137,5 km | 540 m przewyższenia
Dzisiejszy dzień zapowiadał się bardzo ekscytująco. Na trasie czekały mnie dwa parki narodowe. Przy śniadaniu, rozważając dwie opcje – dłuższą i nieco krótszą – zwyciężyło we mnie stosunkowo nowe podejście, które kultywuję od kilku lat. Postanowiłem dać sobie więcej czasu na ewentualną eksplorację Biebrzańskiego Parku Narodowego, zamiast – jak zrobiłby to „stary ja” – gnać ile sił, pokonując po 300 czy 400 kilometrów dziennie.
Okazało się, że było warto. Dzicz, w którą się zapuściłem, pochłonęła mnie dosłownie i w przenośni. Nawet napotkani strażnicy parku, mimo obowiązującego zakazu wjazdu w trudny teren mokradeł, przy którym akurat stali na patrolu, machnęli ręką i pozwolili mi jechać.
To był prawdziwy balet na rowerze, który tańczył na wszystkie strony. Jedną ręką trzymałem kierownicę, a drugą próbowałem coś uchwycić telefonem, filmując przejazd. Towarzyszył temu niezwykły flow – za wszelką cenę nie chciałem się zatrzymać, jadąc wpięty w pedały i co rusz smagany przez rozmaite pokrzywy czy inne drapiące krzaczory. Całe szczęście, że repelent na komary działał bez zarzutu.
Eh… Aż szkoda pomyśleć, co bym stracił, gdybym tylko „zaliczył” park, odwiedzając jakieś centrum informacji turystycznej albo po prostu przejechał sympatyczną, lecz nieco monotonną, 34-kilometrową trasą zwaną Łosiostradą.

To doświadczenie było tak intensywne, że trudno mi teraz pisać o czymkolwiek innym. Z pewnością mogę natomiast polecić Rajgród, miejsce mojego ostatniego noclegu – Biały Port – oraz fantastyczne śniadanie serwowane w pobliskim hotelu. Warto też wspomnieć o obiedzie w Dworze Dobarz przy Carskiej Drodze w Biebrzańskim Parku Narodowym.

Podlasie, przez które jadę już drugi dzień, nie jest tak pagórkowate jak Mazury i coraz bardziej przypomina płaskie Mazowsze. Spotykani tu miejscowi ludzie są bardzo mili.
Jutro czas na wjazd w region Polesia.