147 km | 924 m przewyższenia
Ah, co to był za dzień! Zapowiadała się raczej dość monotonna jazda i całodniowa walka z silnym wiatrem wiejącym prosto w twarz. Z dwojga złego zdecydowanie wolę już jechać pod wiatr niż na przykład z bocznym podmuchem. Niby jest ciężej, ale opór z przodu daje mi większą mobilizację. Poza tym dzisiejszy wiatr miał jedną istotną zaletę – pozwalał zapomnieć o upale.

W sumie na trasie miałem zaplanowaną tylko jedną atrakcję – znane, szczególnie wśród prawosławnych, miejsce kultu z cudownym źródełkiem oraz około 12 000 krzyży wotywnych rozsianych wokół cerkwi Przemienienia Pańskiego na Świętej Górze Grabarce. Do tego wyczekiwałem na przeprawę przez Bug promem z Mielnika do Zabuża. Z tym ostatnim zresztą wynikła niezła heca, ale o tym za chwilę.
Zdecydowanie najmilszym i najciekawszym wydarzeniem dnia była krótka wizyta w przypadkowo napotkanym domu w Kątach Podlaskich i poznanie mieszkającej tam sympatycznej rodziny.
A było to tak. Gdzieś na 80. kilometrze poczułem głód. Pora była już poobiednia, ale jakoś tego dnia nie udało mi się po drodze znaleźć żadnej jadłodajni. Przejeżdżając przez miejscowość Kąty, moją uwagę zwrócił potykacz reklamujący sprzedaż między innymi jagodzianek. Na stoisku nie było jednak ani jagodzianek, ani właściciela straganu. Przejechałem więc dalej, ale coś mnie tknęło, żeby jednak zawrócić. „Gdzie ja znowu będę mijał coś z jedzeniem?” – pomyślałem. A poza tym przecież trwa sezon na jagody i jagodzianki.
Gdy wróciłem pod stragan, od razu z drugiej strony ulicy przybiegł mąż właścicielki. Troszkę sobie pożartowaliśmy, między innymi z tego, że chyba ich dom się nie przewróci, jeśli oprę o niego swój rower. 😀 No i padło sakramentalne pytanie: czy są jagodzianki?
Żona, Iza, od razu wybiegła z całym workiem tych smakołyków. Kupując dwie, zajrzałem nieco do środka ich domu i, można powiedzieć, trochę się wprosiłem. Gospodarze chętnie otworzyli przede mną swoje progi. Klimat tego miejsca lepiej odda film. Mnie przypomniały się czasy dzieciństwa – te smaki, zapachy, atmosfera przygotowywania prawdziwego jedzenia i przede wszystkim ta niesamowita otwartość ludzi.
Pani Izie wysłałem później filmik, żałując, że kupiłem tylko dwie jagodzianki.
Można powiedzieć, że te dwie jagodzianki były moim jedynym paliwem przez następne prawie 70 kilometrów.

Po dotarciu do promu okazało się, że w poniedziałki w ogóle nie kursuje. Nie dość, że cały czas jechałem pod wiatr, to teraz jeszcze musiałem nadrobić spory kawał drogi. Zapytałem przechodnia o inną możliwość przeprawy. Powiedział, że w Siemiatyczach, około 24 kilometry w przeciwnym kierunku, znajduje się most. Wspomniał też o możliwości skorzystania z mostu kolejowego, znajdującego się nieco wcześniej, ale ostrzegł, że przejazd nim może być niebezpieczny.

Chciałem spróbować tej opcji, ponieważ skracała nieplanowany objazd z dwóch godzin do jednej. Czy się udało? Zobaczcie na filmie.

Później niż zwykle, ale jeszcze przed zachodem słońca dotarłem do Janowa Podlaskiego i pięknego Uroczyska Zaborek, gdzie miałem nocleg…