26.02.2012
Wreszcie nadszedł moment, kiedy wylądowaliśmy w Polsce. Podobnie jak w Londynie, tutaj również przywitała nas sroga zima, ok –20 C. Jeszcze dwa dni wcześniej było +34 C! Wracając do Polski postanowiliśmy lądować nie we Wrocławiu, gdzie mieszkamy, lecz w Bydgoszczy, z której bliżej nam było na naszych rodzin. Dzięki temu mieliśmy też komitet powitalny na lotnisku .
Po gorącym powitaniu przez kilka dni odwiedzaliśmy nasze rodziny aby zrekompensować tęsknotę. Na stołach były wszystkie smakołyki, które nam już od dłuższego czasu chodziły po głowach. Dopiero zobaczywszy siebie nawzajem mogliśmy dostrzec kto i co jak się zmieniło przez rok. Ponieważ dzieci sporo urosły (8 i 6 cm), trzeba było kupić trochę nowych rzeczy. Pomimo dość skrupulatnego opisywania naszych doświadczeń w blogu, pojawiało się bardzo wiele pytań. Jednym słowem buzia się nam nie zamykała przez kilka dni.
Po intensywnych odwiedzinach pora było wyruszyć do naszego domu przez zaśnieżoną Polskę. Jadąc tych kilkaset kilometrów od czasu do czasu, mózg mi podpowiadał, że jadę złą strona ulicy. Ostatnie 15 tys. km przejechałem w końcu po lewej stronie drogi . Po dotarciu do domu pojawiło się w naszych głowach identyczne uczucie. Czuliśmy się tak, jakbyśmy dopiero co wyjechali i wrócili następnego dnia. Krajobraz wokół domu i w nim był identyczny z tym, który zapamiętaliśmy wyjeżdżając. Pojawiło się wręcz niedowierzanie, czy rzeczywiście nie było nas aż rok?! Przy okazji dojeżdżając do domu podsumowałem liczbę kilometrów, które przemierzyliśmy. Wyszło zaskakująco dużo, bo aż 90,000!! Można powiedzieć, że to tak jakbyśmy objechali świat nie jeden, ale przy najmniej dwa razy.
Jedyna rzecz, która zmieniła się po naszym powrocie to pojawienie się nowego członka rodziny. Zgodnie z życzeniem dzieci i jedną z inspiracji sabbaticalowych zaadoptowaliśmy pieska ze schroniska. Jest to 6 letnia suczka, którą mała Ania nazwała – Róża. Mimo, a może właśnie dlatego, iż jest to mieszaniec terrierkowato-sznaucerkowaty, Róża jest bardzo mądrym i miłym pieskiem.
Rozpakowywanie rozmaitych pudeł, w których trzymaliśmy nasze rzeczy przez cały rok w domu zajęło nam dobrych kilka dni. Poza tym Ania zajęła się przygotowaniem dzieci do powrotu do szkoły. Zależało nam na tym, aby dzieci płynnie wróciły do swoich szkolnych obowiązków. Mimo, że były one cały czas na bieżąco z programem szkolnym, byliśmy ciekawi, jak to rzeczywiście będzie. Powrót do szkoły okazał się dużą przyjemnością. Wojtuś już pierwszego dnia zarobił trzy piątki. Nauczyciele na czele z Panem Dyrektorem oraz dzieci bardzo ciepło powitali naszych małych podróżników i nas samych. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak duże zainteresowanie ta nasza przygoda wywoła. Zarówno Ania jak i Wojtuś już maja za sobą prezentacje dla swoich klas na temat naszej podróży. Przy okazji zaskoczyło mnie bardzo, jak świetnymi pomocami naukowymi dysponuje już szkoła. Komputer, internet i rzutnik multimedialny to praktycznie standard w każdej klasie. W niewielu miejscach na świecie są takie luksusy.
Aby lepiej przybliżyć smak podróży duża Ania upiekła ciasto bananowe, którym Wojtuś poczęstował po swojej prezentacji kolegów i koleżanki oraz nauczycieli. Chyba smakowało, bo jest już wiele próśb o przepis. Mimo, że dzieci płynnie weszły w program, przed nimi kilka tygodni dodatkowych zaliczeń dotyczących I semestru. Zarówno nauczyciele jak i my patrzymy na to optymistycznie.
Przy okazji, ten bardzo dobry powrót do szkoły to duża zasługa Ani, która z wielką dyscypliną i wysiłkiem, dbała o edukację naszych dzieci przez cały rok z moją drobną pomocą.
Jesteśmy też bardzo wdzięczni wszystkim nauczycielem i Panu Dyrektorowi za wsparcie przed, w trakcie jak i po powrocie z naszej podróży.
ciąg dalszy nastąpi …
I co ja teraz będę czytać :-)))) w przerwie kawowej :-))))