„Polska z siodełka — 10 dni bez planu”

 

Są podróże, które zaczynają się od dokładnie wyznaczonego punktu A i kończą w punkcie B. Są też takie, w których człowiek mniej więcej wie, dokąd jedzie, ale nie do końca wie, co wydarzy się po drodze.

Ta była zdecydowanie z tej drugiej kategorii.

Dziesięć dni, ponad 1300 kilometrów, ponad 8000 metrów przewyższenia, północne i wschodnie rubieże Polski, Roztocze, Podlasie, Polesie, Góry Świętokrzyskie i wreszcie Jasna Góra. Po drodze zamki, cerkwie, bazyliki, synagogalne ślady, lotniska, jagodzianki, ramen, flaki po zamojsku, sękacz, komary, wiatr, upał, awaria hamulca, opóźniony pociąg, nieczynny prom, a nawet… most kolejowy.

Ale przede wszystkim byli ludzie, krajobrazy i chwile, których nie dało się zaplanować.

Bo właśnie o to chodziło w tej podróży.

Dzień 1. Korsze – Ołownik: podróż bez końca

84 km | 688 m przewyższenia

Wyruszyłem z założeniem, że tym razem nie znam nawet dokładnie początku ani końca wyprawy. Kiedyś taki brak planu prawdopodobnie wywołałby u mnie niepokój. Dziś daje poczucie wolności.

I już pierwszego dnia życie postanowiło sprawdzić, czy rzeczywiście jestem tak elastyczny, jak mi się wydaje. Pociąg z Torunia do Olsztyna miał duże opóźnienie, więc trzeba było zmienić punkt startowy.

I tak właściwie rozpoczęła się najważniejsza lekcja tej wyprawy: plan jest dobry, ale jeszcze lepsza jest umiejętność rezygnacji z planu.

Zamiast gonić, żeby za wszelką cenę zrealizować założenia, postanowiłem dać sobie czas na przeżywanie podróży. Bo bikepacking nie jest przecież wyścigiem z mapą.

Polska miała dopiero zacząć pokazywać, co ma najlepszego.

Dzień 2. Ołownik – Rajgród: jagody, piramida i Mazurska Tajga

152 km | 1297 m przewyższenia

Drugi dzień pokazał, że Polska północno-wschodnia potrafi być zaskakująco „górska”.

Rapa, piramida rodu von Fahrenheid, Garbate Mazury, Gołdap, Puszcza Romincka, wiadukty w Stańczykach i Dolina Rospudy. A między tym wszystkim lasy, jeziora, dojrzewające zboża i bociany przygotowujące się do emigracji na południe.

Była nawet brama weselna. A właściwie dwie. Na szczęście młodzi mieli czym „wykupić” przejazd, więc rowerzysta mógł prześlizgnąć się bokiem.

Stańczyki trochę rozczarowały komercją, ale wystarczyło odjechać kawałek dalej, żeby znowu znaleźć się w świecie, w którym najważniejszym wydarzeniem jest światło odbijające się od jeziora.

A potem jeszcze Dolina Rospudy.

I Jaśki, gdzie trzeba było odśpiewać „Sto lat” najmłodszemu synowi Jasiowi.

Spontaniczność zaczęła wygrywać z planem.

Dzień 3. Rajgród – Suraż: kiedy natura mówi „zwolnij”

137,5 km | 540 m przewyższenia

Tego dnia wydarzyło się coś ważniejszego niż pokonanie kolejnych kilometrów.

Zdecydowałem się wybrać dłuższą trasę, żeby mieć więcej czasu na Biebrzański Park Narodowy. Dawny ja pewnie wybrałby krótszą opcję i próbował zrobić 300 albo 400 kilometrów.

Nowy ja powiedział: „A po co?”

I dobrze, że posłuchałem.

Biebrzańska dzicz pochłonęła mnie dosłownie i w przenośni. Rower tańczył po mokradłach, jedna ręka próbowała utrzymać kierownicę, druga nagrywała telefonem, a pokrzywy i inne krzaczory postanowiły osobiście sprawdzić odporność moich nóg.

Na szczęście repelent działał.

Był to jeden z tych momentów, kiedy człowiek rozumie, że można „zaliczyć” miejsce i można naprawdę go doświadczyć.

Można przejechać Łosiostradą.

Można też zgubić się trochę w dziczy i wrócić z poczuciem, że wydarzyło się coś naprawdę ważnego.

Wybrałem drugą opcję.

Dzień 4. Suraż – Janów Podlaski: wiatr, jagodzianki i prom widmo

147 km | 924 m przewyższenia

Wiatr prosto w twarz. Upalny dzień. Prom, który nie kursuje w poniedziałki.

Czyli klasyczny dzień podróżnika, który postanowił nie planować.

Na trasie była Święta Góra Grabarka z tysiącami krzyży wotywnych, ale prawdziwym odkryciem dnia okazały się… dwie jagodzianki.

Gdzieś około 80. kilometra dopadł mnie głód. Zobaczyłem reklamę jagodzianek. Stoisko było puste. Przejechałem dalej. Po czym rozsądek — albo łakomstwo — kazał mi zawrócić.

I bardzo dobrze.

Poznałem Izę i jej rodzinę, zostałem zaproszony do domu i nagle zwykła przerwa na jedzenie zamieniła się w jedno z najcieplejszych spotkań całej wyprawy.

Dwie jagodzianki stały się paliwem na następne niemal 70 kilometrów.

A potem był prom.

Nieczynny.

Pozostał objazd. Możliwość przeprawy mostem kolejowym. Ostrzeżenie, że może być niebezpiecznie.

I kolejna historia, której nie dałoby się wymyślić przy biurku.

Dzień 5. Janów Podlaski – Sobibór: konie, granica i ludzkie emocje

123 km | 544 m przewyższenia

Janów Podlaski oznaczał oczywiście jedno: konie arabskie.

Słynna stadnina, wielkie pieniądze i konie, których wartość może przyprawić zwykłego rowerzystę o zawrót głowy. Wystarczy wspomnieć rekordowe ceny osiągane przez niektóre konie na aukcjach.

Tym razem jednak większe wrażenie niż pieniądze zrobiły na mnie same zwierzęta.

Ich gracja, ruch, elegancja.

Po drodze były też miejsca kultu różnych tradycji religijnych: Kostomłoty, Kodeń i piękna bazylika św. Anny. Była refleksja nad tym, że również duchowni są po prostu ludźmi — czasem serdecznymi, czasem mniej.

A na koniec Siedlisko Sobibór.

I tutaj nastąpiła zmiana klimatu.

Bo niektóre miejsca nie są tylko noclegiem. Są doświadczeniem.

Dzień 6. Sobibór – Potoczek: dobre miejsca tworzą ludzie

140,6 km | 1071 m przewyższenia

Siedlisko Sobibór stało się jednym z odkryć tej wyprawy.

Nie tylko dlatego, że było tam pięknie, cicho i smacznie. Przede wszystkim dlatego, że spotkałem Ewę — osobę, która stworzyła to miejsce wraz ze swoim zespołem.

Rozmowa, podobne wartości, ciekawość drugiego człowieka.

I kolejna refleksja: miejsce może być piękne, ale dopiero ludzie nadają mu duszę.

Potem Chełm, bazylika na Górce, wszechobecne w mieście misie i wreszcie Zamość.

A Zamość o zachodzie słońca to już prawie nieuczciwa konkurencja dla reszty Polski.

Były flaki po zamojsku, beza i kawa, ale największym deserem znów okazał się zachód słońca.

Do tego lotniska, samoloty i fascynacja pilota, który nawet podczas rowerowej wyprawy nie potrafi przejechać obok pasa startowego obojętnie.

Dzień 7. Potoczek – Łańcut: Kora, rowerowy zen i „malenkaja cerkiew”

130 km | 726 m przewyższenia

Roztocze zaczęło działać na mnie coraz mocniej.

Przejeżdżając przez Bliżów, znalazłem się w okolicy związanej z Korą. Zamiast jednak szukać jej domu, postanowiłem uszanować prywatność i po prostu poczuć klimat miejsca.

To chyba dobra metafora całej wyprawy: nie wszystko trzeba zobaczyć, sfotografować i zaliczyć. Niektóre rzeczy wystarczy poczuć.

Potem Zagroda Guciów, niespodziewane śniadanie, rozmowy z gospodarzami i rękodzieło.

A następnie Biłgoraj, mycie roweru i refleksja o sprzęcie.

Bo dobry rower nie jedzie za człowieka, ale zły może skutecznie przekonać go, żeby został w domu.

Potem Leżajsk, bazylika bernardynów i Ohel Cadyka Elimelecha.

I właśnie tam, wśród całej historii, religii i wielowiekowej tradycji, pozostało ze mną jedno zdanie:

„Boże, spraw, abyśmy widzieli tylko dobro w naszych bliźnich”.

Trudno o lepszą pamiątkę z rowerowej podróży.

Dzień 8. Łańcut – Baranów Sandomierski: od magnata do rowerzysty

100 km | 431 m przewyższenia

Tego dnia można było poczuć się jak szlachcic.

Rano jeden zamek, wieczorem drugi. W międzyczasie Polska oglądana z siodełka.

Łańcut zachwycił przepychem. Pałacowe wnętrza przypomniały, że dawniej również potrafiono urządzać się „na bogato”.

Potem Jasionka i świadomość, że gdzieś w tle tej spokojnej rowerowej podróży znajduje się rzeczywistość wojny. Samoloty, pomoc dla Ukrainy, systemy Patriot.

A później znowu coś bardzo prostego: dzieci na wsiach mówiące „dzień dobry”.

Niewielki gest, który w wielkim mieście stał się niemal egzotyczny.

Wieczorem kolejny zamek — Baranów Sandomierski.

A wraz z nim hiszpańsko-polska rodzina, rozmowa po hiszpańsku i mózg, który po całym dniu jazdy zaczął chyba domagać się urlopu.

Zacząłem też coraz poważniej myśleć o końcu wyprawy.

Brakowało mi przede wszystkim snu.

Bo można mieć mocne nogi, dobry rower i świetną trasę, ale człowiek bez snu zaczyna przypominać kiepsko naładowany akumulator.

Dzień 9. Baranów Sandomierski – Kielce: kiedy zwykła droga staje się rajem

122,3 km | 1065 m przewyższenia

Dobry sen i nagle świat wygląda inaczej.

Dzisiejsza trasa na papierze nie zapowiadała niczego szczególnego. Tymczasem pierwsze 30 kilometrów okazało się jedną z najpiękniejszych części wyprawy.

Sady, jabłonie, kwiaty, małe miejscowości i przydrożne Boże Męki.

Tata, który kiedyś oprowadzał po Polsce grupę Rosjan z czasów ZSRR, miał na ich pytania o przydrożne figury odpowiedzieć:

„Eta malenkaja cerkiew”.

I właściwie trudno byłoby znaleźć lepsze określenie.

Potem nagle pojawili się motocykliści i pokaz przypominający prywatne Grand Prix.

A chwilę później procesja dożynkowa w Klimontowie.

Jakby ktoś specjalnie ustawiał kolejne sceny tego filmu.

Nie zabrakło również problemów technicznych. Tylny hamulec zaczął się zapowietrzać i po pozostawieniu roweru na słońcu postanowił najwyraźniej przejść na wcześniejszą emeryturę.

Na koniec Kielce.

I pytanie:

Co dalej?

Dzień 10. Kielce – Częstochowa: koniec, którego nie było w planie

136 km | 918 m przewyższenia

Dziesięć dni wcześniej nie wiedziałem, gdzie ta podróż się zacznie.

Teraz wiedziałem już, gdzie się skończy.

Ale zanim do tego doszło, wydarzyło się coś symbolicznego.

Po około 30 kilometrach na Garminie pojawiła się wiadomość od Marka:

„Jedź, Wojtek, jedź!”

Jakby ktoś nacisnął przycisk „play” po raz ostatni.

Przez dziesięć dni odwiedziłem miejsca ważne dla katolików, prawosławnych, unitów i Żydów. Podziwiałem przyrodę, zamki, świątynie i zwykłe polskie wsie. Czasami modliłem się w myślach, czasami po prostu jechałem w ciszy.

Kilometry mijały.

I wtedy pojawiła się Jasna Góra.

Nie Końskie, gdzie kończy się Green Velo. Nie jakiś przypadkowy punkt na mapie.

Jasna Góra.

Miejsce, w którym można było podziękować za drogę, za bezpieczeństwo, za spotkanych ludzi i za wszystkie te chwile, których nie dałoby się zaplanować.

Po drodze była jeszcze św. Anna — jakby ktoś z góry przypominał, że warto zadbać o końcówkę.

I wreszcie stało się coś niezwykłego.

Ja przyjechałem ze wschodu.

Moja żona z zachodu.

Spotkaliśmy się pod Jasną Górą niemal dokładnie w tym samym momencie.

O 15:00.

W godzinie Miłosierdzia.

A chwilę później zaczęło padać.

Jakby Polska powiedziała:

„Dobrze. Wystarczy. Teraz możesz wracać do domu.”

Epilog. Polska, której nie da się przejechać na skróty

Ta podróż miała być rowerowym objazdem Polski.

Wyszło coś więcej.

Była to podróż przez krajobrazy, historię, religię, kuchnię, przypadkowe spotkania i własne przyzwyczajenia.

Przez dziesięć dni przekonałem się po raz kolejny, że najciekawsze rzeczy często zaczynają się tam, gdzie kończy się plan.

Opóźniony pociąg zmienił początek wyprawy.

Nieczynny prom zmienił trasę.

Głód doprowadził mnie do domu z jagodziankami.

Brak miejsc w pociągu zmusił mnie do innego rozwiązania powrotu.

A wiadomość „Jedź, Wojtek, jedź!” pojawiła się dokładnie wtedy, kiedy trzeba.

Podróż nauczyła mnie też, że wolniej niekoniecznie znaczy mniej.

Dawniej chciałem przejechać 300 czy 400 kilometrów dziennie. Dziś wolę czasem przejechać 130 i zatrzymać się przy jeziorze, porozmawiać z przypadkowo poznaną rodziną, wejść do niepozornych drzwi, zobaczyć bociany, posłuchać ciszy, zjeść jagodziankę albo przez kilkanaście kilometrów po prostu niczego nie planować.

Bo może właśnie wtedy naprawdę podróżujemy.

Nie wtedy, gdy przesuwamy się po mapie.

Tylko wtedy, gdy mapa przestaje być najważniejsza.

Przejechałem ponad 1300 kilometrów, wspiąłem się na kilka tysięcy metrów, odwiedziłem niezliczone miejscowości, świątynie, zamki, parki i drogi.

Ale gdybym miał wskazać największe odkrycie tej wyprawy, nie byłaby nim żadna konkretna atrakcja.

Byliby nim ludzie.

I przekonanie, że Polska — szczególnie ta mniej oczywista, daleka od wielkich miast i turystycznych folderów — jest niezwykle piękna.

Trzeba tylko czasem zwolnić, żeby to zauważyć.

I może właśnie dlatego warto czasami wyruszyć w drogę bez dokładnego planu.

Bo wtedy życie ma jeszcze szansę coś nam zaproponować.

A ono, jak się okazało, miało dla mnie przygotowanych całkiem sporo niespodzianek.

Jedź, Wojtek, jedź!

No to pojechałem. 🚴‍♂️🇵🇱

Ten wpis został opublikowany w kategorii sabbatical. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz