troskę” zamienić na prośbę z dziękczynieniem. Wiadomo, że od zmartwień to tylko zmarszczki i wrzody. Od razu przychodzi mi na myśl inny fragment z Ewangelii Mateusza o zbytnim troszczeniu się:

Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? (…)
Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia?
(Mt 6, 25, 27)

Wracając do fragmentu z Filipian jest i ta obietnica. „Pokój Boży”, który przewyższa wszystko inne, a szczególnie moje często rozbiegane myśli i wieczne zamartwianie się. Co za wspaniała perspektywa? Troskę zamienić na pokój Boży… To moje pragnienie.

Opublikowano Duchowość, El Camino, Hiszpania, Meditation, Medytacja, Polish, Polska, sabbatical, Spain | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

5 lutego, 2018: Dzień I

Aby zacząć swoją pielgrzymkę musiałem najpierw dotrzeć samolotem z Wrocławia przez Warszawę do Madrytu. Po wylądowaniu w stolicy Hiszpanii okazało się, że zima tu jest większa niż w Polsce. Z prognoz pogody wynika, że na mojej trasie też jest dość zimowo.

Wieczorem udałem się pociągiem na północny-wschód Hiszpanii do Pampeluny. Kilka godzin w Madrycie spędziłem na spotkaniu ze znajomym. Wracając z restauracji z powrotem na główny dworzec kolejowy Atocha w Madrycie poczułem przeszywające zimno i ziąb na twarzy. Nasz spacer to było raptem jakieś 500 m. A gdzie tu iść w takiej aurze setki kilometrów – i to jeszcze w górach? Dociera do mnie powoli, że nie będzie to taki sobie spacerek po górach, dolinach.

Mam nadzieję, że z tych trudów wyniknie coś dobrego i że im bliżej marca, tym warunki będą coraz lepsze. W końcu ..

 

Moc w słabości się doskonali …

(2 Kor 12,9)

 

To taki jeden w wielu paradoksów chrześcijańskich. Jak to? Co ma słabość wspólnego z mocą? Przecież świat tak gloryfikuje wszystko naj, hiper itd.

W tym kontekście patrzę na swoje przeziębienie, którego się nabawiłem wczoraj, jak na błogosławieństwo. Tę tajemnicę o mocy w słabości będę miał zapewne okazję medytować wielokrotnie w drodze.

Nazwa dworca Atocha kojarzy mi się z bardzo tragicznym atakiem bombowym kilka lat temu na pasażerów jadących niedaleko tej stacji. Przejeżdzając tamtendy pojawiły się mojej głowie te cierpiące osoby, ich krzyki. Pomyślałem od tych, co to przeżyli i o traumach, jakie przeżywają do dziś. Jestem wdzięczny, że takie zamachy nie miały miejsca w Polsce, mimo, że też angażowaliśmy naszych żołnierzy w wojnach na Bliskim Wschodzie.

Jest też bardzo miły akcent tego dnia. Mój znajomy Amerykanin, zagorzały kibic swojej drużyny futbolu amerykańskiego, Philadelphia Eagles, w końcu doczekał się zwycięstwa swojej drużyny w tzw. Super Bowl, czyli finale rozgrywek futbolu amerykańskiego. Radość Drew jest pewnie taka, jakbyśmy my, Polacy, cieszyli się ze zdobycia mistrzostwa świata na mundialu. Jaki miło jest uczestniczyć, chociaż zdalnie, w kogoś radości! Ale wyszła mi nieplanowana analogia? Tu orły i tam orły!

Biorąc pod uwagę swój obecny stan zdrowia, oraz konieczność poświecenia połowy dnia jutrzejszego aby dotrzeć na pierwotnie planowane miejsce rozpoczęcia mojej pielgrzymki, tj. do Roncesvalles, na 99% zacznę ją jednak jutro od Pampeluny, w której zatrzymuję się na pierwszy nocleg dziś wieczorem. Mówiąc o moim dzisiejszym noclegu (jedyny planowany na tej trasie) właśnie odebrałem telefon od właściciela. Poinformował mnie, że w związku z moim zbyt późnym przyjazdem do hostelu anuluje moją rezerwację i mam sobie szukać miejsca gdzie indziej, bo nie chce już na mnie czekać. Dodam, że jest już prawie 23:00 a mój pociąg stoi gdzieś w polu niedaleko Saragossy i ma jakąś usterkę techniczną. Tak czy inaczej tak łatwo nie ustąpiłem i właściciel znalazł inne rozwiązanie, jak mogę sam dostać się do pokoju. Na marginesie, bardzo się zdziwił usłyszawszy, że zaczynam El Camino mówiąc:

 

Przecież jest zima i wszędzie leży śnieg

No cóż. Jutro będzie ciekawy dzień. Będę mógł się osobiście przekonać, czy tzw. szlak francuski El Camino jest drożny, czy nie.

W samolocie do Warszawy spotkałem innego znajomego, szefa i znaczącego akcjonariusza jednej z większych polskich firm. Był zaskoczony widząc mnie w nietypowym stroju dla większości osób latających rano na trasie Wrocław-Warszawa. Dzięki ciekawej rozmowie pierwszy etap podróży minął bardzo szybko. Przed wejściem do kolejnego samolotu z Warszawy do Madrytu odwiedziłem jeszcze tzw. Business Lounge, aby się nieco posilić przed dalszą podróżą. To co mi się mocno rzuciło w oczy przebywając w tym salonie dla biznesmenów, to unoszący się w powietrzu smutek, zmęczenie i napięcie na twarzach wielu mimo porannej pory. Jeszcze niedawno byłem w tym gronie i pewnie wyglądałem podobnie.

Powoli przestawiam się też na komunikację po hiszpańsku. Jest to niezwykłe, że mimo tak niewielu okazji do wykorzystywania tego języka na codzień, komunikacja nie stwarza mi większych problemów. Wytłumaczenie mam na to jedno. Kocham ten język, z wzajemnością.

Opublikowano El Camino, Hiszpania, Meditation, Polish, Polska, sabbatical | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Feb 5, 2018: Day I

To start my pilgrimage I had to first get to Madrid by plane via Warsaw. Upon landing it turned out that winter in the capital of Spain is stronger than in Poland. The weather forecest for the cities along my route is equally winterlike.

In the evening I took the train to Pampelona, a mid-size city in north-eastern part of Spain. I spent a few hours I had to kill in Madrid with a friend of mine. Going back from the restaurant to the main train station of Madrid, Atocha, I felt acute cold piercing through my body and a chill on my face. Our walk was just 500 m long. How can I walk several hundred miles in a weather like this and a much harder terrain!? The reality of the challenge is slowly sinking in. It will not be a walk in the park. I hope that something good will come out of this and getting closer to March the weather improves a bit. After all…

 

My power works best in weakness …

(2 Cor 12,9)

 

This is one of the paradoxes of Christianity. What does power have to do with weakness? The world glorifies things using superlatives such as the most, hyper, super etc. In this context I view the cold I caught yesterday as a blessing. This mystery about strength in weakness I will meditate many a time along the way.

Back to the train station in Madrid, the name Atocha reminds me of a terrible bombing attack on travelling passengers a few years ago at that place. Going through that neighborhood I relfected upon the suffering people, their painful shouting. I thought about those who survived and the trauma they have dealt with since then. I am gratful we have been spared such attack in Poland despite our involvement in some military interventions in the Middle East.

There is also a positive accent of today. My American friend, who is a huge fan of the Philadelphia Eagles American footbal team, can celebrate his team’s first victory in Super Bowl. Drew’s joy must be equivalent to Poles celebrating one day our victory in FIFA World Cup. It is such a great pleasure to participate, even remotely in somebody elses’s joy. I am surprised at an unplanned analogy! Eagles here, eagles there.

Taking into consideration my current health condition and the need to spend half a day to get to my originally planned place of start in Roncesvalles, I wil most likely start my journey from Pampelona where I am going to stay tonight. Speaking about my accommodation tonight (the only one I have planned) I just got a call from the owner that he is cancelling my reservation and he does not want to wait for me until I check in late at night. After my pushback he changed his mind and provided some info how I can open the coded doors myself. When he learned I am starting El Camino tomorrow he said:

But it is winter and there is snow everywhere …

Well, tomorrow is going to be an interesting day to see for myself whether the trail is passable or not.

On the plane from Wroclaw to Warsaw I bumped into the CEO and a major shareholder of a large Polish company I had met some time ago. He seemed surprised seeing me in my hiking attire contrasting with the dominant formal business dress code on the morning plane. Our engaging conversation made the whole flight whizz by very quickly. Before boarding my next plane to Madrid I visited a business lounge to have a snack. What struck me there was the feeling of sadness, fatigue and tension on people’s faces despite a sunny morning. Not so long ago I was in that group and probably looking similar.

I slowly switch to communication in Spanish. It is amazing that despite very few occassions to speak this language I have no problems getting by. I attribute this mostly to one thing; I love that language, and it is mutual.

Opublikowano El Camino, English, sabbatical, Spain | Otagowano , | Dodaj komentarz

El Camino

Po miesięcznym odpoczynku czas na realizację pierwszego z dziesięciu pragnień z „Bucket List” zaplanowanych na ten rok. Wyruszam dziś do Hiszpanii, gdzie odbędę samotną miesięczną pielgrzymkę z Pirenejów do Santiago de Compostella. Mam do przebycia pieszo około 800 km w terenie raczej wyżynnym i w zimowym klimacie  północnej Hiszpanii.

9633432

Spodziewam się, że nie będzie to łatwe doświadczenie, tym bardziej, że pogoda jest tam podobna, jak teraz w Polsce. Zamierzam iść w ciszy kontemplując oraz żyjąc najprościej jak potrafię przez najbliższy miesiąc. Z doświadczeń Fundamentu, o których już wcześniej pisałem, wiem, że On przychodzi do nas w ciszy. Wtedy mamy szansę lepiej usłyszeć Jego głos. Sama siła woli tu nie wystarczy. Aby doświadczyć autentycznej przemiany chcę pozwolić mocy Boga działać we mnie.  Takie otoczenie powinno sprzyjać. Latem El Camino przemierzają tysiące pielgrzymów; zimą – nieliczni.

Zarzucam też na miesiąc wszelką inną aktywność, a w szczególności sport, od którego nie miałem przerwy przez wiele lat. Wspinaczkę korporacyjną-społeczną zawiesiłem już miesiąc temu na cały rok. Nie ukrywam, że chyba najtrudniejsza dla mnie będzie długa rozłąka z rodziną. Czuję się szczególne wdzięczny za niezasłużoną Łaskę, której cały czas doświadczam, i która daje mi siłę do podejmowania działań pod prąd.

Obiecuję w trakcie pielgrzymki modlić się w intencjach mi już powierzonych. Nie obiecuję przesyłania regularnych raportów z trasy, choć będę się o to starał w miarę możliwości. Mój plecak waży mniej więcej tyle ile moja walizka na dwudniową podróż służbową. Zabieram z sobą tak niewiele, a zarazem tak dużo.

buen camino.jpg

Opublikowano El Camino, Hiszpania, Meditation, Medytacja, Polish, Polska | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

El Camino

After a month-long rest it is time to embark on the first of my bucket-list projects planned for this year. Today I am leaving Poland for Spain to do my 30-day walking pilgrimage from the Pyrennees to Santiago de Compostela. I have got roughly 800 km to cover in a rather hilly terrain and the winter climate of northern Spain.

9633432

I do not expect this to be an easy experience as the weather there is like it is in Poland now. I intend to walk in contemplating silence and live as simply as I can for the next 30 days. Based on my Foundation experience, I covered earlier on this blog, I know He comes to us in silence. We have a better chance to hear His voice then. The sheer will power is not enough here. To experience authentic transformation I want God’s power to work in me. The context should help. During the warmer months El Camino is full of pilgrims; in winter, not so much.

I give up all the other activities for one month including sports. I have not had such a break for many years. I put my corporate and social ladder climbing on hold already last month for the whole year. The most difficult part of this project will be being away from my family for one month. I feel particularly grateful for the undeserved Grace I continue experiencing, which gives me strength to go upstream.

During the pilgrimage I promise to pray in the intentions I have been asked for. I do not promise sending regular updates though I will try to do so. My backpack weighs as much as my carry-on luggage for a two-day business trip. I am taking so little yet so much with me on this journey.

buen camino

Opublikowano El Camino, Hiszpania, Meditation, Medytacja, Polish, Polska, Spain | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

… is their name

“Before I formed you in the womb I knew you, before you were born I set you apart; I appointed you as a prophet to the nations.”

Jeremiah 1,5

 

I am grateful to my parents for my first name. How many of you could say the same? In biblical tradition giving somebody a name determines their identity, purpose, destiny. Looking at it from a purely human level we may think that a name is given by our parents or other family members, such as grandparents. When you go a bit deeper and look at the lives of people you know better, it is hard to resist an impression that the name they bear, had already been planned for them earlier by God, just like in the quoted excerpt from Book of Jeremiah.

A casual comment made by one of the people serving me the other day in the US inspired me to write this post.

Travelling a lot around the world I often meet people who are embarrassed to try to pronounce my name, Wojciech (diminiutive version: Wojtek ). I have heard several version of its prounanction and spelling. This was particularly frusttrating for my teachers at the university in the US. Each time I was given a chance to say something in class by raising my hand, they would not dare to say my name. This was the case despite my name tag being clearly displayed in front of me in big print. As a side note, I want to add that Americans are especially sensitive to be able to address the other person by their first name.  Not being able to do so was doubly frustrating for them.

This name-saying challenge often appears when using different kinds of services, such as gastronomy. At my company which is a large restaurant operator, AmRest (WSE ticker: EAT), we have been for quite some time successfully adapting this American model of first name address when taking orders from our guests. After all most of us like the sound of their first name. Therefore first-name basis helps to establish better communication and making it more friendly. Obviously in a more hierarchical social structure in Poland you have to be more careful with that. Not all people have tollerance for hobnobing. Anyway, this is one of the best service practices I like a lot.

Back to many versions of my first name I have already heard such propositions as: Votush, Wotchech, Wow…I can’t-say-that-man, hitech etc.  Recently I have heard two new ones, i.e. Vodek i Voy. The latter one got my attention in particular. A waiter in a fast-food chain trying to utter my first name said that my name sounds so strong.

Voy!!!! Wow. This is such a strong name, man!

Voy

Since I know the meaning of my first name I was totally shocked at his great intuition regarding my first name. Little did he know that my name actually signifies a warrior (Woj-), who brings joy (-ciech), or the one who fights with joy. I admit my first name describes me pretty accurately.

When I look at my wife and daughter, both named Anna, I see in them the quintessence of their name, i.e. grace and beauty. As for my sons, the eldest one, also Wojciech, shows traces of a joyful warrior. Our youngest, Jas (diminiutive from Jan), who is soon turning 1,5 year, is a true embodiment of his first name, which means God is gracious and generous Giver. After all not many parents can say, they both being after 40 got such a great gift from Him.

So, do you know the meaning of your first names? Do you see the calling and identity they entail in your lives? I encourage you to contemplate that.

Vodek

Opublikowano English, Polish, Polska, USA | Dodaj komentarz

… jest jego imię

Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię
Jr 1, 5

Jestem wdzięczny rodzicom za swoje imię. Ilu z Was może to samo powiedzieć, co ja? W tradycji biblijnej określenie imienia nadaje komuś jego tożsamość, istotę, przeznaczenie. Patrząc na sprawę przez pryzmat czysto ludzki wydaje się, że to imię nadają dziecku rodzice, czy też inni członkowie rodziny, np. dziadkowie. Gdy jednak sięgnie się trochę głębiej i popatrzy na życie osób, które lepiej znamy, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że imię, które noszą, zostało już wcześniej zaplanowane dla nich przez Boga, jak w powyższym cytacie z Księgi Jeremiasza.

Do napisania tego wpisu zainspirował mnie szczególnie komentarz dotyczący mojego imienia wypowiedziany przez jednego z kelnerów obsługujących mnie niedawno w jednej z restauracji w USA.

Podróżując sporo po świecie często spotykam się z sytuacją zakłopotania osób próbujących wymówić moje imię. Słyszałem już sporo wersji jego wymowy i pisowni. Szczególnie frustrujące było to dla profesorów na mojej uczelni w USA, kiedy zgłaszając się do wypowiedzi raczej nigdy nie byłem wywoływany przez nich po imieniu. Działo się tak pomimo tego, że każdy student w audytorium miał przed sobą dość czytelną swoją wizytówkę. Na marginesie chciałem dodać, że Amerykanie są naprawdę wyczuleni na to, aby zapamiętać imię swojego rozmówcy i tak się zwracać do niego. Były więc to podwójnie frustrujące momenty.

Kwestia imienia dość często pojawia się też przy korzystaniu z rozmaitych usług, w tym głównie gastronomii. Nota bene, od jakiegoś czasu w mojej firmie, AmRest, z sukcesem adaptujemy ten model amerykański przy przyjmowaniu zamówień. Większość z nas lubi brzmienie swojego imienia. Dzięki temu jest szansa na nawiązanie lepszego kontaktu z gościem i skrócenie dystansu. Oczywiście w bardziej hierarchicznej kulturze polskiej trzeba być z tym nieco ostrożnym. Nie wszystkim takie spoufalanie się odpowiada. Tak czy inaczej, akurat ten zwyczaj skracania dystansu bardzo mi się osobiście podoba.

Wracając do wielu wersji mojego imienia słyszałem już takie propozycje jak: Votush, Wotchech, Wow…I can’t-say-that-man, hitech etc. Ostatnio doszły dwie nowe wersje, tj. Vodek i Voy. Szczególnie spodobała mi się ta ostatnia wersja. Kelner w jednej z restauracji szybkiej obsługi w USA wypowiedziawszy moje imię w ten sposób skomentował, że to imię brzmi bardzo mocno. Voy!!!! Wow. This is such a strong name, man!

Voy

Ponieważ znam znaczenie swojego imienia, trochę mnie zatkało, że jego intuicja, na podstawie nieco zniekształconej wersji mego imienia była tak trafna. Wszakże to starosłowiańskie imię oznacza wojownika (Woj.-), który przynosi pociechę (-ciech), lub któremu walka sprawia radość. Przyznaję też, że to imię dość dobrze mnie opisuje.

Jak patrzę na swoją żonę i córkę, obie Anny, to widzę w nich kwintesencję ich imienia, czyli wdzięk i łaskę. Co do synów, to najstarszy, Wojciech, też przejawia cechy radosnego wojownika. Nasz najmłodszy, Jaś, który niedługo skończy 1,5 roku, to przecież ucieleśnienie tego, co imię to właśnie znaczy, czyli Bóg jest łaskawym i hojnym Dawcą. Niewielu bowiem rodziców może powiedzieć, że po czterdziestce dostali od Boga taki niezwykły Dar.

Czy zatem znacie znaczenie swoich imion? Czy widzicie odzwierciedlenie ich powołania w swoim życiu? Zachęcam do kontemplacji swojego imienia i tego, do czego nas ono wzywa.

Vodek

Opublikowano Polish, Polska, Uncategorized, USA | Dodaj komentarz

I want to ride my bicycle

People sometimes ask me, which of the three sports in triathlon is my favorite. Judging by the title of this post you may guess it is cycling. Before I give you reasons for that, let me first elaborate a bit on the other two.

rower plaza

What I like in swimming is submerging myself in an environment in which it is hard to be distracted. To move effectively in water you need to be pretty focused and coordinated. This sport teaches me to be humble and verifies my actual skills.

I remember many years ago during my studies in the US there were a few swimming champions from a number of countries (including Poland) in various strokes. I used to meet them at the university occasionally. One day one of those champions was having a leg-only warm-up session on the lane next to mine. Swimming freestyle with all my abilities at the time I could not keep up with her.

What is interesting is that the best swimmers are only 4% efficient in water. This means that they spend 96% of their energy fighting drag. If you disbelieve this just look around at the people swimming or try yourself to move your limbs in water without any coordination. Chances are, you will not move forward.

Despite many advantages like activation of several muscles, little injury and blissful state you can achieve swimming requires a lot of discipline and self-denial. Entering a pool in an early winter morning is one of my least liked moments during the week. So is doing fast intervals and being out of breath with a strong feeling of heavy legs.

Running is the sport I have done for the longest time. Relative to the other two I am most successful in it too. I can observe that during an Ironman event when the time comes for the marathon part. Overtaking many athletes during the run part gives me an additional boost to push for the finish line. When you are successful in something it is hard not to like it.
Running has been booming in recent years around the world including Poland. When we moved to Wroclaw 13 years ago there was hardly anybody else running on the river dikes. Today, especially on a Sunday morning, you can meet numerous groups of runners.

share roadwarning

The beauty of running comes from its simplicity. All you need is just a pair of sneakers. You can run anywhere. Of the less obvious places I had a pleasure to run I can mention a rocking cruise ship, crowded streets of Saigon with thousands of speeding mopeds, in US national parks running away from bears or on a frozen lake.

I like to do long-distance running in company. The time flies then much faster and my head does not tire so much. You heart would go a bit faster as long as you converse during the run. But you can treat it as an additional training burden.

As for drawbacks, running is injury prone. Thank God I have been largely saved from this malady. Besides after long distances you can develop all kinds of callus on your feet including losing your toe nails. This is especially the case when you running shoes are not properly fit.

Running can also be quite monotonous. You can beat that listening to some music, yet the landscape does not move very as quickly as for example on a bike.

pomost

Finally, it is time for my favorite sport. Cycling is probably one of the first more difficult and unnatural activites we learn in our life. Many of you may remember that special moment, when you started pedalling on your own. The sense of freedom in biking I could only compare to flying. Covering thousands of kilometres annually I love exploring new places, landscapes and meeting new people. Cycling is also one of the most gregarious sports I know. Going in a peloton I can really have a fun time. If you add the benefit of drafting (going right behind somebody), it makes the whole effort even less strenuous. Travelling like this you can save 30-40% of your energy.

rowery przy restauracji

I am not sure if you have noticed that cyclists are one of the best dressed athletes. Those colourful and matching outfits. Everything must go together well, just like with elegantly dressed people.

I should also mention those wonderful bikes. You can spend a fortune on them. State-of-the-  art and feather-like construction technologies, streamlines shapes, well-functioning mechanisms are all features that will make your ride even more enjoyable. This is probably why I cover on my bike annually almost as much distance as I drive in my car.

Often times when we go somewhere further with my family I leave our house a few hours earlier and they pick me up after about 150-200 km somewhere along the way to our destination. The same happens at times on the way back. Wherever I can I take my bike with me on vacation just like now. Since the beginning of the year I have already ridden close to 1000 miles. I am in a warmer climate now and I have more free time.

parking rowerowy Ironman

IMG_4090

Long bike rides have also a benefit to all those who want to lose some weight. This is the most efficient way to burn excess fat of the three sports.

Obviously road cycling can pose some dangers. I have had a few accidents resulting in broken nose, a few stiches and abrasions here and there. I want to warn you especially during crossing of tramway or railroad tracks, particularly right after or during rain. To accelerate healing of potential wounds or/and improve aerodynamics many male cyclists shave their legs. Somehow I have stayed away from that so far.

As for road traffic encounters you can sometimes bump into some rogue drivers. Every year it gets better though. The best traffic etiquette I have experiences toward bikers is in Italy. Poland does not look that bad either. Much better that the US, where you do not have a lot of bike lanes or road shoulder and the drivers seem a bit oblivious to the bikers while overtaking them.  

No matter what your favourite sport is I encourage you all to be active on a regular basis. The benefits are multiple and invaluable.

pilates 3

Currently with my family we are in one of the Club Med villages in Dominican Republic. The beauty of such vacation with CM is that you can spend your days very actively. I start my days with a run around the village. Then comes sailing (Laser boat), breakfast, golf and bocce with Wojtek, swimming in the sea, lunch, minigolf and pool with Ania Jr. and Jas. In the evening there is time for biking and gym. The girls also do yoga and pilates. You have many more sports to choose from.  

Sports bring people closer to each other. So stay fit and smile at others more often!

jas i ja club med

 

 

Opublikowano Dominican Republic, Dominikana, English, Sport, Sports, Uncategorized, USA | Dodaj komentarz

Rower to jest świat

Czasem jestem pytany, który z trzech sportów w triatlonie jest moim ulubionym. Pewnie domyślacie się z tytułu tego wpisu, że chodzi o rower. Zanim odpowiem dlaczego, najpierw kilka słów o dwóch pozostałych sportach.

rower plaza

To co lubię w pływaniu to zanurzenie się w środowisku, w którym trudno o rozproszenia. Aby się w miarę sprawnie poruszać w wodzie potrzeba dość dobrego skupienia i koordynacji. Pływanie to sport, który uczy pokory i szybko sprowadza człowieka i jego prawdziwe umiejętności na ziemię.

Pamiętam, jak wiele lat temu w czasie studiów w USA na mojej uczelni było kilku mistrzów swoich krajów (w tym z Polski) w pływaniu w rozmaitych stylach. Czasem spotykałem ich na basenie uniwersyteckim. Jednego dnia jedna z takich mistrzyń pływała, czy raczej robiła rozgrzewkę ćwicząc pracę samych nóg. Płynąc kraulem na sąsiednim torze najszybciej, jak wtedy potrafiłem, nie mogłem za nią nadążyć. Co ciekawe, najlepsi pływacy mają tylko około tzw. 4% efektywności mechanicznej w wodzie. Oznacza to, że 96% swojej energii najlepsi tracą tylko na walkę z oporem. Jeśli ktoś nie wierzy, wystarczy pójść na basen i przyjrzeć się innym pływającym lub samemu zacząć nieskładnie machać swoimi kończynami. Jest szansa, że nie ruszymy w ogóle z miejsca.
Mimo wielu zalet, jak aktywizowanie wielu partii mięśni, małej urazowości i przyjemnego wyciszenia pływanie wymaga sporej dyscypliny i samozaparcia. Wchodzenie do basenu, szczególnie w zimowych poranek, jest jednym z najmniej przyjemnych dla mnie momentów w ciągu tygodnia. Pływanie interwałów na bezdechu, gdy nogi stają się ciężkie też nie należy do miłych doznań.

Bieganie to sport, który uprawiam najdłużej. Relatywnie rzecz biorąc mam w nim też najlepsze osiągnięcia z tych trzech sportów. Widzę to szczególnie w trakcie zawodów Ironman, kiedy przychodzi czas na maraton. Wyprzedzanie wielu zawodników po drodze jest zwykle dla mnie dodatkową motywacją w trakcie tej ostatniej konkurencji w triathlonie. Kiedy ma się w czymś sukcesy, trudno tego nie lubić. Obiektywnie rzecz ujmując bieganie w ostatnich latach przeżywa boom na świecie jak i w Polsce. Kiedy przeprowadziłem się 13 lat temu do Wrocławia i wychodziłem na wały pobiegać nie było na nich żywej duszy. Dziś, szczególnie w letnie niedziele, można spotkać spore grupki biegaczy.

share roadwarning

Piękno biegania bierze się z jego prostoty. Potrzeba do niego tylko parę jakichś butów sportowych. Nawet specjalny strój nie jest konieczny. Biegać można też dosłownie wszędzie. Z bardziej nietypowych miejsc robiłem to już po kołyszącym się statku w czasie rejsu, po zatłoczonych ulicach Sajgonu między pędzącymi motorynkami, po parkach narodowych w USA uciekając przed niedźwiedziami czy po zamarzniętym jeziorze.

Długie dystanse lubię też pokonywać w towarzystwie. Czas wtedy szybciej płynie i głowa się tak nie męczy. Wyjątkiem jest serce, które trochę szybciej pracuje na skutek konwersacji, jeśli taka ma miejsce. Leszku, dzięki za nasze wspólne przebieżko-rozmowy niedzielne. To ostatnie można potraktować jako dodatkowy trening.
Co do minusów biegania, to są to niestety częste urazy, które, dzięki Bogu jakoś mnie omijają. Poza tym przy długich dystansach pojawiają się rozmaite odciski, pęcherze czy nawet schodzące paznokcie po maratonach. Dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy biegamy w niedopasowanym dobrze obuwiu. W bieganiu samotnym jest też pewna monotonia, która może nużyć. Sposobem na to może być słuchanie muzyki w trakcie, choć i tak krajobraz zmienia się nie tak szybko, jak na np. rowerze.

pomost

Wreszcie czas na dwa kółka. Jazda na rowerze jest chyba jedną z pierwszych trudniejszych rzeczy, jakich uczymy się w życiu. Pewnie wielu z was pamięta ten wspaniały moment, kiedy ruszyło w drogę o własnych siłach. Poczucie wolności, które daje jazda rowerem mógłbym przyrównać chyba tylko do latania. Poza tym w kolarstwie kocham to, że mogę przemierzając kilkanaście tysięcy kilometrów rocznie podziwiać rozmaite krajobrazy, ciekawe miejsca, spotykać innych ludzi. To chyba jeden z najbardziej towarzyskich sportów. Jadąc w grupce można naprawdę miło spędzić czas. Poza tym jazda w grupce, na tzw. kole, czyni jazdę jeszcze przyjemniejszą i łatwiejszą. Jadąc w ten sposób można zaoszczędzić między 30-40% własnej energii.

rowery przy restauracji

Nie wiem czy zauważyliście, ale kolarze należą też do jednych z lepiej ubranych sportowców. Te kolorowe stroje, dopasowane poszczególne elementy. Wszystko musi pasować, tak jak u elegancko ubierających się ludzi.

No i są jeszcze te wspaniałe rowery, na które można wydać spory majątek. Kosmiczne i opływowe technologie konstrukcyjne, wspaniale pracujące mechanizmy, niesamowita lekkość to cechy, które mogą czynić jazdę jeszcze przyjemniejszą. To pewnie dlatego rocznie przejeżdżam na rowerze prawie tyle kilometrów ile samochodem. Dość często udając się gdzieś z rodziną w dłuższą drogę samochodem wyjeżdżam z domu kilka godzin przed nimi na rowerze, a oni łapią mnie gdzieś po 150-200 km na trasie do miejsca docelowego. To samo robię czasem, kiedy wracamy do domu. Tam, gdzie się da, na wypoczynek też zabieram rower. Tak jest i teraz. Od początku roku przejechałem już blisko 1500 km. Na szczęście jestem teraz w cieplejszym klimacie no i mam dużo więcej wolnego czasu.

parking rowerowy Ironman

IMG_4090

Długa i częsta jazda rowerem ma też sporą zaletę dla tych wszystkich, którzy chcą zgubić zbędne kilogramy. To najbardziej efektywny sposób na spalanie tłuszczu z tych trzech dyscyplin.

Oczywiście jazda rowerem też nie jest bez wad. Przytrafiło mi się w życiu kilka kraks z bolesnymi konsekwencjami jak złamany nos, cięte rany na całym ciele. Przestrzegam przede wszystkim przed jazdą przez tory tramwajowe lub kolejowe, szczególnie świeżo po deszczu. W związku z otarciami wielu kolarzy goli nogi, aby łatwiej się wszystko goiło w razie nieszczęścia. Inni robią to dla lepszej aerodynamiki. Jakoś sam się nie mogę do tego samo przekonać.

Co do kontaktu z innymi uczestnikami ruchu, czasem trafia się na chamskie zachowania kierowców. Z roku na rok jest z tym jednak coraz lepiej. Największa kultura wśród kierowców w stosunku do rowerzystów, z jaką się zetknąłem, jest we Włoszech. Polska, na tym tle, nie wypada najgorzej. Dużo lepiej niż np. USA, gdzie często nawet nie ma pobocza dla rowerów, a kierowcy rzadko kiedy zachowują bezpieczną odległość przy wyprzedzaniu.

Bez względu na to, jakie sporty preferujecie, gorąco zachęcam do regularnej aktywności fizycznej. Korzyści z tego są wielorakie i nieocenione.

pilates 3

Obecnie jestem z rodziną w jednej z wiosek Club Med na Dominikanie. Piękno takich wakacji polega na tym, że cały dzień można spędzać aktywnie. Dzień zaczynam od biegu wokół wioski. Potem jest żeglowanie (klasa Laser), śniadanie, golf i bocce z Wojtkiem, pływanie, minigolf i basen z Anią i Jasiem, a wieczorem rower i siłownia. Dziewczyny korzystają też z zajęć yogi oraz pilates. Sportów do wyboru jest cała masa.

Sport też bardzo zbliża ludzi i jest okazją do nawiązywania kontaktów. Zatem bywajcie w formie i uśmiechajcie się częściej do innych!

jas i ja club med

 

 

Opublikowano Dominican Republic, Dominikana, Polish, Sport, Uncategorized, USA | Dodaj komentarz

Fundament

Jeśli chcesz znaleźć Boga, porzuć świat zewnętrzny i wejdź w siebie. Jednakże nie pozostań w sobie, ale przekrocz siebie, bo nie jesteś Bogiem
Św. Augustyn

 

Wyobraź sobie, że w Twoim życiu nagle zapada głęboka cisza. Telefon komórkowy jest wyłączony i jesteś kompletnie offline. Nie masz pod ręką radia, telewizji, internetu, książek za wyjątkiem jednej, o czym za chwilę. Zostałeś tylko Ty, Twoje myśli no i powiedzmy odgłosy dobiegające czasem z Twojego brzucha.

Takie kilkudniowe doświadczenie stało się moim udziałem kilka tygodni temu. Pragnienie odbycia tzw. Ćwiczeń Duchowych według metody Św. Ignacego z Loyoli tkwiło we mnie od dawna. Zbliżający się mój kolejny roczna przerwa od pracy zawodowej, tj. sabbatical, był dodatkową motywacją aby spróbować tej pięknej metody chrześcijańskiej medytacji. Dodatkowym impulsem były świetne referencje kilku osób, które miały za sobą podobne doświadczenia, w tym mojej żony.

Widok na Zakopane z mojego miejsca medytacji

A propos medytacji, skojarzenie z chrześcijaństwem nie jest niestety zbyt powszechne. Tak jak pewnie i Wy spotkałem w życiu wiele osób zafascynowanych bądź praktykujących medytację wschodnie typu zen, joga czy medytacja transcendentalna itd. Wśród ludzi Zachodu wychowywanych w kulturze chrześcijańskiej niestety bardzo słabo znane są chrześcijańskie metody medytacji. Nie wiem, czy jest to efekt „cudze chwalicie, swego nie znacie” czy zwykła niewiedza. Pewnie temat jest głębszy. Niestety nasza religijność ma zwykle charakter bardzo moralno-obrzędowy. Przez lata tkwimy w jakiś rutynach religijnych bez głębszej refleksji na ich sensem. Rzadko kiedy poszukujemy czegoś nowego w naszym bogatym rycie chrześcijańskim.

Jedną z  metod medytacji chrześcijańskiej są tzw. Ignacjańskie Ćwiczenia Duchowe, w skrócie CD. Zanim więcej o tej metodzie wspomnę, że obok CD jest jeszcze np. medytacja chrześcijańska w formie modlitwy wewnętrznej (ciszy). Polega ona na trwaniu w bezruchu i powtarzaniu formuł (mantr) opartych na tekstach biblijnych zapoczątkowana przez tzw. Ojców pustyni ponad dwa tysiące lat temu. Dziś ta metoda pielęgnowana i promowana jest szczególnie przez zakon Benedyktynów.

Zarówno CD jak i modlitwę ciszy łączy dążenie do tego aby w ciszy i skupieniu medytacyjnym spotkać się z samym sobą i z Bogiem. Celem tego spotkania jest lepsze poznanie siebie, np. poprzez konfrontację swojego życia ze Słowem Bożym i lepsze podporządkowanie swojego życia woli Bożej. Mówiąc bardziej po ludzku, dobra medytacja chrześcijańska zmienia nas na lepsze. Nie chodzi tu wcale o lepsze samopoczucie, „ładowanie akumlatorów” czy zatrzymanie się tylko na lepszym samopoznaniu. Pragnienie spotkania z Bogiem jest tu fundamentalne. Pozytywna odpowiedź na Jego miłość i przyjęcie Jego Łaski daje nam motywację i siłę własnego rozwoju.

Nie znam lepszej formuły na rozwój osobisty niż powyższa. Tysiące sposobów opisywane w rozmaitych poradnikach, czy książkach biznesowych to ślizganie się po temacie. Beze Mnie nic nie możecie uczynić (J 15, 5). Koniec, kropka. Reszta to jakieś namiastki rozwoju lub iluzje.

Doświadczenia tzw. Fundamentu, czyli pierwszej części CD, było dla mnie bardzo intensywne i poruszające. Sama metoda Św. Ignacego jest mi bardzo bliska. Kojarzy mi się ona mocno ze sportem wytrzymałościowym, który uprawiam. Tak jak potrzebujemy aktywności, aby być w dobrej formie fizycznej, Ignacy dostrzegł potrzebę ćwiczeń dla utrzymania zdrowia duchowego. Liczy się w niej utrzymywanie odpowiedniego klimatu wyciszenia (skupienie i odpowiednie miejsce treningu), dyscyplina medytacyjna na poziomie ciała i ducha (plan treningowy), dobre przygotowanie do medytacji (rozgrzewka), dobrze odbyta medytacja, szczególnie na poziomie serca (właściwy trening kardio 😊) i odpowiednia rekreacja (odpoczynek). Wszystko to odbywa się w określonych ścisłych ramach czasowych.
Ważnym aspektem każdej medytacji jest też dobra wizualizacja danego fragmentu biblijnego, co pomaga w skupieniu. Jedna z moich ulubionych metafor jest ta: tak jak słonecznik jest w pełnym rozkwicie, gdy kieruje się w stronę słońca, tak też my stajemy się najlepszą wersją siebie, kiedy kierujemy nasze myśli i serca ku Bogu.

Vertitur ad solem,
Metamorfozy, Owidiusz

 

Ważne też jest aby w całej medytacji nie stracić z pola widzenia celu głównego, który pięknie oddaje Cel Stworzenia sformułowany przez Św. Ignacego:

Człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i Jemu służył,
a przez to zbawił swoją duszę.
Inne zaś rzeczy na obliczu ziemi są stworzone dla człowieka, aby mu pomagały w osiągnięciu  celu,
dla którego jest on stworzony.

Z tego wynika, że człowiek ma korzystać z nich w całej tej mierze, w jakiej mu one pomagają  do jego celu, a znów w całej tej mierze winien się od nich uwalniać, w jakiej mu są przeszkodą do tegoż celu.
(Ćwiczenia Duchowe, 23)

W Ćwiczeniach Duchowych ma się dwóch towarzyszy ziemskich, własny egzemplarz Pisma Świętego oraz przewodnika duchowego. Różne fragmenty Biblii służą do codziennych kilku medytacji, poprzez pogłębione zrozumienie wybranego tekstu i kontekstu dzięki tzw. Konferencjom. Rola przewodnika, zwanego też towarzyszem duchowym, sprowadza się do obiektywizowania naszych myśli i odczuć, które pojawiają się w trakcie osobistych medytacji.

Ignacjańska medytacja pomaga nam m.in. zadać sobie fundamentalne pytania: Kim jestem? Dlaczego jestem tym, kim jestem? W jakim celu zostałem stworzony? Jak mogę rozwijać swoje dobre strony, a jak okiełznać swoje najgorsze cechy? Co to znaczy być dobrym człowiekiem i jak żyć dobrze? Co przynosi spełnienie i szczęście?

Pod koniec rekolekcji warto też zapytać siebie owoce tego doświadczenia: Czy to rezonuje pozytywnie w moim życiu? Czy jestem mniej przykry dla innych? Czy staję się bardziej użyteczny dla innych? Czy robię to na swoją czy Jego chwałę?

Ponieważ Ania zauważyła jakieś drobne zmiany na plus, zakładam, że nie zmarnowałem czasu. Jest to też dla mnie dodatkową motywacją, aby praktykować medytację chrześcijańską na co dzień. W końcu Po owocach ich poznacie (Mt 7, 20)

Wszystkich tych, którzy czują pragnienie zbliżenia się do Boga i pobudzenia swego Ducha, którym nie wystarczają codzienne przyjemności i proza życia, a mają pragnienie rozwoju duchowego, a przez to rozwoju w ogóle, gorąco polecam Ćwiczenia Duchowe. W Polsce jest przynajmniej kilkanaście miejsc, głównie domów jezuickich, które prowadzą Ignacjańskie rekolekcje. Sądząc po licznej frekwencji na każdym z „turnusów” myślę, że osób świeckich praktykujących tego typu medytacje są już tysiące. Zmierzenie się ze sobą w ciszy może być początkiem zmiany na lepsze. Mój kolejny etap rekolekcji planuję najszybciej, jak się da.

 

Opublikowano Duchowość, Meditation, Medytacja, Polish, sabbatical, Uncategorized | Dodaj komentarz