140,6 km | 1071 m przewyższenia
Są takie miejsca, do których chce się wracać. Do mojej listy takich miejsc dołączyło Siedlisko Sobibór: https://siedliskosobibor.pl/pl/
Takie miejsca tworzą ludzie, których pracy często nie doceniamy wystarczająco albo wręcz wcale jej nie zauważamy. O tym, że tę miejscówkę poleciła mi moja znajoma Ewa z Torunia, która śledzi moją wyprawę, już chyba wspominałem. Dziś rano, przy śniadaniu, poznałem inną Ewę – właścicielkę i szefową tego niezwykłego miejsca relaksu, ciszy, dobrego jedzenia i dobrej energii.
Rozmowa od samego początku się kleiła. Wzajemna ciekawość, inspiracja, podobne wartości i otwartość. Takie miejsca nie powstają przypadkowo.
Tydzień przed moim samotnym objazdem po Polsce zrobiłem sześciodniowy tour rowerowy z żoną po Żuławach, Warmii i Mazurach. Tylko jeden z noclegów – w Młynie Klekotki – był dla nas szczególny i chcielibyśmy tam wrócić. Pozostałe były, jakie były, i minęły, a w dwóch przypadkach gospodarze od samego progu sprawiali wrażenie, jakby chcieli, żebyśmy zostawili im pieniądze za rezerwację i pojechali dalej.
Pan w pensjonacie w porcie we Fromborku rzucił nawet, że możemy zostawić nasze rowery przy płocie, niezabezpieczone, gdzie byłyby na widoku i w zasadzie łatwe do ukradzenia z ulicy. Byle nie w pokoju! A czy może być w innym zamkniętym miejscu, z dala od publicznego dostępu? Trzeba było panu właścicielowi podpowiadać rozwiązania, bo on widział tylko problemy.
Ale ja miałem tu afirmować Siedlisko Sobibór – dzieło Pani Ewy, jej współpracowników i partnera, który stoi u jej boku. No cóż, zobaczcie sami na filmie. A najlepiej pojedźcie tam sami – i to bez zwłoki, bo trochę Pani Ewie namąciłem w głowie, jeśli chodzi o alternatywną ścieżkę życiowo-zawodową.
Odkąd zakończyłem swoją karierę zawodową kilka lat temu, na pytanie „Czym się Pan zajmuje?” odpowiadam: „Codziennie czymś innym”. I to jest prawda. Żona stanowczo protestuje, gdy ktoś mówi, że ja nie pracuję. Ma rację. To, co na przykład teraz robię, pisząc i montując film, też jest pracą, choć niezarobkową.
Dzisiejsza trasa była niejednorodna. Pierwsze 50 kilometrów, do Chełma, to była kontynuacja rowerowego zen: cisza, zapach kwiatów i upraw, takich jak tytoń, pracujące na polach maszyny, niewielki ruch i dość płasko. Zleciało nie wiadomo kiedy i nagle pojawiłem się na pięknym rynku w Chełmie.
Odwiedziłem też przepiękną Bazylikę na Górce i widziałem niejednego misia. Wrocław ma krasnale, a Chełm ma misie – nawet w swoim herbie.
Od Chełma do Zamościa droga zaczęła robić się bardziej pagórkowata i bardziej ruchliwa. Dość powiedzieć, że dziś wspiąłem się na 1071 metrów przewyższenia na dystansie 141 kilometrów. To tak, jakbym wjechał na wrocławski Sky Tower około pięć razy. Przejechawszy już prawie 800 kilometrów, zaskakuje mnie, że łącznie wspiąłem się już na ponad 5000 metrów, choć w sumie ani razu nie byłem w górach.

W Zamościu byłem drugi raz w życiu i ponownie zachwyciło mnie Stare Miasto. Zachodzące słońce pięknie oświetlało ratusz i kolorowe kamienice. Podziwiałem ten widok, racząc się między innymi flakami po zamojsku w restauracji Padwa. Polecam. Na Google mają chyba 4,3, ale te ratingi często są mylące. Coś, co ma 4,8 czy 4,9, wcale nie musi serwować tak dobrego jedzenia.

Na deser była jeszcze beza i kawka, ale prawdziwy deser wydarzył się o zachodzie słońca.
Jako prywatny pilot zawsze, kiedy przejeżdżam obok jakiegoś lotniska, przeżywam ekscytację i często zatrzymuję się, żeby popatrzeć na ruch samolotów. Dziś mijałem lotnisko w pobliżu Chełma, w Depułtyczach (EPCD), oraz lotnisko w Mokrem koło Zamościa (EPZA). To właśnie obok tego drugiego lotniska oglądałem, podobnie jak wielu z Was, zaćmienie Słońca.

Dzisiejszy nocleg raczej przejdzie bez historii, choć pan w pensjonacie Roztocze jest miły. Śniadania jednak brak.

Jutro muszę zdecydować, czy jadę dalej na południe, czy może już bardziej na zachód, w stronę domu.