136 km | 918 m przewyższenia
Gdy wyruszałem samotnie rowerem w ten objazd po Polsce 10 dni temu, nie znałem dokładnie ani punktu jego początku, ani końca. O tyranii planowania i jej skutkach pisałem trochę w pierwszym wpisie z tej podróży. Taką śmieszną wizualizacją nieznanego końca tej wyprawy była dla mnie scena z filmu Forrest Gump. Główny bohater biegnie całymi dniami przez USA, a dołączają do niego kolejni ludzie, aż w pewnym, zupełnie niespodziewanym momencie, gdzieś na pustkowiu, Forrest zatrzymuje się i kończy swój bieg.
Scena z Forrest Gumpa przypomniała mi dziś nagle podczas jazdy. Nagle, gdzieś po przejechaniu 30 km z Kielc w stronę Częstochowy, na liczniku Garmin, który mam zsynchronizowany z telefonem, wyświetliła mi się od wiadomość WhatsApp od znajemego Marka z Poznania: „Jedź, Wojtek, jedź!”.
Dziś postanowiłem wyjechać z Hotelu Grand, który bardzo polecam, jak najwcześniej. Zapowiadał się gorący dzień z mocnym wiatrem w twarz. Poza tym chciałem zdążyć dotrzeć na Jasną Górę, zjeść dobry obiad w ulubionej restauracji przy Alei Najświętszej Maryi Panny i jeszcze zdążyć na popołudniowy pociąg do Wrocławia.

Tak. Postanowiłem zakończyć to moje podróżowanie na Jasnej Górze, a nie na przykład w miejscowości Końskie niedaleko Kielc, gdzie kończy się szlak Green Velo. Przyjeżdżając na Jasną Górę, szczególne miejsce wielu cudów i kultu Maryi, miałbym okazję podziękować Jej za opiekę i nadać tej mojej jeździe jeszcze bardziej pielgrzymkowy charakter.
Przez 10 dni odwiedziłem wiele ciekawych miejsc, w tym całą masę tych o charakterze religijnym. Były to święte miejsca dla katolików, prawosławnych, unitów czy też żydów. Często po drodze kontemplowałem nie tylko mijane krajobrazy, ale po prostu odmawiałem w głowie różaniec albo praktykowałem taki trudny do opisania stan długiego wyciszenia.
Łapałem się na tym, że jadąc w takim transie, czasem przemierzałem po kilkanaście kilometrów.
Wracając jeszcze do Kielc – chyba pierwszy raz byłem w tym mieście tak naprawdę świadomie. Wydało mi się ono takie nierówne pod względem atrakcyjności. Z jednej strony piękne osiedla na obrzeżach, super ścieżki rowerowe, nowoczesny dworzec PKS zaprojektowany w kształcie UFO i deptak Henryka Sienkiewicza, a z drugiej – jeden z chyba najbrzydszych rynków, czyli Plac Wolności, oraz zaniedbane niektóre części miasta.

Droga w niedzielę rano była dość pusta. Nie mogłem uwierzyć, że ścieżka rowerowa, którą wyjeżdżałem z Kielc, ciągnęła się wzdłuż drogi 762 przez około 26 km. Aż trudno w to uwierzyć!
Gdy zatrzymałem się na pierwszy postój i tzw. drugie śniadanie we Włoszczowej, postanowiłem wykupić sobie bilet kolejowy na powrót z Częstochowy do Wrocławia. Próbowałem już to zrobić dzień wcześniej, ale system w aplikacji PKP Intercity był akurat nieczynny. Po kilku nieudanych próbach zadzwoniłem do żony, aby spróbowała zrobić to na swoim telefonie. Też jej się nie udało.
Postanowiłem podjechać na pobliską stację kolejową, aby tam kupić bilet bezpośrednio w kasie. Okazało się, że na ten dzień nie było już miejsc z Częstochowy do Wrocławia. Rozważałem różne opcje, łącznie z tą, aby po noclegu w Częstochowie kolejnego dnia ruszyć rowerem do domu, do Wrocławia. Wprawdzie jest to dość długi przejazd – około 175 km – ale wielokrotnie już pokonywałem go na rowerze. Argumentem, aby jednak nie jechać dalej, były prognozy zapowiadające załamanie pogody w poniedziałek.
Na szczęście długo nie musiałem Ani przekonywać, aby wsiadła w samochód i wyjechała mi naprzeciw do Częstochowy. Tak się akurat złożyło, że dalsza jazda rowerem z Włoszczowej do Częstochowy zajęła mi 2,5 godziny, a żonie podróż samochodem z Wrocławia do Częstochowy – dokładnie tyle samo czasu. Pełen synchron, który nam się często zdarza.

Widać, że nie tylko Matka Boska dziś czuwała nade mną, ale również Jej Mama – św. Anna. No bo jak tu wyjaśnić, że po drodze, mniej więcej na setnym kilometrze, pojawiło się przed moimi oczami przepiękne sanktuarium właśnie św. Anny, babci Jezusa? Na chwilę się tam zatrzymałem, aby zebrać siły na ostatnie trzydzieści kilka kilometrów i niekończące się górki, które ciągnęły się aż do samej Jasnej Góry.

Gdy dojeżdżałem na miejsce, pojawiło się wzruszenie. Dotarliśmy pod Jasną Górę – ja ze wschodu, żona z zachodu – równocześnie. A była to znowu ta święta godzina Miłosierdzia, 15:00.
Wkrótce potem zaczął padać deszcz i pogoda zmieniła się diametralnie.
