122,3 km | 1065 m przewyższenia
Jak na ostatnie dni mojej jazdy, dziś dobrze spałem. Od tego trochę też uzależniałem kontynuację mojej podróży. Dobry sen to podstawa dosłownie wszystkiego. Nie chciałbym na przykład, żeby operował mnie niewyspany lekarz.
W czasie tej jazdy nauczyłem się, żeby trochę mniej nastawiać się na to, co interesującego, a może – co bardziej prawdopodobne – mało interesującego może mnie spotkać na trasie. Na papierze dzisiejszy przejazd nie zapowiadał fajerwerków. Jakże się myliłem!
Pierwsze 25, może 35 km ochrzciłbym mianem „rajskiej trasy rowerowej”. Że też nikt dotąd na to nie wpadł i w ogóle nie oznaczył tam chyba żadnej trasy rowerowej! Kilometry sadów, głównie jabłoni, kwiaty zdobiące przydomowe obejścia, no i te przepiękne Boże Męki, które dziś, w Święto Matki Boskiej Zielnej, miały szczególnie odświętny wystrój.

Te przydrożne krzyże czy figury Matki Boskiej to unikat na skalę światową. Dawno temu mój Tata, Gerard, został poproszony, aby być trochę takim przewodnikiem dla grupy Rosjan odwiedzających Polskę. Były to jeszcze czasy Związku Radzieckiego i zapewne grupa ta miała swojego tzw. partyjnego opiekuna, który czuwał nad poprawnością ideologiczną uczestników. Mimo to tamci Rosjanie co rusz pytali mojego Tatę, co to jest, gdy autobus mijał Boże Męki. Nie bardzo potrafił im to wytłumaczyć, gdyż nie mieli religijnego punktu odniesienia, ale wymyślił określenie, które ich usatysfakcjonowało: „Eta malenkaja cerkiew”.

Gdy tak podziwiałem niekończące się sady i ustrojone Boże Męki, nagle usłyszałem niesamowity ryk, który się do mnie przybliżał. Coś jakby w pobliżu był tor Formuły 1. Słyszałem, że w Kielcach jest jakiś tor wyścigowy, ale do Kielc było jeszcze ho, ho! No i za moment wszystko się wyjaśniło.
Okazało się, że dość spora grupa motocyklistów zebrała się chyba przed domem, w którym odbywało się wesele jednego z nich, a część uczestników wykonywała rozmaite popisy na swoich motocyklach. Odbywało się to na mało ruchliwej, ale jednak publicznej drodze. Miałem kolejny show za darmo. Kilka scenek uchwyciłem na filmie. Zastanawiałem się, odjeżdżając, czy sam nie powinienem – w ramach solidarności – popalić trochę moich opon.
Dziś szczególnie czułem, że Opatrzność prowadzi mnie i co jakiś czas o sobie przypomina. Jak wytłumaczyć fakt, że w Klimontowie zrobiłem sobie dłuższą przerwę techniczno-gastronomiczną przy Żabce, a gdy ruszyłem, wjechałem w sam środek kolorowej procesji dożynkowej?

Wracając do kwestii technicznych – dziś zaczął mi się zapowietrzać tylny hamulec. Pokonując spore przewyższenia Gór Świętokrzyskich, miałem wrażenie, że jadę na lekko zaciągniętym hamulcu. Gdy tylko rower został na pięć minut na słońcu, a ja akurat byłem w sklepie, tylne koło kompletnie się blokowało. Upał dawał się we znaki bardziej rowerowi niż mnie.
Zbliżając się do Kielc, powoli wzmagał się ruch samochodowy. Generalnie kierowcy chyba coraz bardziej uważają na rowerzystów, ale zdarzają się tacy, którzy wręcz ocierają się o mnie przy wyprzedzaniu, a potem dramatycznie zjeżdżają na bok, demonstrując swoją moc w stalowych rumakach. Kiedyś mnie to denerwowało, teraz bardziej śmieszy albo budzi litość.

Eckhart Tolle, autor słynnej książki Potęga teraźniejszości, wspominał chyba w niej, że czasami, będąc za kierownicą, miewamy stany niepoczytalności. Jak mówił Jezus, cierpiąc na krzyżu: „Ojcze, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią”.
No i wreszcie dojechałem do Kielc, gdzie mniej więcej kończy się szlak rowerowy Green Velo.
Co dalej? Opcji jest kilka, ale którą wybrać?