Dzień 2. Ołownik – Rajgród: jagody, piramida i Mazurska Tajga

152 km | 1297 m przewyższenia

Po wczorajszej, popołudniowej jeździe inaugurującej mój objazd po Polsce dzisiejszy etap rozłożyłem niemal na cały dzień. Chciałem mieć czas nie tylko na przejechanie zaplanowanej trasy, ale również na odwiedzenie kilku ciekawych miejsc po drodze.

Pierwszy przystanek zaplanowałem w miejscowości Rapa, gdzie znajduje się niezwykła piramida kryjąca szczątki członków pruskiego rodu baronów von Fahrenheid. Czytając historię powstania tego grobowca, najbardziej zaciekawiło mnie chyba to, jak zamożne rody zamieszkiwały te tereny przez stulecia. Przejechawszy dziś sporo kilometrów po tak zwanych Garbatych Mazurach, zobaczyłem, jakie bogactwo kryje ta ziemia: bujne lasy, jeziora pełne życia i ten iście górski krajobraz.

Na trasie zaplanowałem również wizytę w Gołdapi – jedynym uzdrowisku w województwie warmińsko-mazurskim. Zjedzenie drugiego śniadania między tężniami nadało mu szczególnego smaku. Mimo że pora była jeszcze wczesna, postanowiłem w centrum Gołdapi zjeść obiad. Ramen był fantastyczny i wiedziałem, że przez kolejne dziesiątki kilometrów raczej nie znajdę już takich smakołyków.

Z Gołdapi ruszyłem w stronę wiaduktów w Stańczykach, po drodze mijając tak zwaną Mazurską Tajgę, czyli Puszczę Romincką. Po drodze wraz z kawalkadą weselników natknąłem się na tak zwaną bramę weselną, a właściwie dwie. Na szczęście para młoda jadąca przodem miała alkohol, którym mogła „wykupić” przejazd, więc ja mogłem przemknąć bokiem. 😀

Mosty w Stańczykach trochę mnie zawiodły swoją komercjalizacją, natomiast otaczające je wzgórza i bezdroża – wręcz przeciwnie. Zatrzymywałem się wielokrotnie, aby kontemplować piękno dojrzewających zbóż, bociany ćwiczące lot w formacji przed odlotem w ciepłe strony oraz mieniącą się kolorami taflę mijanych jezior.

Jakby tego wszystkiego było mało, na deser miałem jeszcze przejazd przez Dolinę Rospudy. Słowa niewiele tu oddadzą. Zachęcam więc do obejrzenia całego vloga z dzisiejszego przejazdu.

W miejscowości Jaśki odśpiewałem „Sto lat” naszemu najmłodszemu synowi, Jasiowi. Była to jedna z wielu spontanicznych rzeczy, które spotkały mnie dziś po drodze.

Jutro też chyba będzie pięknie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii sabbatical. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz